Jeśli nie lubisz czytać na blogu napisz do mnie e-maila na adres: falard@gmail.com. W temacie wpisz pierwsze słowo tytułu opowiadania, które Cię interesuje, a w treści podaj proszę czy masz Office 2007 czy też nie. (dzięki temu będę mógł wysłać plik w odpowiednim formacie, bo nowy office zapisuje pliki w formacie, którego stary nie czyta). Zapraszam do lektury:
6.30 rano…
- Romek! Wstawaj! Spóźnisz się do szkoły!
Poniedziałek! Najgorszy dzień w tygodniu głos mamy wyrywający ze snu… Cholera! Próbuję spać dalej, odwracam się na drugi bok, naciągam kołdrę na uszy…
- Romek! Wstawaj! – mama nie daje za wygraną.
- No już! Wyluzuj! - w końcu muszę poddać.
Powoli z namaszczeniem wstaje lewą nogą. Tak, lewą właśnie, bo co mnie obchodzą jakieś przesądy? Zerkam przez okno… Cóż za niespodzianka, ciemno! Jak ja nienawidzę wstawać przed słońcem! Naturalną koleją rzeczy jest wstawać, kiedy już słońce wzeszło, nawet kury się wcześniej nie budzą! Jednak moja mama jest szybsza! Jest jak stary kogut... Najlepiej wie, kiedy słońce powinno wzejść, nawet lepiej od samego słońca. Jeśli według niej nadszedł czas… Krzyczy na cały głos „ROMEK WSTAWAJ!”. Nie ma co, żyć nie umierać. Cholera…
7.30…
Autobus stoi już na przystanku, ja mam jakieś 50 metrów do przebiegnięcia… Nie, nie biegnę i tak wiem, że kierowca nie poczeka. Macham mu tylko radośnie środkowym palcem, kiedy ochlapuje mnie wodą z kałuży przejeżdżając obok… Psia mać, czy wspominałem już, że nienawidzę poniedziałków? Plecak waży chyba z 10 kilo, gruba kurtka, zimno, mokro i szaro to wszystko działa na mnie jak płachta na byka. Mam ochotę kląć na cały głos, ograniczam się jednak do szeptu.
Następny autobus będzie za 20 minut spóźnię się… Nie dobrze, będzie się Karzeł wściekać, nieważne, nie mam ochoty się tym przejmować, jeszcze nie teraz…
8.30…
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie.
- Ooo!!! Romuś przyszedł… Ciekawe po co i tak będziesz miał nieobecność – dodała z mściwym uśmieszkiem. - Siadaj i nie przeszkadzaj. A jeśli cię usłyszę przejdziemy się do dyrektora – Karzeł pomachała groźnie kredą, co ona sobie myśli? Przechodzę specjalnie jak najbliżej niej, żeby poczuła się jeszcze niższa.
Trzeba wam wiedzieć, że naprawdę nie nazywa się Karzeł, tak ją potajemnie nazywają uczniowie. Prawdziwego nazwiska nikt nie pamięta, było zbyt trudne do zapamiętania dla przeciętnego nastolatka. Karzeł należy do nauczycieli zakwalifikowanych do „metr pięćdziesiąt kompleksów” – okropny gatunek! Nawet wtedy, gdy w klasie jest względnie cicho i staramy się być grzeczni wścieka się, o byle co! A to, że nie źle siedzimy, że jeszcze nierozpakowani, że nie doczytaliśmy ostatniego tematu i teraz musi marnować lekcje, żeby go dokończyć. I co jeszcze? Najlepiej, żebyśmy sami przerabiali całe tematy, a ona będzie nam tylko sprawdziany robić! I to nie takie zwykłe, o nie! Co to za sprawdzian, jeśli przynajmniej połowa klasy nie dostanie 1?
Odnalazłem miejsce na końcu klasy obok Tomka. Jedyny człowiek w tej klasie, z którym mogę normalnie porozmawiać. Reszta? Głupie laleczki i napakowani frajerzy…
- Cisza! Ja tego nie rozumiem, jesteście w 3 klasie! Za prawie dokładnie pięć miesięcy będziecie pisać egzamin, a wy w ogóle nie uważacie na lekcji! Romek nie odzywaj się, kiedy mówię! – akurat ukradkiem ziewałem, ale jej malutki rozumek wydedukował, że rozmawiam. – Nie dość, że spóźniasz się pół godziny na lekcje, to jeszcze przeszkadzasz w jej dokończeniu. Zapraszam, dokończ ją za mnie.
- Z przyjemnością – odpowiedziałem siląc się na powagę. Co może was zaskoczyć, lubię się uczyć. Właściwie wszystkiego…
Spojrzałem na notatki Tomka. A więc omawiali właściwości fizyczne kwasu octowego? Wstałem i ruszyłem spokojnym krokiem do tablicy. O czym mogą teraz mówić? Przeskoczyłem nad plecakiem, który jakiś głąb podsunął mi pod nogi i wziąłem kredę z biurka Karła.
- Kwas octowy reaguje z magnezem, produktami tej reakcji jest octan magnezu i wodór…
- Siadaj! Jedynka! I uwaga za przeszkadzanie w lekcji. O tym będziemy jeszcze mówić, ale później, mieszasz swoim kolegom w głowach! – uśmiecha się mściwie i chwyta długopis.
- Kwasem octowym można również doprowadzić do zobojętnienia zasady sodowej…
- Chcesz drugą jedynkę? – czyżby w jej głosie pojawiła się nuta obawy? No cóż, postanowiłem ciągnąć dalej, popierając swoje słowa zapisując odpowiednie równania na tablicy.
- Kwas ten ulega również wszystkim reakcjom spalania…
- Dosyć tego! Nie będziesz mi rozwalał lekcji według swojego „widzimisię” – a więc to nie był strach... Zerknąłem tylko ile jedynek mi wpisała, trzy… Mogło być gorzej i wróciłem do ławki.
- Nie będziesz mi już przeszkadzał? A więc… Kwas octowy reaguje z magnezem…
*Dzwonek*
- O! Nie zdążyłam dokończyć lekcji… resztę doczytacie sobie w domu. Na zadanie domowe zróbcie zadanie 1, 2, 3, 4, 5, 6 ze strony 64. Przerwa.
Tylko sześć zadań do domu? Widać wytrąciłem ją z rytmu. Każdemu może się zdarzyć. Wrzuciłem książki z powrotem do plecaka i dogoniłem Tomka, który już wychodził z klasy.
- Hej – zagadnąłem.
- No hej. Nieźle ją wkurzyłeś. Będzie się nad tobą znęcać do końca gimnazjum.
- No ba… Długo nad tym myślałeś? – odrzuciłem zgryźliwie. Mimo wszystko humor mi się troszkę poprawił. – Najwyżej zdam komisyjnie…
- Tyż prawda.
Na tym skończyliśmy naszą milutką pogawędkę, bo właśnie weszliśmy na główny korytarz szkoły. Dlaczego główny? Ach… To proste, na tym korytarzu jest sklepik, a obok pokój nauczycielski i gabinet dyra, trzy miejsca niezbędne do szczęścia. Około setki osób na 150-ciu metrach kwadratowych, niewiele? Hy… Dodaj do tego wielkie plecaki, jakie uczniowie zwykli nosić. Z każdej strony słyszę fragmenty rozmów, czasami lubię się im poprzysłuchiwać. „A wiecie co? Wczoraj byłam u fryzjera i wyobraźcie sobie jaki głupek! Najpierw mi umył włosy, a potem obciął!” Interesujące prawda? „Kurwa, stary… Wczoraj byłem na pakerni, a tam taki koleś jak mnie dwóch. Normalnie pół Pudziana i taki tekst rzuca <> i bierze 160 na klate! Myślałem, że pierdolne…” Fascynujące. Chciałem posłuchać jeszcze co tam piszczy wśród nauczycieli, ale tłum popchnął mnie dalej. Gdzieś przed sobą widziałem Tomka.
Kiedy wreszcie udało nam się przecisnąć do jakiegoś bocznego korytarza odetchnęliśmy z ulgą.
- Co teraz mamy?
- Mmm – podrapałem się po głowie. Cholera, zapomniałem umyć włosów… Nieważne. – Wuef zdaje się.
8.50… męska szatnia.
- Co tu tak śmierdzi? – padło pytanie bezimiennego autora. Dlaczego bezimiennego? Cóż… To pytanie pada zawsze od pokoleń w męskiej szatni. Odpowiedz też jest równie leciwa.
- Ty! Dopiero jak wszedłeś zaczęło!
8.55… dzwonek na lekcje.
- Zbiórka. Dyżurny zamelduj klasę!
Wystąpiłem, a co mi tam. Nie jestem dyżurnym, ale prawdziwy dyżurny właśnie się drapie po wewnętrznej stronie uda, nie mając pojęcia o swoim zdaniu.
- Dzień dobry! Uprzejmie melduję klasę trzecią A jak Afrodyta, bądź Ala – to przecież wuefista… Nie będzie wiedział kim była Afrodyta i uzna, że się z niego naigrywam. A Ala to takie ładne imię... - Stan klasy 10 osób, brak 3 w postaci: Kowalski, Norczyk, Borowik.
- Dziękuję, proszę za mną na salę.
Sala przystosowana do gry w koszykówkę, siatkówkę i halówkę. Oczywiście… Tych dwóch pierwszych sportów przez trzy lata niedane mi było doświadczyć ani razu. Halówka jest odpowiednikiem piłki nożnej, tylko, że jest trochę bardziej bezmyślna. Zmiana ta jest spowodowana ograniczoną przestrzenią, dzięki czemu nie trzeba się martwić, że piłka wypadnie poza boisko. Spojrzałem na ów okrągły przedmiot, leżący na środku. Policzyłem do dziesięciu… Hy, mógłbym przewidywać przyszłość. Piłka już zdążyła zmienić miejsce kilkakrotnie, oczywiście z drobną pomocą tej wesołej gromadki, która właśnie weszła.
- Oddajcie mi piłkę – ziuum… Ktoś kopnął prosto we wuefistę, ale to wysportowana bestia jest… Złapał. – Dziękuje. Zróbcie sobie cztery kółeczka dookoła boiska i rozgrzejcie się. Potem sobie pokopiecie – usiadł na ławce, wyjął telefon komórkowy i wystukał jakiś numer.
Wuef jest idealna lekcją do rozmyślań nad sensem swojego jestestwa, oczywiście jeżeli założymy, że taki sens w ogóle istnieje. Jak zwykle po wybraniu drużyn i gwizdku nauczyciela rozpoczęła się kopanina. Jestem wprost genialnym obrońca, unikam piłki dopóki ona unika mnie, a jeśli zbliży się na tyle bym mógł ją kopnąć, robię to.
Nie zawsze jestem taki złośliwy i wściekły na cały świat. Pamiętam, kiedyś jak byłem małym chłopcem potrafiłem cieszyć się z drobiazgów… Miałem wtedy 5 lat, dostałem pod choinkę puzzle z „Bolkiem i Lolkiem”, byłem szczęśliwy. Układałem je, a potem rozkładałem i zabawa zaczynała się od początku. Do czasu kiedy po jakimś tygodniu gdzieś zapodział mi się puzzel z twarzą Lolka… Później swoje radosne chwile przeżywałem w podstawówce, kiedy dowiedziałem się, że napisałem egzamin najlepiej w klasie… Ach… A teraz? Od paru miesięcy chodzę rozdrażniony i nerwowy, podobno taki okres dojrzewania. Czuję, że to nie o to chodzi. Właściwie jestem tego prawie pewien, od momentu kiedy poznałem pewną dziewczynę, przy której cała złość uchodzi ze mnie i nie ma po niej śladu…
Nagle poczułem potężne uderzenie w nos, dopiero po chwili zdiagnozowałem co mnie zaatakowało. Piłka, powaliła mnie na ziemię… Gra toczyła się dalej, więc szybko niczym komandos czmychnąłem na ławkę. Ból promieniował na cała twarz, zauważyłem ślady krwi na koszulce, nauczyciel też to zauważył, gestem (nie przerywając rozmowy przez telefon) odesłał mnie do pielęgniarki.
9.15… gabinet pielęgniarki…
- Pobiliście się o dziewczynę? – pielęgniarka, kobieta miała swoje lata. Nie przepadałem za nią, chociaż mimo to miała mój szacunek, jako nieliczna w tej szkole.
- Mówiłem już pani, to był wypadek dostałem piłką w nos.
- O tak… Za długo pracuję w szkole, młody człowieku, żeby wierzyć w takie wypadki. Nos nie jest złamany, posiedź tu chwilę i potrzymaj to, żeby zatrzymać krwawienie – worek z lodem w środku.
Ból minął, a ja mogłem powrócić do swoich rozmyślań… Ta dziewczyna… Nie jest zwykłą laleczką jak te, które mijam w szkole. Jest naprawdę ładna, a nie wspomagana godzinami pracy wielu osób i znacznym nakładem majątkowym. Ale nie wygląd jest najważniejszy! Poznałem ją przez Internet, przegadaliśmy już kilkanaście godzin przynajmniej, a rozmawiamy razem dopiero od tygodnia, raz spotkaliśmy się na krótkim spacerze, reszta to godziny spędzone na gadu-gadu. Działa na mnie jak narkotyk i herbatka uspokajająca w jednym. Narkotyk – kiedy z nią rozmawiam nie potrafię przestać się uśmiechać, świat nabiera nagle różowych, uzależniłem się od takiego stanu. Herbatka uspokajająca, kiedy wracam zmęczony do domu zamiast się wściekać i ciskać, siadam do kompa, wchodzę na GG i rozmawiam z moją drogą koleżanką. Chciałbym, żebyśmy kiedyś stali się czymś więcej niż tylko znajomymi z Internetu…
9.40… *Dzwonek*
- No zmykaj już Romek, wyrzuć lód do kosza.
- Dziękuję, do widzenia – jakoś mnie te rozmyślania uspokoiły i zrelaksowały. Mogłem w pełni sił psychicznych wrócić do tej dżungli zwanej korytarzem szkolnym, po amerykańsku corridor, to prawie tak samo jak ten co walczy z bykiem, jak mu tam? Koreador, koredor, a może toreador? Nieważne. Sprytnie to amerykanie wymyślili, czasem sam się czuję jak ten korador, kiedy wychodzę na korytarz i muszę się nieźle natrudzić, żeby nie zderzyć się z kimś silniejszym (a takich, nie ukrywam, jest wielu).
Na korytarzu czekał na mnie Tomek, wyglądał na zmartwionego, nie byłem pewien czy to z mojego powodu, czy coś innego zaprzątało jego głowę.
- Co się stało? – zapytałem, żeby rozwiać swoje wątpliwości.
- Myślałem, ze nos złamałeś. To ja ci tak przywaliłem, sorry.
- Do wesela się zagoi – zażartowałem. – Chodźmy pod historię. Nie mam ochoty już na żaden wysiłek, a u Jezusa to nie grozi.
Facet od historii - stary anarchista, słuchający punka, chodzący w glanach i w ogóle super człowiek, jedyną jego dosyć istotną wadą jest mało ciekawe prowadzenie lekcji… Na twarzy zawsze ma przynajmniej kilkutygodniowy zarost, włosy dosyć długie, stale poprawiane charakterystycznym gestem.
- Jezusa dzisiaj nie ma – rzucił Tomek od niechcenia.
- CO!? – cały dobry humor wyparował bez śladu. – Kogo nam dali?
- Nie chcesz wiedzieć… Karzeł się zgłosił, nie przeprowadziła z nami do końca lekcji i takie tam.
Załamałem się. To było ponad moje siły, od depresji uratowały mnie wibracje w kieszeni, SMS. „Cześć, a może spotkamy się dziś o 18?”. Odpowiedz mogła być tylko jedna. Kolejne godziny upłynęły mi jak w letargu, czekałem tylko na spotkanie, nawet udało mi się nie złapać kolejnej jedynki.
18.00… gdzieś nad stawem na jednym z wrocławskich osiedli…
Przyszedłem punktualnie, zająłem wolną ławkę i usiadłem tak, żeby móc obserwować, z której strony nadejdzie moja wymarzona dziewczyna. Tak, wymarzona, zdobyłem się w końcu na odwagę i przyznałem to przed samym sobą. To było chłodne popołudnie, ubrałem się w gruby sweter i kurtkę, a mimo to czułem zimne powiewy wiatru. Obserwowałem otaczającą mnie przyrodę, późna jesień odcisnęła na niej swe piętno. Liście spadły z drzew, a te, które pozostały były już całkiem żółte. Zazwyczaj w wodze pływają kaczki, jednak chyba już wyleciały w swą coroczną podróż. Ciszę zakłócały tylko czyjeś kroki na żwirowanej ścieżce… Przeniosłem wzrok w tamtą stronę. Ach! To ona. Nawet nie pamiętam jak była ubrana, pamiętam, że wyglądała cudownie. Zauważyłem, że idąc w moją stronę rozglądała się uważnie, nie w taki sposób jak ludzie, którzy się boją, że ktoś ich śledzi, raczej jak turysta w muzeum lub parku krajobrazowym… Wyglądała na trochę zmarzniętą.
- Cześć! – podniosłem się i ruszyłem w jej stronę.
- Cześć Romek – odpowiedziała i uśmiechnęła się do mnie. Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć, cudownie się uśmiechała. Tak szczerze i niewinnie…
Zauważyła to i sama nawiązała rozmowę, potem poszło już łatwo. Rozmawialiśmy bez przerwy o wszystkim i o niczym. Poznawaliśmy się, czułem się z nią coraz lepiej. Jestem nieśmiały, nie chodzi mi o rozmowę z dziewczyną, a o zrobienie tak zwanego „pierwszego kroku”. Zastanawiałem się cały dzień czy powinienem, czy to nie za wcześnie, w końcu zastanawiałem się, czy starczy mi odwagi… Objąłem ją wyszło to jakoś naturalnie. Nie wyglądała na zaskoczoną tak zuchwałym zachowaniem (przez chwilę, która wydawała się dla mnie wiecznością, przebiegły mi przez głowę różnorakie myśli), wręcz przeciwnie, chyba na to czekała. Spojrzała na mnie (zakochałem się w tym spojrzeniu) i objęła mnie mocno. Spacerowaliśmy jeszcze do dwudziestej, Łucja rozglądała się i podziwiała, wyglądający normalnie, według mnie, krajobraz. Zapytana o to, roześmiała się tylko i już więcej nie widziałem, jej zaciekawionych spojrzeń.
Odprowadziłem ją pod bramę, mieszkała w bloku niedaleko stawu, i chwile porozmawialiśmy, postanowiliśmy spotkać się ponownie w weekend. Przytuliłem ją na pożegnanie, ona przylgnęła do mnie i pocałowała mnie. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale instynktownie wiedziałem jak zareagować. Kiedy w końcu się rozstaliśmy poszedłem na przystanek. Do domu wróciłem przed dwudziestą pierwszą. Nie miałem ochoty nic jeść, żyłem miłością. Wziąłem szybką kąpiel i dosyć szybko położyłem się spać. Śniła mi się Łucja, chodziła w letniej sukience po jakiejś łące, ale trawa była żółta, a niebo było ciemno niebieskie. Patrzyłem na jej ruchy, były lekkie i płynne, na czole dostrzegłem krople potu, wydedukowałem, że pomimo pochmurnej pogody jest gorąco. Nie wiem dokąd szła i gdzie była, sny mają to do siebie, że są irracjonalne. Postanowiłem nie mówić jej o nim.
Dni do spotkania mijały spokojnie. Uczyłem się jeszcze więcej niż zwykle, pragnąłem móc pochwalić się przed Łucją dobrymi ocenami. Kupiłem sobie budzik, uratował mnie przed krzykiem mamy, ustawiałem go na szóstą, żeby mieć pewność, że zdarzę na autobus. Zmieniłem się, nawet Tomek to zauważył, żartował, że to przez ten cios piłką. Nie zwierzałem mu się, po co?
Sen powtarzał się co noc. Zdążyłem zauważyć, że Łucja chodziła, we śnie, na jakiejś łące niedaleko rzeki, bardzo brudnej rzeki. Wyglądała jakby spacerowała zupełnie bez celu. Na głowie miała chustę, niebieska sukienka nie zbyt wyzywająca, ale ślicznie na niej wyglądała, na nogach japonki dopełniały wrażenie, że jest piękny letni dzień. Jednak coś nie pozwalało mi uwierzyć w tę teorię. Ciemno niebieskie niebo, a jednak bezchmurne. Zauważyłem przelot paru ciekawych samolotów, wyglądały jak z filmów sience-fiction, których się ostatnio naoglądałem... Kolor trawy wytłumaczyłem suszą, zdarzają się takie lata w Polsce. Tą brudną rzeką prawdopodobnie była Odra. Zastanawiałem się, co poza kolorem nieba jest nie tak?
Na dzień przed Wigilią…
Nadeszły święta, spadł śnieg. Sen przestał mnie męczyć. Jak zawsze w Boże Narodzenie musiałem odwiedzić obie babcie, ale rodzice już parę lat temu wymyślili, że będziemy to załatwiać w jednym dniu, więc mieliśmy z Łucją sporo czasu dla siebie.
Wybrałem się na zakupy, chciałem kupić swojej ukochanej coś ładnego… Jak zwykle w tym okresie sklep był przesadnie udekorowany jakimiś Mikołajowo-Gwiazdkowymi akcentami. Zawsze na święta przypomina mi się „Grincz”, co z tego, że głównym odbiorcą filmu są dzieci do lat dwunastu. Ja w nim dostrzegam jakąś głębszą prawdę o nas samych, jesteśmy jak te Ktosie. Na tydzień przed świętami ogrania nas szał sprzątania, na dwa dni przed świętami – kupowania. A potem… Wszyscy są dla siebie mili i w ogóle jest wspaniale. Niech Bóg błogosławi tę cudowną krainę mlekiem i miodem płynącą, na której miałem szczęście przyjść na świat.
SMS, pewnie Łucja. „Co robisz Romuś?”. Powinienem zostać jasnowidzem, co ja mogę napisać? Przecież nie wygadam się, że szukam dla niej prezentu. Ach, ta dziewczyna, ale co ja bym bez niej zrobił? Ja to mam szczęście, że ją poznałem. Na czacie, na którym w tej samej chwili jest kilkaset osób, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, akurat my! To nie mógł być przypadek, na tym świecie nie ma czegoś takiego jak przypadek. Jest za to miłość, która zawsze wie kogo z kim połączyć.
Pokręciłem się jeszcze z godzinkę po sklepach, w końcu się zdecydowałem na cudownego misia. Na zewnątrz było już ciemno, mimo to postanowiłem przespacerować się do domu, nie miałem bardzo daleko. Poza tym jak na grudzień była piękna pogoda, księżyc w pełni, którego nie przysłaniały żadne chmury, dawał sporo światła.
Ruszyłem wesoło w stronę parku, byłem szczęśliwy jak nigdy. Szedłem pogwizdując i nucąc ulubione piosenki, wcale nie przejmując się podejrzliwymi spojrzeniami nielicznych przechodniów. W końcu są święta, które zawsze do tej pory wpędzały mnie w ponury nastrój, ale w te święta już nie będę się smucić. Co z tego, że cała rodzina ciągle za czymś goni i cały czas siedzę sam. A właściwie siedziałbym sam gdyby nie Łucja. Mam z kim się spotkać, z kim porozmawiać, a co najważniejsze, po raz pierwszy w życiu mam kogoś, do kogo naprawdę chce się przytulić. Kiedyś myślałem, że ludzi wcale nie ciągnie do bycia razem. Byłem sam i było mi z tym całkiem dobrze. Myślałem, „po co komu dziewczyna? To zbędny wydatek i strata czasu”. Światopogląd zmienił mi się o 180° stopni.
W końcu doszedłem do parku. Wyglądał strasznie, ale o dziwo nie bałem się, za bardzo. Nie zwolniłem kroku wchodząc na ścieżkę pośród drzew. Ich korony ograniczały dostęp światła, do mnie dochodziło go akurat tyle, żebym widział po czym Idę i co jest dwa kroki przede mną. W ciemności majaczyły grube pnie dębów i wąskie brzozy. Obok dróżki rosły krzaczki, dzięki nim wiedziałem, że pod śniegiem gdzieś tam jest żwirowa ścieżka. Nie byłem przesądny, ale zawsze, kiedy szedłem nocą wolałem się nie rozglądać na boki. Coś mi mówiło, że zbytnia ciekawość może „wywołać wilka z lasu”. Przebierałem nogami automatycznie i patrzyłem w niebo, czasem zerkając czy nie oddaliłem się za bardzo od krzaczków. Uwielbiam patrzeć w nocy na gwiazdy i księżyc. Czuje się przy ich ogromie taki malutki i tak mało znaczący. Gdzieś tam wśród tych małych punkcików może istnieć jakaś inna cywilizacja… Nagle jeden z nich(punkcik) zamrugał, ja też zamrugałem (oczami oczywiście), i powoli ruszył na północ (jednak nie mam pewności, zawsze miałem pewien problem w wyznaczaniu kierunków w terenie). Aż przystanąłem, złamałem swoją żelazną zasadę i rozejrzałem się dookoła za innymi świadkami tego zjawiska. Niestety, a może na szczęście, nikogo nie zauważyłem. Światełko zaświeciło jaśniej i ruszyło w przeciwną stronę, tym razem dużo szybciej. Nie dość, że lecąc błyskawicznie zmieniło tak znacznie kierunek to jeszcze nie zauważyłem typowego dla ziemskich pojazdów momentu przyspieszenia. Wkrótce znikło mi z oczu. Stałem jeszcze chwile nie bardzo rozumiejąc co zobaczyłem. Kurcze, za dużo się filmów naoglądałem, wyobraźnia płata mi figle nawet na jawie…
Ruszyłem szybciej do domu, muszę się przespać…
Wigilia…
Wstałem około 9, w głowie miałem niewyraźny obraz wczorajszego dnia. Jakieś latające na niebie światło, to chyba był sen. Na wszelki wypadek po śniadaniu postanowiłem skorzystać z komputera i sprawdzić czy nic o tym nie napisali. Włączyłem Googla i wpisałem „UFO”, nie znałem, żadnego serwisu internetowego zajmującego się tym zagadnieniem. Pierwsze dwa linki niezadowoliły okazały się być zbyt rzadko aktualizowanymi stronami. Potrzebowałem strony, gdzie znajdowałyby się informacje „z ostatniej chwili”, dopisałem to do wyszukiwanych słów. Tym razem przeszukałem więcej odnośników, jeden z nich doprowadził mnie do pseudonaukowego artykułu niejakiego Dr. Pająka „Niewidzialna okupacja Ziemi przez UFO”. Pisał coś o UFOnautach, naszych bliskich krewniakach. Świr. Ciekawe kto mu dał doktorat? Szukałem dalej…
W końcu na piątej stronie znalazłem to czego szukałem. Newsy. Był nawet jakiś dodany dzisiaj, popatrzyłem na zegarek 9.49, szybko pracują… „UFO nad Wrocławiem” otworzyłem pełną wersje wiadomości…
„Dziś w nocy państwo Grzędowie dostrzegli na niebie Niezidentyfikowany Obiekt Latający. Około godziny 21 byli na spacerze z psem i zaobserwowali niezwykłe zjawisko.
<>”…
O, kurde… Czyli nie tylko ja to widziałem?
„Jak poinformowali nas świadkowie całe zdarzenie trwało niemal, że minutę!
Wszystkich świadków tej manifestacji UFO prosimy o kontakt z nami…”
Kurde… A więc to faktycznie było UFO? A w środku siedzieli UFOnaci? Napisałem do nich maila i opisałem swoją wersje wydarzeń. Postanowiłem czekać na odpowiedź, może dowiem się czegoś jeszcze?
Na 12 byłem umówiony z Łucją, mieliśmy godzinkę, a potem niestety trzeba lecieć do rodziny. Obiad, kolacja, prezenty. Jeszcze mam jakieś półtorej godziny do spotkania, czym można się zając przez ten czas? Postanowiłem się już zacząć szykować… Czasu było aż nadto…
12.00, tego samego dnia…
Ładnie ubrany, ściskając w ręku tajemniczą torebkę ozdobioną wizerunkiem św. Mikołaja, czekałem na miejscu spotkania, Łucja przyszła punktualnie. Niebieska kurtka, nie była zapięta pod szyję, widziałem, że ma pod nią biała koszulę. Ciemna spódnica i eleganckie buty, wyglądała bardzo szykownie. Na ramieniu niosła czarną torebkę. Podobała mi się, poczułem dreszcz podniecenia na plecach. Przywitaliśmy się czule i wręczyłem jej torebkę z misiem. Sam dostałem firmowe perfumy, poczułem się troszkę głupio, strasznie musiała się wykosztować. Postanowiłem, że będę jej czasem dawał róże, żeby jakoś ten dług wyrównać.
- Wesołych świąt moja droga – przypomniało mi się trochę po czasie, ale zrekompensowałem straty moralne, których musiała doznać całując ją.
- Wesołych świąt Romuś – roześmiała się.
- Wyszedłem sobie wczoraj wieczorem na spacer…
Już od wczoraj zastanawiałem się czy powiedzieć Łucji o mojej wieczornej przygodzie, teraz, kiedy zacząłem wydało mi się to głupie, ale już za późno…
- Aha? – ponagliła mnie troszkę.
- Spacerowałem sobie niedaleko parku i patrzyłem w niebo, wiesz jak to lubię, kiedy tak sobie kontemplowałem…
Opowiedziałem jej o wszystkim i uzupełniłem to w informacje znalezione dzisiaj w Internecie.
- Żartujesz? To fascynujące… - coś mi mówiło, że gra. Wyczułem w niej jakiś fałsz, chociaż nie wiem dlaczego…
- Sam nie wiem co o tym myśleć. Może mam jakieś urojenia po prostu? Z drugiej strony relacja tych ludzi w necie… Przytrafiło ci się kiedyś coś takiego? – spojrzałem na nią uważniej.
- Aha… - nie wiedziałem czy przytaknęła, czy zaprzeczyła, czy może przypomniała coś sobie? – Kiedyś, ale to był sen… - wyglądała jakby wahała się czy mi powiedzieć.
- Co ci się śniło? Opowiedz mi, proszę.
- Śniło mi się, że jestem na takim statku. Wokół mnie ludzie podobni do mnie tylko, że w takich śmiesznych kombinezonach… Nie pamiętam nic więcej, to było dawno temu – nagle zakończyła temat.
Nie poruszałem więcej tego tematu. Łucja najwyraźniej nie chciała o tym mówić, no cóż. Umierałem z ciekawości, ale nie chciałem jej robić przykrości. Rozstaliśmy się o trzynastej pod jej brama, pożegnaliśmy się długim „francuzem” i ruszyłem szybkim krokiem do domu.
Bardzo zainteresowało mnie wyznanie Łucji. Moja wiedza na temat UFO była znikoma, więc nie wiedziałem czy w ogóle zdarzają się takie rzeczy jak wzięcia (później dowiedziałem, że nieświadomie użyłem fachowego zwrotu - wzięcie) na statek.
Wróciłem około pół do drugiej, głowę miałem pełną różnych myśli. Przeplatało się w nich coś o statkach kosmicznych, o moim śnie, o śnie Łucji…
- Romek! Co tak późno! Nie zdejmuj butów, bierz ciasto wychodzimy.
- Al…
- Żadne, ale. Trzeba się było tak długo nie włóczyć z Łucją.
- Kurde – wyraziłem swoje zdanie odnośnie tak wczesnego wyjścia. Chciałem jeszcze skorzystać z komputera. Trudno zrobię to wieczorem. Wziąłem ciasto i ruszyliśmy do babci…
W samochodzie prawie w ogóle się nie odzywałem. Patrzyłem za okno na tych wszystkich ludzi, na te samochody. Miałem wrażenie, że odkrywam jakąś tajemnice dostępną tylko dla wybranych. Że jestem na progu nieznanego i być może to mi będzie dane poznać prawdę. Przypomniało mi się coś wyciągnąłem komórkę i napisałem SMS’a „No hej. Co byś powiedział na to, żeby jutro wyjść gdzieś? Piwo może albo zrobić jakąś drakę?” i wysłałem do Tomka. Potrzebowałem z kimś o tym wszystkim pogadać, a skoro Łucja z jakiegoś powodu unika tego tematu…
Dojechaliśmy. Już wszyscy czekali tylko na nas. Było jak zwykle… Obiad, życzenia, prezenty, kłótnie pomiędzy babcia i prababcią i rozmowy o absolutnie wszystkim. Około osiemnastej zmyliśmy się i pojechaliśmy do rodziny od strony taty. Tam było jeszcze nudniej. Za to Tomek mi odpisał „OK.”.
Wróciliśmy zbyt późno, żeby mi się chciało włączać jeszcze komputer. Wykąpałem się i poszedłem spać. Śniło mi się, że Łucja pilotuje statek kosmiczny i tłumaczy mi jak to się robi. Jesteśmy w dużym pomieszczeniu, jednak poza dwoma fotelami i pulpitem sterującym nic innego tu nie ma. Gładkie srebrne ściany, nie widzę też drzwi. Światło pochodzi gdzieś z góry, ale kiedy popatrzyłem do góry nie było tam nic co mogłoby być lampą. Mamy na sobie śmieszne białe kombinezony, bardzo dobrze przylegają do ciała, a zarazem są luźne. W pewnym momencie wstaje, nie chciało mi się już uczyć.
- To zupełnie proste – skłamałem.
Zachodzę Łucję od tyłu, jest skoncentrowana na sterowaniu, więc nie zwraca na mnie uwagi. Głaszczę ją chwilę po włosach, nachylam się całuję w policzek i wsuwam jej dłoń pod kombinezon. Pieszczę chwilę kształtną jej kształtną pierś, wydała mi się idealna.
- Nie jest ci zimno? – zapytałem czując pod palcami stwardniały sutek.
- Nie głuptasie, ale przestań nie mogę się skupić. Ty też się skup – spojrzała na mnie karcącym wzrokiem, a zarazem jakby z rozbawieniem.
Speszony wróciłem na fotel i skupiłem się na lekcji… Sen wkrótce się skończył.
7.30…
Obudziły mnie ujadające za oknem psy. Ruszyłem się i poczułem, że mam coś mokrego na pidżamie, zerknąłem pod kołdrę.
- Cholera! Nienawidzę tego!
Zdarza mi się to nieregularnie czasem co dwa tygodnie, czasem co miesiąc lub rzadziej. Częstotliwość zależała chyba od… A… Cholera nieważne! Na dodatek zazwyczaj w nocy czułem kiedy to się dzieje, teraz nic. Chociaż domyślam się kiedy... Uśmiechnąłem się mimowolnie. Co za głupi wiek to dojrzewanie. Przebrałem się, zwinąłem pidżamę i cisnąłem do łóżka(przecież nie podrzucę do prania, bo co powiem jak mama zapyta? „Romek, a dlaczego twoje spodenki są mokre?”), potem dopiero wsadziłem całą resztę i zamknąłem wersalkę.
Włączyłem komputer i wszedłem na poznany ostatnio serwis. Znalazłem z tuzin historii o wzięciach i porwaniach. Większość z historii opowiadała o szarych istotach około półtora metra wzrostu, które rozbierały ludzi do naga (może dlatego Łucja się wstydziła o tym rozmawiać…?) i przeprowadzali na nich różne badania. Inni opowiadali, że te same istoty albo inne, bardzo podobne do ludzi, rozmawiały z nimi i uczyły ich jak mają żyć w zgodzie z natura… Przeczytałem wszystkie relacje. Czyżby sen mojej ukochanej wcale nie był snem? Wielu porwanym też najpierw wydawało się to snem. Potem znaleźli na sobie blizny po badaniach…
SMS’a „No hej, o której się dziś spotykamy? Co powiesz na trzynastą?” – Tomek. „Wpadnę po ciebie” – odpisałem. Jest pierwszy dzień świąt chyba tylko my nigdzie nie jedziemy. Łucja jednak jedzie jeszcze dzisiaj, więc nie będę miał wyrzutów sumienia, że zamiast być z nią szlajam się z kumplem.
Miałem jeszcze sporo czasu, nie chciałem znowu zacząć rozmyślać o tym wszystkim, to już powoli doprowadzało mnie do szaleństwa. Włączyłem grę i postarałem się, żeby do trzynastej przez moją głowę nie przeszła żadna myśl, co nie było zbyt trudne. Bowiem rozgrywka polegała na zabijaniu Niemców podczas II wojny światowej, co mimo wielkich ilości przeciwnika było szalenie proste. Z obłędem w oczach wyskakiwałem z pepechą na całą hordę sługusów furera, w pogardzie mając, że „Nec Hercules contra plures”…
13.35…
Park o tej porze roku nie jest zbyt ładny. Drzewa pozbawione liści, tam gdzie biały puch już się stopił widać brunatną ziemię… Z Łucją na romantyczny spacer już wolałbym się wybrać do Rynku, ale na wypad z kumplem jest idealny. W pierwszy dzień świąt prawie nikt tu nie zagląda. Czasami tylko jacyś ludzie przemykają z psami, tylko na chwilę odeszli od stołu.
Siedzieliśmy na oczyszczonej ze śniegu ławce. Pierwsze piwo przyjemnie szumiało już w głowach, drugie chłodziło się pod nami. Rozmowa płynęła leniwie po banalnych tematach. Prowadząc tą niewymagającą konwersację rozmyślałem o dużo poważniejszej sprawie. Jak zacząć? Co mu powiedzieć?
- Tomek wierzysz w UFO? – zapytałem otwierając kolejną butelkę o kant ławki.
- Dziwne pytanie, dążysz do czegoś?
- Właściwie to tak – pociągnąłem łyk dla dodania sobie odwagi. – ostatnio miewam dziwne sny, jakby o przyszłości naszego świata, o statkach kosmicznych – zacząłem niewinnie.
- Spoko, stary… - wyciągnął i otworzył swoją butelkę. – To tylko sny, wiesz, że różne rzeczy nam do dekielka przychodzą kiedy śpimy – roześmiał się, sięgnął po swoją butelkę i otworzył zębami.
- Ale to nie wszystko… Widziałem UFO.
Tomek zakrztusił się i spojrzał na mnie dziwnie, próbował wyczytać w mojej twarzy czy żartuję.
- Mówię poważnie – uprzedziłem jego pytanie. I opowiedziałem mu o obserwacji i o informacji w Internecie.
- O kurwa… Szczerze mówiąc to myślałem, że Obcy są wymysłem reżyserów takich filmów jak Dzień Niepodległości… Wszczepili ci jakąś sondę?
- Nie no… Nawet mnie nie zauważyli chyba.
- Nie mów o tym nikomu więcej. Jak się dowiedzą, że rozpowszechniasz o nich informacje dorwą cię i wymarzą ci pamięć.
- Chyba naoglądałeś się za dużo filmów.
- Może tak, a może nie – odpowiedział filozoficznie. – Lepiej mieć się na baczności.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Coś w środku powiedziało mi, że on coś wie, że nie jest zwykłym szarym kumplem z klasy. Dzisiaj jednak chyba nie chce już o tym rozmawiać, a może on też jest kosmitą i dlatego nie chce, żebym już nikomu o tym nie wspominał? Coś musiało być w moich oczach, bo roześmiał się kiedy na mnie popatrzył i dopił piwo, ale nie mówił nic więcej.
- Chodźmy gdzieś, bo robi się zimno – wyrzuciłem pusta już butelkę do kosza stojącego obok.
Wiatr wył pośród drzew, odkrywając brunatną ziemię. Owinąłem się szczelniej szalikiem i naciągnąłem mocniej czapkę. Zimno się zrobiło. Tutaj w parku gdzieś jest staw czy może jezioro? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Czasami widziałem tutaj latem dzieciaki kąpiące się, a zimą śmigają na łyżwach…
- Ciekawe czy można chodzić po lodzie – wskazałem głowa z pozoru pustą przestrzeń przysypaną śniegiem. Tam o dziwo wiatr nie rozwiał go prawie wcale.
- Sprawdzimy? – wyczarował z kieszeni paczkę całkiem sporych petard.
- O? Na Sylwestra?
- Nie – pokręcił głowa. – Nigdy mnie to nie kręciło… Z czego tu się cieszyć, że w kalendarzu inna data. Po prostu teraz łatwiej kupić, a czasami się przydają.
Odpalił i rzucił parę metrów od brzegu. Huk zaskoczył mnie, spodziewałem się cichego pyknięcia, no może nie tak zupełnie cichego, ale to co usłyszałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tomek tylko roześmiał się.
- Niezłe nie? Achtung, achtung nazi! – rzucił kolejną prawie dokładnie w to samo miejsce, w lodzie powstała dziura o kilkucentymetrowej średnicy.
- To legalne? Znaczy te petardy?
- Nie. Jak sądzisz co by się stało z ręką gdybym tego nie wyrzucił na czas?
Chciałem coś odpowiedzieć, ale wiatr dmuchnął mi prosto w twarz i zachłysnąłem się powietrzem. Zaczął padać śnieg. Rozejrzałem się dookoła, widoczność była bardzo słaba, gdyby ktoś chciał się teraz do nas zakraść mógłby to zrobić bez najmniejszych problemów. Nawet dziecko by sobie poradziło.
- Mogę rzucić?
- Tylko uważaj – podał mi parę sztuk.
Odpaliłem po kolei i rzuciłem jak najdalej. Seria wybuchów przeszyła powietrze, na tafli było widać oczysz one ze śniegu miejsca i porysowany lód.
- A jak tam z tą twoją laską? – kolejny wybuch.
- Jak? Cudownie – uśmiechnąłem się. – Zakochałem się wiesz? Dziwne uczucie, ale bardzo mi z tym dobrze. A jak tam u ciebie?
- U mnie po sta…
- Stać policja!
- O kurwa! – oboje padliśmy na ziemię. Strasznie głupi odruch, niezbyt ułatwi ucieczkę. Łatwo nas zaszli.
Świeciły dwie latarki jedna za nami druga na lewo od nas. Nie było tak źle nie zaszli nas z każdej strony. Albo nie mieli dość latarek… Spojrzałem na Tomka, tamten właśnie przygotowywał petardy. Mrugnął do mnie i wskazał jezioro, chyba miał jakiś plan. Zapomnieliśmy sprawdzić czy lód wytrzyma, ale teraz nie było czasu… Byliśmy nietrzeźwi, nieletni i z nielegalnym materiałem wybuchowym.
- Run forest, run.
Rzuciliśmy się przez jezioro omijając miejsca wybuchów. Tomek odpalał petardy i rzucał pod nogi uniemożliwiając pościg.
- Cholerni gówniarze osłabiają lód – usłyszeliśmy jeszcze, ale nie obracaliśmy się pędziliśmy jak szaleńcy.
Dobiegliśmy do drugiego brzegu nie obracając się. Dotarliśmy do jakieś bramy i ukryliśmy się w niej dysząc strasznie.
- Kolejny raz udało się przeżyć – powiedział Tomek z satysfakcją chowając draskę i petardy do kieszeni.
- To… to nie był twój pierwszy raz?
- Jak by ci to powiedzieć...
- Dobra nie mów, nie chce wiedzieć – powoli uspokajałem oddech.
- Powinniśmy się rozdzielić szukają dwójki młodych. Samotnych nie powinni zaczepiać, chociaż nie wiadomo, mało ludzi się teraz po ulicy kręci. Ja mam tutaj blisko do domu. Przekradnę się jakoś. Tobie radze jak najszybciej wsiąść do autobusu i pojechać do siebie. Tam niedaleko jest przystanek – wskazał ręką.
- A co jeśli mnie złapią?
- Nie wiem. Nie daj się złapać. Dobra, trzeba iść. Zaraz będą po tej stronie. Uważaj na siebie. Na razie – wyszedł z bramy i skierował się idealnie spokojnym krokiem do domu.
Nagle poczułem się tak przeraźliwie samotny. Wyszedłem z bramy i szybkim krokiem poszedłem na autobus, miałem szczęście przyjechał prawie natychmiast…
31 grudzień… 9.21…
Dni mijały szybko, były krótkie. Zimą nie mogę się oprzeć wrażeniu, że można by nie wstawać z łóżka. Zwłaszcza kiedy mam doła. Tak było tym razem. To wszystko nie daje mi spokoju, czuję się jakby ktoś od środka wiercił mi w głowie dziury. Czasem już myślę, że zapomniałem, a nagle przychodzi jak tusami... Myśl o Łucji. To dziwne uczucie. Kiedy jestem z nią czuję wszechogarniającą radość. Mógłbym śpiewać i tańczyć, nic to, że nie czuję muzyki i wyginam się zupełnie nie do rytmu, nie wspominając o moim głosie… Dla niej w tych chwilach zapominam o wszystkim. A kiedy jestem sam… Zastanawiam się kim ona właściwie jest? Pojawiła się w moim życiu tak nagle, a ja od razu straciłem dla niej głowę. Wraz z nią pojawiły się dziwne sny i dziwne światła na niebie, które kiedyś były gwiazdami… A może ona jest jednym z nich? Bzdura.
Komórka zawibrowała na szafce obok i wyrwała mnie z tych ponurych rozmyślań. „Dzień dobry kochanieJ. Jak dzisiaj planujemy dzień? Rodzice o 16 wychodzą i wrócą jutro rano…” – Łucja. Jej rodzice… dziwne, że jeszcze nigdy ich nie spotkałem. Łusia mówi, że są nienormalni i nie mam czego żałować, skoro tak twierdzi… Nie wnikam. „No to ja wpadnę o tej 16 do ciebie. I może wcześniej jakiś spacerek, może o 11?” „OK.”. No to już jestem umówiony na dzisiaj…
Zebrałem się z łóżka i powlokłem się do kuchni, po drodze zajrzałem do łazienki odświeżyć się trochę, przy stole siedziała już moja mama i paliła pewnie już kolejnego papierosa.
- Cześć, pozatruwasz nas wszystkich.
- Zrobiłam ci śniadanie – wskazała na stół, gdzie leżały wyglądające całkiem apetycznie kanapki. – Co dzisiaj masz w planach?
- Spacer i idę świętować Nowy Rok u Łucji – odpowiedziałem biorąc się za śniadanie.
- Acha – wyrzuciła peta i poszła do pokoju.
Zacząłem przeglądać „Gazetę”. Jak zwykle nic ciekawego, jakieś afery polityczne. Przerzucałem kartki przelatując wzrokiem tytułu artykułów. „Kaczyńscy realizują swój plan”, „USA buduje tarczę antyrakietową”, „Brązowy Adam”, „Młoda dziewczyna światkiem lądowania UFO”… Co? „W dniu wczorajszym dwóch świadków uratowało młodą dziewczynę przed porwaniem przez obcych. <> Łucja Janiak, bo tak nazywa się dziewczyna niczego nie pamięta. Nie wie skąd się tam wzięła ani gdzie szła. Jest oszołomiona, nie chce się wypowiadać na temat całego zajścia.”
Doczytałem artykuł do końca, nic więcej ciekawego tam nie znalazłem. O kurde, cholera jasna! Podskoczyłem i przewróciłem taboret.
- Co ty tam Romek wyrabiasz? – dobiegło z pokoju rodziców.
- Nic, nic… - kręciłem się po kuchni w kółko i biłem się dłonią w czoło. – Myśl Romek, myśl. O co tu chodzi?
Nie dojadłem też śniadania ani nie dopiłem herbaty. Jedenasta nadeszła zbyt szybko, nie zdążyłem sobie nic uporządkować w głowie. Zwinąłem gazetę do plecaka i ruszyłem na spotkanie z tajemniczą ukochaną. Wiedziałem już co zrobię…
11. 06…
Dobiegłem na miejsce spotkania, Łucja już czekała.
- Cześć, wybacz spóźnienie – pocałowałem ją na powitanie.
- Nic się nie stało – wyglądała na zamyśloną.
- Wiesz co kochanie – zacząłem wyciągając „Gazetę” z plecaka. – Musimy pogadać. Co to jest? Opowiesz mi o tym? – dokończyłem już potulniej.
- Tak… - westchnęła ciężko. – Wiedziałam, że nadejdzie ta rozmowa… Nie sądziłem, że tak szybko… Zacznę od początku dobrze?
Objąłem Łucję, żeby dodać jej otuchy i kiwnąłem głową, żeby zaczynała.
– Pamiętasz jak podczas pierwszych spotkań rozglądałam się uważnie? Sen, który ci się śnił przez pierwszy miesiąc, kiedy się poznaliśmy?
- Tak… - nastraszyła mnie. Przecież nic jej o śnie nie mówiłem.
- Rozglądałam się tak, ponieważ nie pochodzę z twoich czasów. Urodziłam się w 2057 roku. Po III wojnie światowej, która zniszczyła ekosystem Ziemi…
Całe szczęście, że widziałem wtedy swojego wyrazu twarzy.
- Eee… - tylko tyle zdołałem wykrztusić.
- Niebo wygląda u nas tak zawsze. Zostało zanieczyszczone podczas wojny, do atmosfery dostaje się ciepło, ale dużo trudniej z niej uchodzi. Zimą jest około dwadzieścia pięć stopni, latem ponad pięćdziesiąt.
- Jaka wojna? Kto z kim? Łucja o czym ty mówisz?
- Stanów Zjednoczonych z Rosją. USA, już niedługo, wyrazi chęć wybudowania tarczy antyrakietowej na terenie Polski i Czech – przypomniał mi się tytuł w gazecie… - Oficjalnie miałaby ona chronić przed atakami z Iranu, Korei Północnej i innych „niepewnych” państw. W praktyce tarcza będzie nastawiona głównie na Rosję. 7 stycznia prezydenci Polski i Czech ustalą oficjalne stanowisko na ten temat – zgodzą się. Putin prawie natychmiast wyrazi swój sprzeciw, 10 stycznia pentagon ogłosi, że nie mają zamiaru przejmować się rosyjskim wetem…
Zostałeś starannie wybrany. W trakcie wojny będziesz partyzantem, uczyłam się o tobie na historii. Przeczytałam kilka książek poświęconych twojej osobie, jestem twoją wielbicielką. Ale do rzeczy… Kiedy wybuchła wojna walczyłeś zarówno przeciwko Amerykanom jak i Rosjanom. Zbierałeś oddziały, które dzięki twojemu dowództwu zabiły setki tysięcy żołnierzy po obu stronach konfliktu. Pomimo, że pod sobą nie miałeś nigdy więcej niż dwadzieścia tysięcy ludzi…
- Zostałem wybrany, ale do czego? A my? To wszystko fałsz? Jestem dla ciebie tylko jakimś facetem z książek historycznych? - byłem totalnie załamany. Zupełnie nie obchodziło mnie to co powiedziała, jakaś polityka… Zrozumiałem tylko jedno, wcale mnie nie kocha, nic dla niej nie znaczę.
- Romek, to nie tak! Miałam z tobą tylko nawiązać kontakt, zaprzyjaźnić się…
- Skoro potrafisz się cofnąć w czasie to dlaczego sama nie możesz zmienić historii? To się nawet nie klei! – nawet nie wiem dlaczego ciągle z nią rozmawiałem.
- To dość skomplikowane. Nazywamy to efektem prawidłowego nurtu, tak wiem to głupia nazwa... Nigdy nie uda mi się wykonać tego zadania. Nawet gdybym była już o krok… Nagle coś przeszkodzi mi w dokończeniu misji. Ponieważ gdyby, jakimś cudem, mi się udało wykonać zadanie, wojna nigdy by nie wybuchła, a ja nie miałabym po co się cofać w czasie i nigdy bym się tu nie pojawiła, i nie powstrzymała wojny, więc ta wybuchnie…. To bardzo pokręcone zagadnienie nasi naukowcy próbują to jakoś sensownie opisać, jednak już nie jeden oszalał badając to zjawisko.
- Dość, nie mam ochoty więcej tego wysłuchiwać. Nie chcę wiedzieć do czego jestem ci potrzebny. Nie wierze ci już… Żegnaj – poczułem, że zaraz się rozpłaczę. Odwróciłem się i odbiegłem, czułem, że łzy ciekną mi po policzkach, nie potrafiłem ich zatrzymać.
Kiedy byłem już daleko usłyszałem: „Romek, kocham cie!”. Nie zatrzymałem się…
12.13…
Dotarłem pod swoją bramę i postanowiłem się tutaj na chwilę zatrzymać i odetchnąć. Łzy powstrzymałem już w autobusie. Tylko ciągle myśli pędziły mi jak szalone, o co w tym wszystkim chodzi? Kim jest Łucja? Czy to co powiedziała było prawdą? Najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że i tak zrobię to o co mnie prosi. Zaangażowałem się już za mocno, by móc to tak po prostu przerwać. Tylko muszę się dowiedzieć w co zostałem wciągnięty… Wziąłem głęboki oddech, wszedłem do bramy i ruszyłem po schodach na swoje piąte piętro.
Po drodze patrzyłem tępo na zielono-białe ściany klatki schodowej. Parter… Pół piętro zsyp, pierwsze piętro tutaj ktoś sobie postawił jakąś wiekową kanapę i powiesił kwiatki. Pół piętro schowek. Drugie piętro sąsiedzi urządzili sobie suszarnie dla kwiatków róże, tulipany, żonkile, słoneczniki… Przymocowane gwoździami do ściany. Zsyp. Trzecie piętro… Nic ciekawego, tylko w kącie stoi jakiś karton z niewiadomo czym. Schowek. Czwarte piętro – składak przypięty grubachnym łańcuchem do kaloryfera. Zsyp i moje piąte piętro. Nawet oddech mi nie przyspieszył. Otworzyłem sobie drzwi i przywitawszy się z rodzicami zaszyłem się w swoim pokoju.
Co za szczęście, że mam swój pokój. Mały i zagracony, ale własny. Ogromna szafa w kącie zajmuje sporo miejsca, za to mieszczą się w niej ubrania „wieszakowe” całej rodziny. Łóżko typu wersalka i biurko, żebym miał gdzie się uczyć. Żółte ściany i żółte rolety na oknach czasami działają na mnie jak płachta na byka, ale nie tym razem.
Ułożyłem się na tapczanie i przymknąłem oczy. Za dwa dni wycieczka szkolna… Do tego czasu nie będę się kontaktował z Łucją, po powrocie do niej zadzwonię i zażądam wyjaśnień… To znaczy poproszę o nie.
Wcześnie zasnąłem nie miałem ochoty czekać do północy i wypominać sobie „właśnie w tej chwili mogłem spędzać czas z moją dziewczyną…”
9.00…
- Wszyscy są? – zapytała Bąkiewicz. Moja pożal się Boże wychowawczyni. Udało nam się ją kilkakrotnie doprowadzić do płaczu na lekcji…
- Tak.
- No to wsiadamy, nie przepychać się.
Tuż pod szkołą stał całkiem przyzwoicie wyglądający autokar. Ładnie pomalowany w kolory znanej firmy przewoźniczej wyglądał niezwykle otoczony zdezelowanymi samochodami rodziców. Nigdzie nie widziałem fiata mojego ojca. Pewnie zaraz jak mnie podrzucił pojechał do pracy. Nie było mi smutno, że wszystkich ktoś żegnał tylko mnie nie. Co za różnica? Przecież i tak już jutro wieczorem wrócimy. Odkrywałem w sobie coraz większą obojętność na wszystko co się dzieje dookoła. Brakowało mi tylko Łucji, jej cudownego ciała, smaku pocałunków i…
- No hej Romek, siedzisz? – wyrwało mnie z rozmyślań.
- Pewnie – to dziwne, że stale o niej myślę, zakończyłem szybciej swoje rozważania.
Zajęliśmy miejsca prawie idealnie po środku, ja wybrałem to bliżej okna. Miałem pewien pomysł jak wypytać Tomka o te wszystkie niewyjaśnione sprawy. Chyba troszkę za dużo filmów się naoglądałem, ale i tak plan wydawał mi się świetny.
Bąkiewicz szła środkiem i liczyła nas wszystkich już po raz piąty chyba. Wszyscy są. Pamiętam, w pierwszej klasie coś jej się nie zgadzało… Brakowało jednej osoby. Przez piętnaście minut biegała dookoła autobusu i wewnątrz rozpaczliwie jej poszukując. W końcu wpadła na pomysł, żeby zapukać do toalety. Znalazła się zguba. Dziewczyna, kiedy już wróciła na miejsce była cała czerwona ze wstydu. Dzięki swojej pani cała wycieczka dowiedziała się, że ma biegunkę… Nie widziałem powodu do śmiechu, inni owszem…
Ruszyliśmy, Bąkiewicz usiadła z przodu i wesoło plotkowała z Karłem, drugą nauczycielką, która zgodziła się nami zaopiekować. Gdyby nie to, że wszystko było takie nierealne, szare i nudne wkurzyłbym się. Tym razem obecność dwóch szczerze znienawidzonych przeze mnie opiekunów nie wywołała na mnie żadnego wrażenia. Rozsiadłem się wygodnie i wpatrzyłem za okno.
- Witajcie, jestem waszym przewodnikiem. Będziemy jechać około trzy godziny. Właśnie minęliśmy Poltegor – najwyższy budynek we Wrocławiu… - zniekształcony przez mikrofon głos rozchodził się po autokarze, a monotonna intonacja działała na mnie usypiająco, przymknąłem oczy.
Nagle uzmysłowiłem sobie, że to świetna okazja by dyskretnie zrealizować mój plan. Nie otwierając oczy zagadnąłem.
- Tomek… Jak sądzisz dlaczego ktoś kto cofnął się w czasie nie może sam dokonać w nim zmiany?
- E? O czym ty mówisz?
- A tak się zastanawiam nad podróżami w czasie. Gdzieś wyczytałem czy może usłyszałem, że jest to niemożliwe.
- Być może dlatego, że jeśli sam by to zrobił nie miałby się po co cofać i wcale by się nie cofnął?
- Ale wyeliminowałby problem. Tak jakby samą wolą cofnięcia się – podpuszczałem.
- Nie zupełnie.
- Jak to nie? Wyobraź sobie taką sytuację. Facet zapomniał zamknąć drzwi do domu i ukradli mi telewizor. Gość cofa się w czasie i zamyka drzwi. A potem wraca i wszystko jest OK., bo drzwi były zamknięte.
- Ja bym to widział inaczej… Kiedy on się cofa w jego świecie zostaje utworzona jakby kopia jego i robi dokładnie to co zrobił jej oryginał, ale kiedy przeszłość się zmieni, kopia staje się oryginałem, a podróżnik w czasie gdzieś znika, bo jest już niepotrzebny – wygadał się, wygadał! Ledwo mi wystarczyło silnej woli, żeby nie otworzyć oczu i zachować obojętny wyraz twarzy. Tylko czy moje przypuszczenia są prawdziwe? On naprawdę coś wie? Jak to sprawdzić?
- A jakby cofnął się w czasie i namówił do pilnowana mieszkania sąsiada? A sam szybko wrócił do swoich czasów?
- Hmmm… Brzmi sensownie, mogłoby się udać. Musiałbym porozmawiać o tym z ma… To znaczy…
- Z matka? – podpowiedziałem, poczułem, że cały drżę.
- Moją matka? Nie wiem o co ci stary chodzi. To tylko takie gdybania moje były, sam zacząłeś ten temat.
- Jak z nią pogadasz daj mi znać – nie mówiłem już nic więcej. Kto ma rację? Łucja czy Tomek? Tomka teoria jest prawdopodobniejsza, a przynajmniej logiczniejsza. Ktoś ją oszukał?
Nie poruszaliśmy już więcej tego tematu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zrzuciliśmy bagaże do pokojów i ruszyliśmy zwiedzać. Tuż obok ośrodka był jakiś dworek otoczony lasem… Niestety nie zauważyliśmy, żadnego jelenia ani nawet sarny (więc na co szlachta polowała? A może to oni tak wytłukli zwierzynę?). Dwór był piękny, jak się później dowiedziałem powstał w połowie XIX wieku. Był zbudowany na planie litery T, a okazały cztero kolumnowy portyk… Na chwilę się zapomniałem i zacząłem marzyć, że jestem szlachcicem i mam swój własny dwór… Szybko jednak wróciłem do rzeczywistości, bo zacząłem roić o mnie i Łucji w różnych ciekawych sytuacjach… A kiedy tylko ją zobaczyłem przypomniałem sobie o wszystkim.
Wróciliśmy około dziewiętnastej, pani dała nam jeszcze godzinkę do odwiedzenia sklepów i kupienia pamiątek. Rozeszliśmy się małymi grupkami. Ja, Tomek, Janek i Marcin. Janek i Marcin tak jak my wyróżniali się w klasie i nie chodzili na siłownie. Na co dzień raczej nie utrzymywaliśmy kontaktów, gdyż oni gdzieś tam daleko mieszkali.
- To co chłopaki idziemy po piwko? – rzucił któryś.
- Myślisz, że nam sprzedadzą?
- Sprawdzić nie zaszkodzi – odparł ten sam.
No i ruszyliśmy w poszukiwaniu niewielkiego sklepu spożywczego. Jakaś mała mieścina, nawet nie zapamiętałem jej nazwy, o typowej zabudowie. W centrum super sam, a dookoła jakieś mniejsze sklepiki. I to był taki jakby „ryneczek”. Obok było boisko szkolne, a gdzie człowiek nie spojrzał widać było bloki i sypiącym się tynku z elewacji. Pod samem siedziało kilku żuli, deska ratunkowa. W razie gdyby nie chcieli nam sprzedać wystarczy poprosić takiego i odpalić mu piwo.
Upatrzyliśmy niewielki sklepik dość oddalony od reszty i niepożądanych spojrzeń. Wszedłem ja z Tomkiem, chwilę udawaliśmy, że coś oglądamy, bo jakiś facet był przed nami.
- Dzień dobry proszę pani – trzeba być miłym, kiedy ma się tak niecne zamiary jak my. Pani w średnim wieku wyglądała całkiem poczciwie.
- Dzień dobry, co podać?
- Osiem calsbergów – odpowiedziałem tym samym słodkim głosikiem.
- O, ale nie można, macie dowody?
- Proszę pani, szybciutko schowany do plecaków, nikt się nie dowie, a my będziemy chwalić pani sklep do końca naszych dni.
- No lepiej nie chwalcie – uśmiechnęła się i ruszyła po piwa. Dobra nasza. – To będzie dwadzieścia jeden i pięćdziesiąt dwa grosze. Tylko schowajcie to szybko, bo nie wolno – dodała ciszej.
- Oczywiście, oczywiście już chowamy. Dowidzenia proszę pani.
Wyszliśmy czując w plecakach przyjemny ciężar. To było takie proste… Jak zabrać dziecku lizaka, chociaż może nawet łatwiejsze? Nie wiem, nigdy nie próbowałem. Chłopaki czekali przyczajeni po drugiej stronie ulicy. Pomachaliśmy im wesoło, zrozumieli.
- No to co panowie? Mamy jeszcze piętnaście minut, co robimy? – zapytałem i poprawiłem plecak, tym razem zrozumieli mnie opacznie.
- A co ciąży ci już? Nie, myślę, że lepiej będzie wypić później w pokoju.
- Uch… Ty durny, nie wygodnie mi poprawić się nie można nawet?
Marcin tylko prychnął oburzony. Ruszyliśmy wolnym krokiem przez miasteczko, niestety jedynym znanym nam kierunkiem był nasz „hotel” jak to nazywaliśmy. Całkiem niedawno pomalowany na zielono budynek idealnie nadawał się na wycieczki typu „zielona szkoła”. Na parterze była duża sala, w której normalnie znajduje się stołówka, dziś przekształca się w dyskotekę, a jutro mogła być chociażby salą wykładową. Najważniejsza jest funkcjonalność. Na drugim i trzecim piętrze znajdują się pokoje dla gości.
W nasz pokój na pierwszy rzut oka wydawał się ogromny, troszkę zmieniła nam się perspektywa, kiedy wrzuciliśmy do niego plecaki. Ale i tak dla czterech chłopaków był akurat. Cztery jednoosobowe łóżka, trzy ustawione przy ścianie na prawo od wejścia oddzielone szafkami nocnymi i jedno na przeciwległej tuż obok sporej szafy. Zająłem wyrko najbliżej drzwi, Tomek obok mnie, dalej Marcin, a po przeciwległej Janek. Pod oknem był odrapany stolik, a przy nim dwa krzesła.
Z dołu doszły nas pierwsze dźwięki muzyki, zagraliśmy w marynarza, kto idzie sprawdzić gdzie nauczyciele. Padło na mnie. Zgramoliłem się z łóżka i postukując klapkami po pustym piętrze ruszyłem do schodów. Z każdym krokiem głos Michała Wiśniewskiego stawał się coraz wyraźniejszy na parterze w końcu zrozumiałem co śpiewa „zawsze z tobą chciałbym być, przez całe lato”… Uchyliłem drzwi i nieśmiało zerknąłem do środka. Laski i pakerzy wyginają ciała w rymie muzyki. Zauważyłem, że niektóre i niektórzy z nich byli bez koszulek (dziewczyny w stanikach, oczywiście). Cóż za impra! Nigdzie nie było widać nauczycieli, więc zamknąłem drzwi, nikt mnie nawet nie zauważył.
Oparłem się o drzwi i przymknąłem oczy… Widok dziewczyny bez koszulki ożywił wspomnienia… Łucja, była nieporównywalnie ładniejsza od tych wszystkich „kici” z mojej budy. Było w niej coś takiego co czyniło ją najpiękniejszą na świecie, chociaż nie potrafię wskazać co… Nie widziałem jej w samym staniku, ale nie przeszkadzało mi to marzyć…
Ktoś pchnął drzwi, odsunąłem się.
- Czego tu stoisz pacanie?
- E, pilnuję przed nauczycielkami.
- A to spoko – i zamknął drzwi od wewnątrz. To był Grzesiek, największy paker klasy… Sto dwadzieścia na klatę bierze dziesięć razy, chociaż nie mówi mi to zbyt wiele.
Westchnąłem i ruszyłem przed siebie. Korytarz prowadził prosto do wyjścia, za szybą zauważyłem nasze kochane panie nauczycielki z papierosami w rękach i piwem na ławce. Nie zauważyłem ich wcześniej… Nawet tu nie spojrzałem, mój błąd. Skinąłem im głową i poszedłem na górę.
- No pano… - zacząłem otwierając drzwi, ale nie dokończyłem, bo moi kumple zamiast poczekać na mnie już sączyli sobie „prawdopodobnie najlepsze piwo na świecie”. Dranie! – Karzeł z wychowawczynią siedzą pod ośrodkiem i palą… Gdzie jest moja puszka?
- W szafie.
Wziąłem sobie i usiadłem na łóżku dwa krzesła zajmował Tomek i Marcin, Janek przyciągnął sobie do stolika szafkę nocną…
Reszta wieczoru upłynęła pod znakiem męskich rozmów o niczym, psioczeniu na nauczycieli, piwa (może to powinno być na początku) i kart. Byłem zmęczony, dwa piwa szumiały mi mocno w głowie. Czułem, że pląta mi się język. Jak wszystkim zresztą. Jakoś nie myślałem o niczym, był to idealny stan... Żadnych trosk. Byłbym szczęśliwy gdybym siedział objęty z Łucją, tego mi brakowało, ukochanej…
5.07…
- Wstawaj draniu – wysyczałem do ucha Tomka. Siedziałem na nim okrakiem, nogi związałem mu prześcieradłem, a ręce koszulą. Usta zakneblowałem mu skarpetką – czystą.
- Um, um, um? – chyba zapytał.
- Musimy sobie poważnie porozmawiać. Kim jest twoja matka?
- Um, um…
- Nie rozumiem… - kurcze, twardy jest. Nic nie chce gadać. – Skąd wiesz o podróżach w czasie?
- Um, um! – zezował na skarpetkę.
- A! No tak, musze wyjąć ci to z ust, ale najpierw obiecasz mi, że nie będziesz hałasować i pójdziesz grzecznie ze mną.
- Um – chyba się zgodził, widząc, że nie jestem pewien pokiwał energicznie głową.
Rozwiązałem mu nogi i podpatrzonym z serialu W11 chwytem poprowadziłem go na korytarz. Tam dopiero oswobodziłem go zupełnie, nie wyglądał na zachwyconego, prawdę mówiąc był wściekły, ale dotrzymał słowa nie hałasował. Tylko walnął mnie w szczękę, aż zobaczyłem gwiazdki.
- Za co?
- Za tę skarpetkę.
- Była czysta… - nic nie odpowiedział. – To jak? Kim jesteś?
- Jestem zwykłym uczniem. Moja matka ma od lat świra na punkcie UFO i takich tam. Między innymi podróży w czasie, nawija o tym od rana do wieczora.
- To co mi powiedziałeś to jej teorie? Ma rację?
- Trudno stwierdzić, chyba tak. W pewnych kręgach jest znana… A teraz ty mi się wytłumacz, po co ci te informacje? Może będę mógł ci pomóc…
Streściłem mu cała sprawę. Pomijając te bardziej żenujące fragmenty.
- O kurwa stary… Jesteś w niezłym bagnie. Ale pomogę ci, a przynajmniej powiem tyle ile wiem. Po pierwsze nie spotkasz się już ze swoją ukochaną.
- Dlaczego? – w oczach stanęły mi łzy.
- To zależy. Według obu teorii nie powinno jej się udać powiedzieć ci tyle co powiedziała. Więc istnieje jakiś wyjątek potwierdzający regułę – ziewnął. Jak mogło mu się chcieć spać? Ja obudziłem się o czwartej trzydzieści i nie mogłem już zasnąć. W końcu wpadłem na ten pomysł… - Może nie zdążyła powiedzieć ci wszystkiego?
- Ale dlaczego już mi więcej nie powie?
- Bo nie może tu już wrócić, to byłoby zbyt duże ryzyko!
- Dalej nie rozumiem – poskarżyłem się.
- Nie wiem jak ci to wytłumaczyć. Załóżmy, że moja matka ma rację i cofanie się w czasie tworzy kopie. Wydaje mi się, że po waszym rozstaniu od razu uciekła do swoich czasów. Powiedziała ci i było ogromne ryzyko, że zaraz zniknie. Jednak stało się coś dziwnego, czego nie potrafię wytłumaczyć. Nie znikła… Pisała ci od tamtego czasu SMSy?
- Tylko przez dziesięć minut od rozstania… - coś chyba mi zaświtało. – A potem odeszła do swoich czasów czekać na zmiany, których mam dokonać?
- Przeczytałeś tego SMSa?
- Nie… Skasowałem.
Skrzywił się.
- Romek, nie potrafię wyobrazić sobie tego co działo się w twojej głowie...
- To nic takiego skasować SMSa…
- Nie o to chodzi! Zdążyła napisać ci wiadomość, nie znikła. Więc ona żyje! U siebie, ale żyje – to akurat zrozumiałem. Cieszyłem się, że moja ukochana nie rozpadła się na atomy i nie znikła… - Historia musiała zwariować.
- Czyli… Przez te kilkanaście minut nikt nie wiedział co zrobię? NIKT? Nawet Bóg?
- Po tym wszystkim wydaje mi się, że jeśli Bóg istnieje to nie jest ani wszechmogący, ani wszechwiedzący.
- Ale skąd ja mam wiedzieć jak zapobiec tej wojnie?
- Czytaj gazety, nie bez przyczyny cie wybrali… Pewnie się jakoś domyślisz.
- Fakt, proste – miałem ochotę mu przywalić. Nie dlatego, że zrobił to pierwszy. - A skąd pewność, że wróciła do swoich czasów?
- Bo nie napisała nic więcej, a gdyby była wstanie to myślę, że zależałoby jej na ułatwieniu ci zadania – uśmiechnął się lekko, ale zaraz wykrzywił się w paskudnym grymasie, jakby… stłumił ziewnięcie. Gadaj tu z takim.
- Brzmi sensownie…
- Nic więcej nie wiem. Muszę pogadać ze swoją matką.
Weszliśmy do pokoju, Janek spał z kołdrą na podłodze i z „Małym” na widoku, odwróciłem się zażenowany. Mówiłem mu, żeby się ubrał. Marcin na odwrót przykryty po uszy chrapał cicho. Tomek wskoczył do łóżka i wkrótce zasnął. Mało się mną przejął, z drugiej strony co miał zrobić? Położyłem się i patrzyłem w sufit do śniadania, do ósmej trwałem w takim odrętwieniu…
8.00…
Odgłos walenia pięścią w drzwi przywrócił mnie do rzeczywistości. Zdałem sobie sprawę, że przez ten czas nic sensownego nie przyszło mi do głowy i nawet nie pamiętam o czym myślałem.
- Wstawać. Śniadanie! – to chyba jakaś dziewczyna, całe szczęście, że nie weszła…
Poleżałem jeszcze chwile i poczekałem, aż usłyszę jakiś ruch w pokoju. Pierwszy zebrał się Jasiek… Dałem mu czas na ubranie się i wstałem.
- Hej nudysto. Mógłbyś chociaż spać przykryty, a nie straszyć mnie w nocy, jak poszedłem do kibla – poskarżyłem mu się. Chociaż zmieniłem troszkę cel nocnych podróży.
Nic nie odpowiedział. Ruszyliśmy na dół jeszcze na schodach dogonili nas Tomek z Marcinem. Po wczorajszej imprezie na stołówce wciąż walały się kolorowe balony i serpentyny, ciekawe kto to będzie sprzątał? Za to stoły poustawiane były jak trzeba.
Stanęliśmy w kolejce po śniadanie. Płatki kukurydziane i mleko. Szkoda, że nie maja jeszcze kakao i cukru, wtedy byłoby pycha.
- Jak wam się spało? – zagaił Marcin.
- Jak zwykle po piwie śpię jak dziecko… - i mrugnąłem do Tomka, jednak nie okazał nawet cienia zrozumienia.
- Ja przeciwnie… Musiałem sobie wziąć tabletki. Sen twardy jak kamień, żadnych snów ani przebudzeń – spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie.
- A jak ktoś cię obudzi w nocy? – zagapiłem się i Marcin musiał mnie szturchnąć, żeby odebrać zestaw śniadaniowy.
- Nie wiem, na ulotce coś było o efektach ubocznych… Podobno „osoba zażywająca preparat będzie zdolna do normalnej rozmowy, ale nie będzie jej pamiętać”.
Ciekawe co to za specyfik, lepiej nie będę o więcej wypytywać, żeby nie zaczął czegoś podejrzewać. Zajęliśmy stolik przy oknie i w milczeniu zjedliśmy posiłek.
W planach na dziś mieliśmy jeszcze krótki spacerek po okolicy i powrót.
Podczas przechadzki rozmyślałem nad nocną rozmową. Dręczył mnie ten dziwny lek, który zażył Tomek, nigdy o czymś takim nie słyszałem. To było jednak na drugim planie. Zastanawiałem się jak mam zatrzymać wojnę… Skoro w gazetach o niej napiszą to znaczy, że lawina już ruszyła. Jak jeden człowiek ma ją powstrzymać? Rozważałem różne możliwości jak miałbym to zrobić. Dziwne ani razu nie przeszło mi przez głowę, żeby zrezygnować. Może nie chciałem sprawdzać czy w tym świecie też będę miał dość odwagi, żeby zostać partyzantem? Musiałem odszukać jakąś informację, która (dzięki mojej wiedzy o nadchodzącej wojnie) pozwoliłaby mi wywnioskować co zrobić... Coś mi mówiło, że to porywanie się z motyką na słońce.
Łucja… Jak mogłem ją zawieść? Przez ten miesiąc byłem tak szczęśliwy. Było mi źle, bo nie powiedziałem jej co naprawdę do niej czuję. Zarazem wiedziałem, że gdybym wtedy nie uciekł być może ona by zginęła. Chociaż i tak… Dla mnie znikła. I to było okropne, wiedziałem, że żyje. A przynajmniej miałem podstawy by tak sądzić, ale nie mogłem się z nią spotkać. Czułem się paskudnie. Jak każdy facet miałem potrzebę okazania swojego uczucia. Chociaż jestem upośledzonym gatunkiem i nie umiem o nim mówić, chcę działać! A więc muszę spełnić jej prośbę…
Z nieba zaczął sypać się śnieg wymieszany z gradem. Świat dookoła stał się idealnie biały.
- Wracamy do autokaru dzieci! – karzeł starał się przekrzyczeć wiatr. Tym razem jednak rozumieliśmy się bez słów.
Byliśmy pod dużym samem w centrum. Do parkingu było zaledwie dziesięć minut szybkim krokiem. Na miejscu zostaliśmy szybko przeliczeni i władowaliśmy się do środka. Na idealnie czystej podłodze szybko pojawił się szybko topniejący śnieg zmieszany z piaskiem. Wkrótce powstało błoto, po którym kręciła się Bąkiewicz po raz kolejny sprawdzając czy są wszyscy.
- Ruszamy!
Kierowca uruchomił silnik i odjechaliśmy… Tomek siedział obok mnie, pewnie uznał, że wracamy w takim samym układzie jak przyjechaliśmy. To dobrze, bo zapomniałem mu o tym powiedzieć…
- Wymyśliłeś coś? – powiedział, kiedy zauważył, że patrzę w jego stronę.
- Co masz na myśli?
- No z Łucją…
- Dalej nie rozumiem.
- No… A! Bo ty myślisz, że ja nic nie pamiętam – pacnął się w głowę. – To była ściema z tymi tabletkami, bo nie mogłem przecież powiedzieć chłopakom, że też byłem w kiblu, a jakoś nic nie wpadło mi do głowy.
- A to, że po prostu spałeś?
- Też jakoś nie przyszło mi do głowy… - zrobił przepraszającą minę.
- Nic nie wymyśliłem. Nie bardzo wiem gdzie szukać…
- Może zacznij od Internetu? Znajdź sobie artykuły mojej matki… Barbara Celtycka.
- Macie inne nazwiska?
- Pod takim pseudonimem pisze.
Dalej nie rozmawialiśmy już o niczym poważnym. Tomek mówił o swoich podbojach miłosnych, zawsze miał ich wiele… Jak on to robi? Przecież wcale nie jest jakiś tam strasznie przystojny. No dobra, jest bardziej umięśniony ode mnie i ma już elegancką kozią bródkę… Moją pierwszą prawdziwą dziewczyną była Łucja. Chyba dlatego, że nigdy wcześniej jakoś nie odważyłem się umówić. Pewnie taki los był mi pisany. Przez całe życie będę wspominał ten jeden miesiąc z nią.
- Powiedz mi… Co ty właściwie robisz z tymi dziewczynami? – zdałem sobie sprawę, że to brzmi co najmniej dziwnie, ale zrozumiał.
- No wiesz – Tomek uśmiechnął się. – Dżentelmeni nie rozmawiają o tych sprawach. Chociaż wciąż jestem prawiczkiem – dokończył ciszej.
- Wstydzisz się tego? Stary… Masz dopiero szesnaście lat…
- No mam szesnaście, ale jest dwa tysiące siódmy rok. Za prawie dokładnie sześć lat koniec świata, przynajmniej tak mówi matka. A wiesz co śpiewa Kazik „za trzy lata koniec świata, zastanów się po co ci armata”.
- On śpiewa chyba o końcu świata, który już był… Czy raczej miął być w dwutysięcznym.
- I co z tego? Sens jest ten sam.
- Nie martw się. Nawet jeśli nie znajdziesz tej jedynej… To za dwa lata będziesz miał osiemnastkę i będziesz mógł zostać przez cztery lata stałym klientem zamtuzów.
- Już nie ma zamtuzów – pokręcił głową. - Teraz są burdele, a to nie to samo. Nie ma już tych starych pięknych domów schadzek – rozmarzył się. – które wielu artystów opiewa w swoich książkach. No i jaką tą jedyną? O czym ty mówisz… Nie ma kogoś takiego.
- Nie zgadzam się. Ten pierwszy i kolejne razy muszą być wyjątkowe z kimś wyjątkowym. Kimś kogo się naprawdę kocha… Tylko wtedy można odczuwać pełną satysfakcję z życia seksualnego – dokończyłem zdaniem przeczytanym w jakimś artykule napisanym niechybnie przez seksuologa.
- Bzdury. To tylko SEKS. Satysfakcja Erotyczna Kochanów Symbioza.
- Symbioza? – coś chyba mu się porąbało…
- Pewnie. Pomiędzy mężczyzną i kobietą zachodzi symbioza. Oboje są zadowoleni.
- Sugerujesz, że osoby są dowolne? Wystarczy, żeby sprawiły sobie przyjemność?
- Tak.
- Nie zgadzam się!
- Nie musisz.
- I nie będę. Może trące myszką, ale według mnie to powinna być ta jedna, jedyna na całe życie. Najlepiej po ślubie.
- Trącać myszkę to też możesz – wybuchnął śmiechem.
Nie mówiłem już nic więcej. Erotoman. To nie tak, to zupełnie nie tak. Najpierw ślub, potem wesele i para młoda urywa się gdzieś po północy… A nie z byle kim i byle gdzie...
Dojechaliśmy przed dziewiętnastą… Wcześnie poszedłem spać…
14.42…
Kolejny dzień od mojego powrotu z wycieczki… Chodzę do szkoły, chociaż nie wiem po co, nie notuję na lekcjach, nie jestem aktywny ani nie robie zadań domowych… Jestem jak zombie. Wracając wstępuję do kiosku, kupić „Wyborczą”, „Gazetę Wrocławską” i jeszcze parę innych szmatławców z nadzieją, że w końcu coś znajdę. Zazwyczaj zanim dotrę do domu w rękach pozostają mi dwa, góra trzy artykuły (wyrywam interesujące mnie strony), które analizuję w domu. Kiedy jestem już pewien, że i tym razem nie znalazłem niczego ciekawego, włączam komputer. Kolejne godziny spędzam na czytaniu wszystkich wiadomości na Onecie, Interii i WP, a także na paru innych angielskojęzycznych portalach. Wszystko co wyda mi się interesujące kopiuję do Worda. Nie ma tego wiele, z całego dnia może dwie strony… A ile przeczytałem? Nie potrafię nawet oszacować…
Czuje się cholernie samotny… W szkole, nawet Tomek się do mnie nie odzywa, a ja sam nie prowokuję rozmów. Czasem tylko zapyta „jak tam poszukiwania?”. Nie mam już sił odpowiadać, kręcę tylko przecząco głową…
Jestem sam. Rodzice… Matkę tylko interesuję, żebym zdążył na autobus… Ojciec? Wychodzi przed szóstą do pracy i wraca nie wcześniej niż o osiemnastej, nic dziwnego, że nie ma ochoty się mną przejmować, woli spać w fotelu...
Kiedy nie mam już siły, żeby czytać kładę się do łóżka. Jednak nigdy nie zasypiam od razu… Czasem rozmyślam o przeczytanych dziś rzeczach, a czasem, jak dzisiaj, użalam się nad sobą.
Zaczynam tracić nadzieję, że kiedyś coś znajdę… Mógłbym godzinami wykładać o polityce i gospodarce w Polsce i na świecie, tylko, żeby jeszcze ktoś chciał mnie słuchać. To okropne… Robię to wszystko dla Łucji, a nie mam pewności czy mi się uda, czy będzie jej lepiej. Poświęciłem dla niej siebie. Spędzam samotnie całe popołudnia i weekendy, a przecież mógłbym gdzieś wyjść… Umówić się z kimś. Jednak nie potrafię. Coś zmusza mnie, żeby spędzać każdą chwilę na poszukiwaniach… Czuję, że gdybym odszedł od stanowiska wszystko by przepadło… Pojawiłaby się w Internecie ta długo oczekiwana przeze mnie wiadomość. Więc czekam. Chociaż rozsądek krzyczy, że tylko niepotrzebnie marnuję swoją młodość…
A co by było gdybym o wszystkim zapomniał? Spróbował żyć jak dawniej… Czekając na szczęście, które już nie nadejdzie, bo do nikogo nie przychodzi dwa razy. Chociaż może mi by się udało? Zapomnieć, tak najpierw musiałbym sobie z tym poradzić, ale później? Może nawet zacząłbym się z kimś spotykać? Żyłbym sobie z dnia na dzień…
Nie to niemożliwe… Nie ma innego świata niż ten. Samotne dni przed komputerem, wirtualny świat… Żyje w beznadziei, gdzie kolejne dni określają kolejne dwie strony w Wordzie. Które zresztą i tak po ponownej analizie zawsze czyszczę.
Zaczyna doskwierać mi okropna samotność. Już sam nie wiem ile dni tak wegetuję… Czasem płaczę, chociaż „chłopaki nie płaczą”, już wiem, że Muniek nie miał racji. Płaczą, kiedy wiedzą, że nikt ich nie widzi, kiedy mają pewność, że nikt ich nie usłyszy. Kiedy nadchodzi kolejny samotny wieczór… Komórka milczy, a oddałbym duszę za jednego SMS’a od Łucji… A za chwilę rozmowy oddałbym wszystko, chociaż chyba nie mam już nic cenniejszego od duszy… Znowu czuję łzę na policzku, który to już raz w tym „Szczęśliwym Nowym Roku”? Przecież tak niedawno był sylwester… Wtedy ostatni raz ją widziałem. Mieliśmy razem spędzić tę najpiękniejszą noc w roku, oglądać razem rozświetlone przez zimne ognie nocne niebo… Zamiast tego przespałem tę chwilę, rano odczytałem kilka wiadomości na Gadu-Gadu od znajomych. Życzenia… Żadne się nie spełniło.
Leżałem już na łóżku, komputer wydał ostatni dźwięk i wyłączył się. W końcu nastała cisza, w pokoju obok rodzice już dawno śpią. Zamykam oczy… Widzę jak Łucja śmieje się, obejmuje mnie, całuje...
Co to? Ach… Zapomniałem, to tak brzmi moją komórka, kto to może dzwonić o tej porze? Z trudem rozstaje się z Łucją i rozwieram powieki. Nieznany numer.
- Słucham?
- Romek? – głos kobiety w średnim wieku. To przecież ona dzwoni, powinna wiedzieć do kogo!
- Tak to ja, kim pani jest?
- Basia Celtycka do usług. Tomek powiedział mi, że…
- To pani jest mamą Tomka? – zupełnie zapomniałem poszukać jej artykułów. Ciekawe czego chce?
- Tak… powiedział mi, że masz kłopoty, żeby znaleźć jakiś ślad. Myślę, że mi się udało... Możesz przyjść do nas? Najszybciej jak to możliwe?
- Co pani znalazła? - poczułem jak serce mi przyspiesza.
- Przyjdź, pokaże ci – rozłączyła się.
Zerwałem się z łóżka na pidżamę naciągnąłem jakieś ciuchy i starając się nie obudzić rodziców wyszedłem z mieszkania. Adrenalina i endorfina pulsowały mi w żyłach z trudem powstrzymałem się, żeby natychmiast zbiec po schodach i zamknąłem drzwi.
Jeszcze nigdy wcześniej o tej godzinie nie wychodziłem sam z domu… Właściwie, która jest godzina? Spojrzałem na zegarek w telefonie – trzecia dwadzieścia sześć… Nie byłem w ogóle śpiący.
Zachłysnąłem się zimnym nocnym powietrzem, co robić? Automatycznie zacząłem biec na przystanek, ale przecież o tej godzinie autobusy już nie kursują… Tomek mieszka dwa osiedla od mojego. Jakieś trzy kilometry piechotą. Daleko nie jest, ale nie mam tyle czasu! Przystanąłem. Teraz kiedy w końcu coś się ruszyło miałbym zawalić? Skoro informacja została znaleziona jest duże prawdopodobieństwo, że nie mam nawet godziny by zacząć działać. Co teraz? Puściłem się sprintem najkrótszą znaną mi drogą, zaraz jednak troszkę zwolniłem(miałem przed sobą długą drogę). Serce biło mi dużo szybciej niż zwykle, pompowało krew do płuc. Kiedy mały obieg był zakończony. Ten czerwony płyn z hemoglobiną transportującą tlen płynął przez aortę w stronę mięśni, które pracowały sprawnie jak nigdy. Nie męczyłem się.
Dziwnie było tak biec przez uśpione osiedla. Nie spotkałem nikogo ani nieletnich przestępców, ani tych bardziej doświadczonych, ani pracowników piekarni, ani śmieciarzy. Byłem sam. Tym razem mi to nie przeszkadzało. Miałem cel, wiedziałem, że jak dotrę do celu zacznie się wszystko. A może jutro będzie już po wszystkim? Nie czas o tym myśleć.
Tomek stał razem z matka pod blokiem. Mój kumpel trzymał w rękach plecak, kobieta miała w rękach jakąś gazetę. Kiedy mnie zobaczyli ruszyli w moją stronę.
- Dobry wieczór, hej – przywitałem się. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie byłem bardzo zasapany.
- Hej – odpowiedzieli. – Znalazłam to niecałą godzinę temu… - konturowała pani Barbara. Podała mi gazetę otwartą na artykule o tarczy antyrakietowej.
- I co w tym ciekawego?
- Nie rozumiesz?
- Jutro się mają spotkać ministrowie obrony obu narodów… - ugryzłem się w język. Jak mogłem to przeoczyć?
- … a Siergiej Iwanow jest bardzo zdeterminowany, stale szepcze Putinowi do ucha o wojnie. A teraz będzie miał doskonały powód.
- Czyli muszę go unieszkodliwić. Skoro jutro…
- … dzisiaj – poprawił mnie Tomek.
- Skoro dzisiaj o siedemnastej miejscowego czasu w Moskwie odbędzie się spotkanie…
- Nie ma czasu, chodźmy do samochodu – przerwała mi Celtycka. I pociągnęła nas za sobą, zaparkowała niedaleko.
Nie widziałem, że Tomek ma tyle kasy. Czarny volkswagen Phaeton ze wszystkimi bajerami… Byłem pod wrażeniem, ostrożnie, żeby niczego nie pobrudzić wsiadłem na tylne siedzenie, kumpel wskoczył obok i zatrzasnął drzwi. Ruszyliśmy z piskiem opon.
- Masz, w tym plecaku jest wszystko czego potrzebujesz. Pistolet i bilet na samolot. Odlatujesz za piętnaście minut…
- Zdążymy?
- Jasne, jeszcze nie wiedziałeś jak moja mama prowadzi – i faktycznie, pomimo, że jechaliśmy przez nienajlepsze ulice Wrocławia na desce rozdzielczej było około stu pięćdziesięciu na godzinę.
- A policja?
- Nie zdąży…
Jakby na potwierdzenie jego słów za nami usłyszałem syrenę, odwróciłem się i ze zdziwieniem zauważyłem, że wóz policyjny wygląda jakby się cofał…
- Jeszcze pewnie kilku pieskom popsujemy dziś humor – uśmiechnął się Tomek widząc moje zdziwienie.
- Zapisali numery?
- Są zasłonięte, wystarczy nacisnąć guzik… No, ale wróćmy do rzeczy. Za chwilę wsiądziesz w samolot.
- A jak przemycę pistolet?
- Trzymaj, to legitymacja dyplomaty wystarczy, że pokażesz ją na lotnisku – wręczył mi plastykową kartę wyglądający trochę jak dowód osobisty, a na plecak nakleił nalepkę o skomplikowanym wzorze i ze znakami wodnymi.
- Co to?
- Znaczek poczty dyplomatycznej.
- Słuchaj, według naszego czasu o piętnastej będzie po ptakach. Będziesz lecieć cztery godziny… Będziesz miał około godziny na dostanie się pod mieszkanie tego polityka.
- Jak to? Odlatuję po czwartej… Na ósmą będę w Moskwie… Myślisz, że o dziewiątej już wyjdzie?
- Tak, prześwietliliśmy go. Codziennie o jedenastej, zacznij liczyć według tamtejszej strefy czasowej, wychodzi. I idzie trzysta metrów na postój taksówek.
- Kiedy mieliście na to czas? – troszkę zgłupiałem, ale byłem szczęśliwy, że jest ktoś kto mi pomaga.
- Mam naprawdę duże możliwości – wtrąciła matka Tomka.
Dojechaliśmy… Wcześniej jakoś nie miałem okazji, żeby odwiedzić to miejsce. Troszkę się zawiodłem, budynek był słabo oświetlony i mało elegancki. Przeszklony gmach pewnie jeszcze parę lat temu był nowoczesny, dziś już jakoś kiepsko wyglądał, a może to ja nie byłem w stanie się niczym zachwycić?
- Bierz i nie zapomnij pokazać legitymacji pierwszemu napotkanemu ochroniarzowi, zapytaj go skąd startuje samolot.
- Ok. Dzięki – spojrzałem im głęboko w oczy. – Dzięki, za pomoc.
I pobiegłem… To wszystko było takie nierealne. Skąd do cholery mieli takie możliwości? Wszedłem do hollu… Nie wiedziałem gdzie się podziać. Z zewnątrz nie wyglądał na tak duży… Na szczęście ktoś pomyślał, żeby zrobić drogowskazy, ruszyłem w stronę, którą pokazywała strzałka „odprawa”.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc?
Wyciągnąłem z kieszeni legitymację.
- Gdzie chciałby pan polecieć? – tonem dużo bardziej przymilnym niż poprzednio.
- Moskwa – odpowiedziałem.
- Oczywiście. Zbyszek! Zaprowadź pana na pas numer jeden, tam za chwilę będzie odlatywać do Moskwy, więc się pospiesz. Ja skontaktuje się z wieżą, żeby ich przytrzymała trochę.
Jak spod ziemi pojawił się rosły strażnik.
- Proszę za mną.
Przeprowadził mnie przez prawdziwy labirynt korytarzy, wszystkie drzwi, które otwierał były oznaczone tabliczką „tylko dla personelu”. Nikogo nie spotkaliśmy, słyszałem tylko nasze kroki po kaflach.
W końcu wyszliśmy na pas startowy, samolot czekał. Był dosyć mały, ale po co nocą miałby latać większe? To pewnie tak jak z autobusami... W godzinach szczytu są większe. Wszedłem po podstawionych schodach do środka. Stewardessa poprosiła mnie o bilet, kiedy jej go wręczyłem poprowadziła mnie na miejsce. Wszyscy pasażerowie wyglądali na lekko poddenerowanych opóźnieniem startu. To chyba samolot dla VIPów, bo wszyscy byli w drogich garniturach lub sukienkach. Usiadłem we wskazanym miejscu obok młodej, dość seksownie ubranej bizneswoman… Kiedy spotkałem się z jej wzrokiem zawstydziłem się i postanowiłem w ogóle nie patrzeć w jej stronę.
- Proszę zapiąć pasy, za sekundę startujemy…
I faktycznie, kiedy tylko obsługa samolotu znikła w swoim pomieszczeniu natychmiast ruszyliśmy. Nic nie poczułem kiedy zaczęliśmy się wznosić. Siedziałem po wewnętrznej stronie i nie mogłem się patrzyć przez okno, chociaż bardzo interesowało mnie jak to wszystko wygląda z góry. No cóż, nie tym razem.
Nagle zdałem sobie sprawę, że w ogóle nie spałem… Przymknąłem oczy i pomimo tego zamieszania, które nagle wynikło, udało mi się zasnąć…
Śniłem o Łucji… Leżeliśmy tylko we dwoje na plaży nad jakimś morzem, podziwialiśmy zachód słońca. Byliśmy przytuleni, wcześniej chyba się kąpaliśmy bo Łucja miała mokre włosy i mieliśmy na sobie stroje kąpielowe. Było bardzo romantycznie. Pocałowałem ją. Przetoczyła się na mnie i odpowiedziała tym samym. Liczyliśmy się tylko my dwoje, tylko ja i ona… Głaskałem ją po włosach… Gładziłem po plecach i pośladkach…
- Za chwilę będziemy podchodzić do lądowania. Jest ósma dwanaście, witamy w Moskwie – głos pilota wyrwał mnie ze wspaniałego snu.
Już wstał dzień… Tutaj musi być już dziesiąta… Późno. Za godzinę muszę być na miejscu. Pod wejściem na lotnisko stało kilkanaście taksówek, całe szczęście, że nie muszę już nigdzie biegać (zacząłem odczuwać zakwasy po moim nocnym maratonie). Sprawdziłem zawartość plecaka… Troszkę pieniędzy, mapa i pistolet. Podszedłem do najbliższej taksówki, po obejrzeniu samochodu Tomka, wydała mi się trochę obskurna… Jednak nie wybrzydzałem i wsiadłem do środka.
- Д'оброе 'утро… - przywitał się, a później pewnie zapytał dokąd, ale już nie zrozumiałem. Pokazałem więc miejsce na mapie.
Kierowca kiwnął głową i ruszyliśmy. Nie rozglądałem się dookoła, powili zaczynałem sobie uświadamiać co będę musiał już za chwilę zrobić. Taksówkarz włączył radio i śpiewał coś razem z gwiazdą. Nie rozumiałem go, słabo znam rosyjski.
Zatrzymaliśmy się pod jakimś blokiem, zupełnie nie przypominał tych, które znałem z Polski.
- Ск'олько ст'оит?
Pokazał mi rachunek… Czterdzieści rubli? Chyba oszalał! Najgorsze, że nie umiałem się z nim kłócić, więc zapłaciłem kręcąc tylko głową. Wysiadłem z samochodu i sprawdziłem numer bramy i nazwę ulicy, to tu. Rozejrzałem się za dogodnym miejscem. Miałem jeszcze parę minut, nie będę przecież stał tak pod blokiem, bo zaraz zwrócę czyjąś uwagę choćby nawet tutejszych nacjonalistów.
Poszedłem więc bloku naprzeciwko, drzwi były otwarte. Usiadłem na schodach... Jeszcze raz sprawdziłem w komórce godzinę (pamiętałem, żeby przestawić o tę parę godzin). Wszystko się zgadza. A więc to tak? To do tego dążyłem przez ostatnich kilka dni? Wyciągnąłem z plecaka pistolet i wsadziłem go za pasek, poczułem jego zimno. Już za chwilę wypełni się moja misja. Tylko dlaczego mam wątpliwości? Boję się zabić człowieka? To co mam zrobić ma zmienić bieg historii, dzięki mnie nie wybuchnie III wojna światowa, ocalę miliardy istnień ludzkich. Cóż więc znaczy jedna osoba, dla dobra ogółu. Zmienię historię… Będę bohaterem, ale dla kogo? Łucji nie będzie, nie będzie wojny, nie będzie potrzeby, żeby się cofała w czasie i prosiła mnie o to. Na całym świecie będą tylko trzy osoby, które będą wiedzieć co się wydarzyło, a może to tylko sen? Czy w śnie można się zakochać? Sam nie wiem... Łucja… Najwspanialsza dziewczyna jaką kiedykolwiek poznałem. Zakochałem się w niej szalenie. A więc to jest miłość? Ślepe uczucie, które karze działać, nie pozwala siedzieć bezczynnie? Przecież dla mnie teraz lepiej byłoby się wycofać, za chwilę mogę się stać poszukiwanym przez całą Rosję mordercą... Jednak jej świat to koszmar, będzie dla niej lepiej. Tak… Nie będzie żyła w świecie, którym wstrząsnęła tak straszliwa wojna, będzie mogła normalnie żyć. Będzie mogła być szczęśliwa. A ja? Czy spotkam jeszcze kiedyś kogoś takiego jak ona? Kogoś w kim zakocham się tak, jak w niej, bez pamięci?
Zadzwonił alarm w komórce, nie pamiętam kiedy go ustawiłem. To już czas, niczego nie spodziewający się polityk właśnie zamyka drzwi od mieszkania, za chwile będzie na ulicy. Jego sekretarka czeka, żeby przekazać mu dzisiejszy rozkład dnia, mężczyzna nie przyjdzie do biura, nie zrealizuje już żadnych planów... Wstałem i wyciągnąłem pistolet. Odblokowałem. Już nie miałem, żadnych wątpliwości… Zrobię to dla Łucji, żeby mogła żyć spokojnie… To jest teraz najważniejsze.
Etykiety: chłopak, dziewczyna, historia, opowiadanie, romek, ufo