Świat się zmienia
Drzwi do sali rozpraw numer jeden otworzyły się. Pierwszy wyszedł mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, średniego wzrostu, głowę miał spuszczoną, a ręce skute kajdankami. Za nim dumnie kroczyło dwóch policjantów o głowę wyższych od więźnia. Następnie wyszła kobieta, szlochająca cicho, przytulona do ramienia prawnika, tamten jednak wydawał się zupełnie jej nie zauważać… Po tej dwójce wyszło jeszcze kilka osób, a strażnik zamknął drzwi od środka. Dało się słyszeć dźwięk zamykanego zamka.
Na sądowym korytarzu ciągle kręcili się zainteresowani z poprzedniej rozprawy, chociaż oskarżony już dawno opuścił budynek. Z sali numer dwa dobiegł krzyk:
- Ja jestem niewinny, nie zabiłem jej! Ja ją kochałem! – Mimo, że głos tłumiły grube, mocne, dębowe drzwi był całkiem wyraźny, szybko jednak ucichł.
Wreszcie korytarz opustoszał. Został tylko mężczyzna w wieku czterdziestu lat siedzący na ławce pod ścianą, obok niego stało dwóch policjantów. Panowała całkowita cisza. Nagle z drugiej sali wybiegła dziewczynka płacząc głośno.
Pewnie córka ofiary – pomyślał oskarżony, siedzący na ławice, wiedział, że ma racje, chociaż nawet nie podniósł wzroku. Czekał na swój wyrok, właściwie to już wiedział, że ma dożywocie.
Cicho na korytarz wkroczyła trzydziesto paro letnia kobieta. Była brunetka i miała czym oddychać, oskarżony już się z nią spotkał, rozpoznał jej krok. Za nią weszła milcząca grupa, składająca się z rodziny ofiary i prawnika.
- Proszę o wejście na salę zainteresowanych w sprawie 21. – Drzwi otworzył strażnik wpuszczając wszystkich zainteresowanych.
Pierwszy wszedł oskarżony, na nogach miał trampki, w areszcie odddano mu stare dżinsy i czarną koszulę. Przeszedł między ławami, na których miała zasiąść rodzina ofiary. Podszedł przed Wysoki Sąd, w rzeczywistości sędzina była wyjątkowo niska i kiedy podszedł musiała się wychylić zza swojego wielkiego i eleganckiego biurka żeby ciągle patrzeć mu w oczy, i uśmiechnął się, sędzina opadła powoli na fotel. Kiedy już wszyscy się zebrali, wstała.
- Witam wszystkich i pragnę kontynuować wczorajszą rozprawę. Na dzisiejszej rozprawie ustalimy wymiar kary, jaki ma spotkać Huberta Inherda, za zabicie, z wyjątkową brutalnością, Józefa Koćko. – A także proboszcza w Jelcynie Dużym i kilkunastu wiernych, dodał w myślach Hubert - Oraz kradzież rzeczy o łącznej wartości dwóch tysięcy złotych. Hubercie Inherd czy przyznajesz się do postawionych ci zarzutów, zabicia Józefa Koćki i kradzieży dwóch par ciężkich skórzanych butów – Ciężkich, skórzanych butów? Znaczy się glanów? - a także kradzieży… - Przez następne kilka minut wymieniała listę rzeczy zabranych przez Huberta.
- Przyznajesz się do wyżej wymienionych zbrodni?
Zawsze byłem ciekaw jak czuje się oskarżony w takiej chwili. - Pomyślał Hubert. – Oczywiście, przyznaję się. – Dodał na głos.
Po sali przeszedł szmer. Hubert usłyszał coś o bezczelności i bezbożnictwie, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Obrona chce coś dodać? – Sędzina spojrzała na obrońcę Huberta, tamten pokręcił głową.
Adwokata przydzieliła Hubertowi prokuratura, więc nie oczekiwał po nim niczego. Włodzimierz Bojek, bo tak się nazywał, był wyjątkowo drobnym i chuderlawym przedstawicielem gatunku. Od samego początku Hubert był dla niego wyjątkowo wyrozumiały i tym razem zamiast zezłościć się, uśmiechnął się, ukazując drobne braki w uzębieniu.
Bojek zadrżał i … wstał.
- Ja… Ja… Chciałbym powiedzieć, że pan Inherd nie jest bezdusznym mordercą. Zabił pana Koćko, w sklepie obuwniczym, gdzie pracowała ofiara, ponieważ… - Zawahał się – Wpadł w szał, gdyż nie było go stać na kupno wymarzonych butów. Jak wykazały badania pan Inherd nie jest w stanie panować nad swoim zachowaniem. – Adwokat przerwał, a Hubert otworzył szerzej oczy.
Faktycznie jakiś dwóch facetów zadawało mi głupie pytania, to odpowiadałem głupio… - Hubert zaczął kojarzyć fakty – Jednym słowem uznali mnie za świra? – Szare komórki oskarżonego pracowały z niesamowitą szybkością… Kiedy ich właściciel zerwał się z miejsca z okrzykiem – Gdzie mój dres? Miałem dostać dres! – Przecież jestem świrem, pomyślał i uśmiechnął się niemądrze. Spojrzał na zdziwionego Bojka, sędzinę, która wyglądała przezabawnie z ustami otwartymi do połowy, oraz na resztę zebranych, kiedy zobaczył, że osiągną to co chciał usiadł, nie przestając się uśmiechać.
***
W tym samym czasie Sergio stał przed kioskiem Ruchu i oglądał zdjęcia pań z gazet typu „CKM”. Jego umysł nie był skażony żadną myślą, kiedy nagle, zupełnym przypadkiem, dostrzegł Huberta na pierwszej stronie gazety, wyglądał trochę dziwnie z zasłoniętymi oczami jakimś czarnym paskiem, ale rozpoznał go.
- No, no… Tydzień się nie widzimy, a ten już na pierwszych stronach gazet. Ciekawe jak się miewa. – Uśmiechnął się i zdał sobie sprawę w jakich okolicznościach się rozstali– Moment… Przecież został zatrzymany przez gliny. Trzeba go jakoś wyciągnąć.
Przyjaciele zostawili Huberta, Sebastian mamrotał coś o przeznaczeniu, Wojtek o ochronie cmentarzy w mieście, tylko Dawid się nie tłumaczył. Sergio musiał działać sam, postanowił rozpocząć od kupienia gazety…
- Poproszę „Gazetę Wrocławska”… - Urwał i spojrzał z lubością na „świerszczyki” – i jeszcze „CKM”.
Kioskarz podał to co trzeba, przy „CKM-ie” uśmiechnął się lekko, a twarz Sergia przybrała kolor purpury. Sergio odszedł kilka kroków, schował gazety i puścił się biegiem do hotelu, gdzie miał nieprzyjemność nocować przez ostanie kilka dni.
Facet w recepcji poznał klienta spod 666 i rzucił mu klucze. Numer pokoju – 666 – nie jest bynajmniej jakimś dowcipem założyciela hotelu. Znajduje się na 6 piętrze, a odwiecznym prawem hoteli (i moteli również) pokoje są numerowane według pięter (1 piętro 100, 6 piętro 600, 3 piętro 300 etc…). Druga 6 oznacza (tym razem nietypowo) standard lokalu, jak łatwo się domyślić 6 to najniższy. Ostatnia 6 jest niewiadomego pochodzenia (chociaż, wśród pracowników chodzi plotka, że kiedyś jakiś szczęściarz pozbawił tam dziewictwa 6 kobiet jednej nocy, ale to tylko plotka).
Sergio wpadł do pokoju i rzucił się na łóżko, trzeszczało jak szlag, pewnie gdyby mogło zrzuciło by go na podłogę. Rzucił gazety na szafkę nocną obok. W pokoju była jeszcze szafa, zapewne z pchlego targu, było też krzesło, ale biurka nie było. Tapeta na ścianach (wybrana przez kompletnego idiotę, albo pedała) była cała różowa, poprzedni lokatorzy prawdopodobnie mieli o niej podobne zdanie, bo praktycznie każdy jej centymetr pokrywały napisy. Sergio odruchowo zawsze zaczynał je czytać… „Kocham Ewkę, Michał. 29.02.1981” „Kto kupił ta tapetę?” „Straciłam dziewictwo… Dzięki Daniel - 15.09.1989” „Tu piłem…” Pod tym ostatnim napisem lokatorzy dopisali kilka rzeczy, jakie tu robili. „Tu gwałciłem…” „Tu uczyłem się czarnej magii” „Tu jadłem…” I tak dalej… Sergio oderwał wzrok od ściany i sięgnął po gazetę, najpierw tę o kobietach…
Jakieś pół godziny później starannie dopisał na ścianie „Tu czytałem świerszczyka…”. Uśmiechnął się lekko, wrzucił gazetę pod łóżko i wziął następną, tym razem już bez nagich kobiet (za to w dziale „Humor” opisany był pewien mężczyzna który lubił się przebiec goły po boisku, kiedy akurat rozgrywane są mistrzostwa świata…). Sergio upewnił się, że na zdjęciu jest Hubert i chociaż nigdy nie widział go tak uśmiechniętego, nie miał żadnych wątpliwości. Zaczął czytać, powoli i na głos:
- Hubert I. został złapany w sklepie obuwniczym „CCC”… Dobra to mnie nie obchodzi… Gdzie go zamknęli? Gdzie jest?... – ponarzekał trochę i czytał dalej – Oskarżony dzisiaj ma rozprawę w Sądzie na ulicy… - Sergio uśmiechnął się i przerwał czytanie. Podszedł do okna i postarał się ustalić godzinę. – Jeśli południe jest tam, to wschód jest tam. Słońce jest jakieś – wyciągnął rękę - 40° nad horyzontem, powinienem zdążyć.
Nie wziął pod uwagę, że jest zima. Autobusy poruszały się po mieście żółwim tempem (zakładając oczywiście, że akurat nie utknęły w zaspie). Sergio jednak był twardy, no i przy okazji szybki. Biegł bardzo szybko, ale troszkę się ślizgał (wyglądało to jakby jechał na łyżwach i biegł za razem. Kiedy przebierał nogami, przy okazji nieustannie się ślizgał i nie pomagały mu na to nawet jego wspaniałe „glany”. Przechodnie przystawali, żeby popatrzeć.).
Kiedy dotarł pod Sąd słońce było już tylko 15° nad horyzontem, musiał dosyć długo biec. Pochylił się by złapać oddech i przy okazji obmacać kilka, zupełnie nowych, siniaków(było naprawdę ślisko…).
***
Któryś ze strażników otworzył ogromne drzwi wyjściowe, a jeszcze inny wypchnął Huberta na zewnątrz. Ach… Polska kultura, czasami chciało się aż usiąść i zapłakać nad losem narodu (narodu, to chyba zbyt dużo powiedziane. Po prostu chciało by się zapłakać nad dziećmi porzuconymi na śmietnikach i schorowanymi rodzicami w przytułkach…). Ale teraz nie było czasu na rozczulanie się nad oświatą Polaków…
Hubert wypchnięty na mróz trząsł się jak osika, powoli tracił czucie w rękach i stopach, uszy starały się odpaść (oczywiście nie wychodziło im to za bardzo, więc piekły złośliwie). Może nie było by tak źle, gdyby nie padał śnieg.
Więzień spojrzał przed siebie, robiło się już ciemno. Widoczność ograniczała się do może 5 metrów, a może 3, naprawdę nie było takiego człowieka, który byłby wstanie to określić. Jedyny człowiek jakiego dostrzegł Hubert klęknął, zebrał śnieg i ulepił okrąglutką śnieżkę.
- Cześć Hubert! – Morderca zobaczył jak mężczyźnie ze śnieżką poruszają się wargi, to on powiedział? Nie był pewien, głos dochodził jakby zza zamkniętych już drzwi Sądu. Obejrzał się na nie. Kiedy znowu spojrzał na podejrzanego osobnika ze śnieżką, już go nie było, za to zobaczył coś szybko zbliżającego się w jego stronę, nie zdążył się uchylić, zamknął tylko oczy... Dostał prosto w twarz, śnieg wsypał mu się za koszulę.
Hubert zmełł szpetne przekleństwa, a także użył słów, których znaczenia nie znał, ale brzmiały dość wulgarnie.
- No pacany! Bierzcie mnie już do tego zasranego pudła, zanim zamarznę. – Zwrócił się do swoich „bodyguardów” uprzejmie. Tamci spojrzeli po sobie oszołomieni. Nie zdążyłbyś nawet powiedzieć „Stół z powyłamywanymi nogami” i Hubert siedział „wygodnie” w policyjnym wozie.
***
Nikt nie zauważył, że podwozia ktoś się trzyma. Sergio odetchnął z ulgą(przedwcześnie, nie miał pojęcia, że więzienie jest aż tak daleko…).
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów nie miał, żadnych problemów. Przytulił się mocno obiema rękami, nogi zaplótł wokół jakiejś rury. Niestety, te zrobiły się bardzo gorące, a mięśnie Sergia nagle osłabły. Zaczął się modlić, nie żeby prosić Boga o pomoc, ale żeby wiedzieć ile czasu będą jechać.
Miał szczęście, po pięciu modlitwach z samochodu wyszli policjanci, po następnej modlitwie na ziemi wylądował Hubert. Musiał zauważyć swojego przyjaciela, bo przeklnął z ulgą i dał się podnieść.
Sergio odczekał jeszcze pół modlitwy i opadł na śnieg po samochodem, cicho wyturlał się i odszedł na bezpieczną odległość.
Wielki mur (co najmniej 4 metry wysokości) otaczał więzienie, jakby tego było mało na szczycie zamontowany był drut kolczasty. Sergio podrapał się po głowie, przeczuwając, że to będzie długa noc. Na rogach muru widać było strażniczki (z tym widzeniem to może za dużo powiedziane, widać było reflektory strażniczek). Sergio szybko zorientował się, że jedyny sposób na dostanie się do środka to wejście przez bramę główną.
Brama była równie wysoka co mur, blacha która ją pokrywała była idealnie gładka. Zastukał w metal i uznał, że miała co najmniej 10 centymetrów grubości.
- Hej! Jest tam ktoś? – Krzyknął, narażając się na zerwanie strun głosowych. Kiedy nikt mu nie odpowiedział uderzył kilkakrotnie pięścią, i tym razem odpowiedział mu jedynie szum wiatru.
Sergio rozejrzał się. Dostrzegł dzwonek… Zwyczajny dzwonek do drzwi, taki jaki montuje się w mieszkaniach i domach. Młodzieniec nacisnął przycisk, dźwięk dzwonka przebił się przez bramę i wiatr, i nadal był głośny.
- Kto tam? – Małe metalowe drzwiczki otworzyły się mniej więcej na wysokości twarzy Sergia, przyglądała mu się wąsata gęba strażnika.
- Dzień dobry, jestem z firmy „Wytrych”. Zostałem wysłany…
- Jakiej firmy? Czym się zajmujecie? – zainteresował się klawisz.
- Rozprowadzamy po więzieniach kraty okienne i drzwiowe. – Łgał jak umiał najlepiej.
- Kraty drzwiowe? Pierwsze słyszę. – naprawdę się zainteresował.
- No wie pan. Takie za którymi zamyka się przestępców. Oglądał pan na pewno amerykańskie filmy. Teraz w Polsce też taka moda, że przestępców zamyka się takimi kratami drzwiowymi. Nasza firma ma pięknie chromowane pręty, nie możliwe do przepiłowania ani przepalenia, bez profesjonalnych narzędzi. Jeśli mnie pan wpuści pobiorę pomiary i będziemy mogli zacząć produkcję.
- Niech pan poczeka. – Wąsy klawisza, aż trzęsły się z radości. Uwierzył w każde słowo Sergia. – Pojdę po zwierzchnika. – Dodał widząc zdziwienie na twarzy wysłannika z „Wytruchu”.
- Nie, nie! Przecież ja tutaj zamarznę. – Dmuchnął, jakby chciał pokazać jak jest zimno.
Twarz wąsacza zrobiła się purpurowa (Sergio uznał, że wstrzymał oddech, niektórym to pomaga przy myśleniu). – No dobra, ale będziesz musiał poczekać przy wejściu. – Otworzył drzwi i wpuścił młodzieńca do środka, dopiero teraz mógł zobaczyć, że jest cały brudny od smaru, ale uznał to za nieistotne.
Sergio znalazł się w małym pomieszczeniu jego jedynym wyposażeniem było biurko, krzesło i mała szafa. Na biurku leżały jakieś papiery, a na honorowym miejscu „Playboy”, krzesło stało obok. Tajemnicza zawartość szafy, która nigdy nie została ujawniona młodzieńcowi, zawierała kilkadziesiąt kolorowych pism, o bardzo ciekawej tematyce.
Przytulnie tu mają – pomyślał.
Strażnik, wrócił wyjątkowo szybko. Przyprowadził ze sobą mężczyznę o głowę wyższego, a przy okazji swojego zwierzchnika, Birskiego.
- Dzień dobry… - Sergio błyskawicznie skoczył do krzesła, chwycił je w locie i uderzył z całej siły w wąsacza (tamten nawet nie zdążył się obrócić). Birski był dużo szybszy, pewnie służył w prewencji, trzymał już w rękach pałkę policyjną.
- No to mamy problem – uśmiechnął się całkiem sympatycznie. – Będę musiał pana obezwładnić, mam to zrobić siłą czy podda się pan…
Sergio nie dał dokończyć, zrobił zamach i… zanim zdołał zaatakować, leżał już na ziemi, z rękami boleśnie wykręconymi do tyłu. „Komandos”, czy kimkolwiek był jego przeciwnik, już przeszukał mu kieszenie i znalazł kilkaset złotych oraz parę innych drobiazgów.
- Puść mnie, proszę.
- Ma pan mnie za idiotę? – spojrzał po sobie krytycznie – Cóż może bozia nie obdarzyła mnie zbyt inteligentnym wyglądem, ale to tylko pozory…
Gadał by tak pewnie jeszcze parę minut. I wcale nie musiał się okazać takim palantem, ale nie zauważył, że Sergio jest troszeczkę szybszy od przeciętnych ludzi. Komandos rozmyślając czego mu bozia poskąpiła, nieświadomie poluźnił uchwyt, akurat na tyle żeby jego nowo zdobyty więzień uwolnił się.
Wszystko stało się w zaledwie parę sekund. Sergio uwolniony z uścisku, wstał i wskoczył na biurko. Komandos w tym czasie zdążył zaledwie wstać z kolan, kiedy intruz wzbił się w powietrze (nie, nie nauczył się latać, po prostu skoczył) i kopnął, wykorzystując siłę pędu, swojego niedoszłego pogromcę w twarz.
- Uf… Myślałem, że już po mnie. – Odebrał co swoje i ruszył w stronę drzwi, skąd przyszedł wąsacz i Birski…
Na temat jak Sergio dotarł do Huberta można by napisać całe tomy, a przynajmniej tak wydawało się młodzieńcowi, ja jednak się z nim nie zgadzam. Zresztą nie było mnie tam, więc mógłbym coś przeinaczyć. W końcu tą historię usłyszałem parę wieków wcześniej od pewnego szlachcica, Komuda się zwał… Napiszę tylko, że do Huberta dotarł w zupełnie zniszczonym ubraniu, o kilkaset złotych biedniejszy i z rozciętym łukiem brwiowym…
***
W tym samym czasie, gdzieś w niedalekiej przestrzeni. Hubert siedział na pryczy… Jego cela niczym nie różniła się od innych, toaleta w ścianie, zaraz obok umywalka, jedna (twarda i niewygodna) prycza i okno z kratami. Za to widok był wspaniały, na więzienne podwórko, gdzie co chwila wjeżdżał jakiś tajemniczy pojazd.
- Nie jest tak źle… Dali ci owsiankę – Zagadnąłem, starając się go pocieszyć. Hubert zareagował bardzo nerwowo, przez chwile nawet wydawało mi się, że przeciśnie się przez kraty i wyskoczy. Dopiero po jakimś czasie się uspokoił i spojrzał w moją stronę. Mnie oczywiście nie zobaczył, bo odwiecznym prawem powietrza, jestem niewidzialny.
- Ronwe jeśli to ty sobie stroisz takie żarty… - Warknął.
- Nie jestem diabłem, twój zwierzchnik nawet nie wie, że istnieje. – Odpowiedziałem grzecznie.
Hubert znowu się rozejrzał, zmełł w ustach przekleństwo. – Kim jesteś i czego tu szukasz?
- Widzisz mój drogi płatny morderco, a raczej słyszysz. Kiedy Ronwe dał ci długowieczność tak się jakoś dziwnie stało, że ożywił mnie. Jestem efektem ubocznym, a kiedy dał Sergiowi jego moce to okazało się, że jestem ciągle, niczym czas. Trochę ciężko to wytłumaczyć… W tej chwili przyglądam się właśnie jak krzyżują Jezusa, a zarazem rozmawiam z nim na kilka minut przed jego zgonem. Słucham pieśni barda i patrzę jak kilka minut później chędoży jakąś dziewkę… To wszystko i wiele, wiele więcej w tej samej chwili.
- Chyba nie rozumiem. – Wyjąkał Hubert. – Chyba nie chcę zrozumieć.
- To dobrze. Jestem ożywioną cząstką powietrza, mogę wpłynąć na jego skład w małym pomieszczeniu. – Przerwałem na chwilę, a kiedy morderca spróbował coś powiedzieć, mówił jakby nawdychał się helu, zachichotałem. – Zwiększyłem ilość helu. Już jest normalnie. Oo, strażnik za 5 minut będzie cię okładał pałką.
- Co?!?
- Nic, nic. Nie powinienem mówić o przyszłości, w ogóle nie powinienem mówić. - zrobiłem efektowną przerwę - Jeszcze się spotkamy. Acha, nie martw się. Jeszcze dziś uciekniesz. – Popłynąłem w ciekawsze miejsca, w końcu jest tyle do zrobienia…
- Powietrze! Wracaj tutaj! Nie wygłupiaj się… - głos jeszcze długo niósł się po korytarzach.
Po czterech minutach ktoś zaczął majstrować przy zamku w drzwiach. Hubert przypomniał sobie ostrzeżenie i zaczął gorączkowo szukać jakiegoś narzędzia, którym mógłby się bronić. Nie znalazł nic.
Strażnik otworzył celę i spojrzał z wyższością na więźnia (nie musiał się przy tym za bardzo starać bo miał przynajmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu).
- No i co tak krzyczysz? – zagadnął klawisz wyciągając zza pleców gumową pałkę.
- Zaa… zaaabiję ciiiiiię – głos Huberta przypominał trochę syk węża.
- O tak. To na pewno, ale dopiero za jakieś kilkadziesiąt lat. – Świst pałki, morderca padł na twarz, znowu, niewiarygodny ból w plecach, kolejne wybuchy bólu w nogach i rękach, cios w potylicę… A potem tylko ciemność.
***
- Pierwszy dzień w pudle, a on już nie może wstać.
- Widać słaby… Daj mu spokój na jakiś czas.
Hubert znowu stracił przytomność, głos oddalających się kroków był ostatnią rzeczą jaką zapamiętał.
***
Kiedy znowu odzyskał przytomność czuł się już trochę lepiej. Udało mu się nawet wstać, chociaż musiał mocno podciągnąć się na kracie w oknie. Zrobił kilka kroków ku umywalce i obmył sobie twarz śmierdzącą wodą. Wreszcie mógł w miarę trzeźwo ocenić skalę obrażeń.
- Chyba nic mi nie złamał. Właściwie to tylko mnie poobijał, kilka siniaków, ot co. – rzekł Hubert wcale wesoło.
Starając się rozruszać mięśnie i przy okazji zabić nudę, spacerował od okna do drzwi, czasami urozmaicając trasę o umywalkę lub pryczę.
Tak spędził kilka godzin, na dworze ciągle było ciemno. Widok z celi był naprawdę cudowny.
Podwórko było prawie puste, w świetle latarni zauważył tylko kogoś starającego się przemknąć w cieniu do jego budynku. Nawet mu się to udawało, Hubert, zafascynowany, przycisnął głowę do kraty i uchwycił jak nieznajomy wchodzi do drzwi.
Nad bramą widać było granatowe niebo i księżyc, miał kształt ładnego rogalika. Jak na zimową noc, niebo było bardzo czyste, bo można było dostrzec wiele gwiazd. Daleko za murami więzienia toczyło się normalne życie. Światła w blokach gasły i zapalały się tworząc przeróżne wzory, do okna docierał nawet dźwięk karetki na sygnale, albo straży.
Hubert westchnął i usiadł na pryczy.
Ciekawe kim był ten cień. Może Sergio? Nie, to nie możliwe, zbyt szybko. Pewnie jakiś leniwy strażnik poszedł się ogrzać… - Gdybał.
O dziwo nie chciało mu się spać. I znowu odzywały się pobite mięśnie i kości. Kiedy przechylał głowę czuł jak strzelają mu kręgi szyjne. Już kilka razy złapał go potężny skurcz łydki lub uda i siedzenie pozwalało odpocząć zbolałemu ciału, zresztą już wcale nie tak młodemu.
Siedział sobie tak spokojnie, chmurki za oknem płynęły po niebie, księżyc też przechodził gdzie trzeba. Kiedy usłyszał stłumione jęki, a kilkanaście sekund później jak ktoś majstruje przy zamku. Wiedział już, że i tak nie znajdzie żadnej broni. Siedział więc dalej, mruczał tylko pod nosem przekleństwa.
Drzwi się otworzyły i wszedł Sergio, zziajany jakby musiał przebiec pół Wrocławia.
- Niespodzianka! – Krzyknął i usiadł bez sił na pryczę obok przyjaciela.
- A cześć. Wybacz, że nie przygotowałem nic na powitanie… W kranie jest śmierdząca woda, jeśli chce ci się pić. – Podchwycił dowcip Hubert, ale szybko mu się znudziło. – Co ty, kurwa twoja jebana mać, tak długo? Mnie tutaj jakiś skurwysyn chciał zabić. – Przerwał bo zauważył krew na twarzy Sergia. – No, ale ty też krwi trochę przelałeś. Nie mam jak cię opatrzyć. Chodźmy stąd.
Sergio sapał jeszcze, ale wstał i ruszył ku wyjściu. Zaraz po wyjściu z celi, wszedł do pokoju strażników. Hubert wszedł za nim, na ziemi zauważył dwóch nieprzytomnych klawiszy, jednego z nich rozpoznał.
- Można go zabić? – Pchnął podeszwą swojego oprawcę.
- Eee? Coś ty się taki zabijaka zrobił?
- A głupia sprawa… To ten co mnie poobijał, obiecałem mu, że go zabije...
Hubert zaczął się krzątać po pokoju, znalazł wodę i już miał nią obrać strażnika, ale postanowił ją jednak wypić. Zmartwił się, bo nie wiedział jak ocucić strażnika. Przyszło mu jednak coś do głowy i walnął mu z całej siły liścia w twarz. Szybko na twarzy zaczerwieniło się piękne odbicie dłoni, jednak nie ocknął się. A więc w drugi policzek, teraz już miał na dwóch policzkach odpicie dłoni Huberta i powoli zaczynał się budzić. Potrząśniecie okazało się skuteczne i klawisz już zaczynał mruczeć coś pod nosem.
- Pamiętasz mnie?
- Heee?
- Znaczy tak? – zafrasował się Hubert – No i czyje na górze? Mówiłem, że zabije. Zawsze dotrzymuje słowa. – Spiął wszystkie mięśnie i udało mu się. Usłyszał nieprzyjemny dźwięk wyskakiwania kręgów, skręcił mu kark.
- Już, możemy ruszać.
Reszta podróży do wyjścia minęła spokojnie, nawet nikogo już więcej nie zabili. Dopiero kiedy znaleźli się na podwórku…
- Zaczekaj… - Sergio stanął jedną nogą za drzwiami – Kiedy siedziałem w celi widziałem jak ktoś przekrada się przez plac. Trzeba iść przy ścianie…
Kiedy tylko wyszli włączyły się syreny alarmu, nie wiadomo skąd pojawili się policjanci. Dwudziestu policjantów z prewencji (to jest około dwie tony mięśni), wyrosło przed nimi jak spod ziemi. Ale zanim zdążyli obezwładnić uciekinierów (a skubańcy są naprawdę dobrzy), przez bramę wjechał… Czarny, z przyciemnianymi szybami, duży fiat. Z przodu siedziało dwóch dresów (takich prawdziwych, łysina lśni w świetle latarni, mięśnie jak u boksera. Wieloletnie doświadczenie w bójkach ulicznych…). Na tylnym siedzeniu siedziało prawdopodobnie trzech dresów i jeszcze trzech znajdowało się z tyłu, ale nie można określić jak. Po prostu byli tam. Ani nie leżeli, ani nie siedzieli, wisieli jakoś (pewno na mięśniach). Drzwi z przodu otworzyły się i spokojnie wyszła dwójka, która otworzyła tylnie drzwi. Zaraz na ziemi znalazło się trzech drechów (przeklinających w niebogłosy, ale szybko się opamiętali, przecież mają się bić). Kiedy już wszyscy wysiedli, kierowca podszedł do bagażnika.
Do tej pory wszyscy (nie wyłączając Huberta i Sergia) stali z opuszczonymi szczękami. Teraz jednak doskonale wyszkoleni policjanci powoli odzyskiwali spokój, któremuś wyrwało się nawet „Co jest kurwa?” innemu „No to będzie zabawa”, no ale dalej stali w miejscu, chociaż zamknęli już usta.
Z bagażnika wyszło jeszcze czterech dresów, a jeden wyjątkowo mały siedział po turecku w środku i podawał spokojnie kije bejsbolowe swoim kamratą, kiedy już wszyscy byli uzbrojeni, sam wyskoczył na plac z kataną w rękach.
Regularny oddział prewencji przeciw zupełnie nieregularnemu oddziałowi chuliganów. Ruszyli… Ach piękny to był widok kiedy prewencja rozprawiła się z dwójka mięśniaków, ale zaraz potem zostali zaatakowani, ze wszystkich stron.
- Nie mogłem was zostawić na pastwę losu… - Hubert usłyszał wyjaśniający szept tuż koło ucha. – A teraz spierdalajcie ile sił!
- Zwiewamy – Powiedział niedoszły więzień, wcale spokojnie, do Sergia, który ciągle stał z opuszczoną szczęką, i pomknął do auta.
Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać (wiadomo, młody, szybki…), w samochodzie znalazł się szybciej od starszego przyjaciela i zanim tamten znalazł się w środku silnik już się grzał. Kiedy tylko Hubert usiadł, Sergio ruszył z piskiem opon (a przynajmniej na pewno by ruszył gdyby to był lepszy samochód). Jechali szybko przez miasto, nie odzywali się do siebie.
***
Walka już dobiegła końca. Na nogach stał tylko malutki dresik z kataną i wielki jak dąb policjant ze zdobycznym kijem do bejsbola.
- A to się porobiło… Wreszcie się spotykamy Jazgot. Tak długo na to czekałem, myślałem, że obedrę cię ze skóry. Ale teraz… Jakoś nie chce mi się już walczyć. Czasy się zmieniły, coś mi się czuje, że ta dwójka której ułatwiliście ucieczkę jeszcze narozrabia.
- Rozumie… - Jazgot nie należał do członków mensy… - Ja też ci odpuszczę Birski. Teraz chętnie jakąś pizdeczkę bym pomęczył.
Dwóch śmiertelnych wrogów wyszło ramię przy ramieniu i ruszyli na piwo, a później kto wie… Może zdobyć świat albo jeszcze bardziej zmienić?
***
- Wiesz co? – żalił się Hubert, jadąc z Sergiem na jakieś peryferie Wrocławia – Wydaje mi się, że wszystko to idzie nam zbyt łatwo. Nie sądzisz?
- Aj tam, gadasz… Jesteśmy po prostu najlepsi. – skromność nie była nigdy mocną stroną Sergia.
- Nie, kiedy siedziałem w celi spotkałem Powietrze.
Sergio mało co nie zjechał z drogi, zanosił się głośnym, szczerym śmiechem…
- Poważnie. Drechów też powietrze sprowadziło. Teraz pewnie też tu jest – Hubert zamachał ręką w powietrzu.
- No jestem… I co z tego.
Sergio tym razem, zjechał na pobocze, wysiadł z auta i zaczął biegać jak opętany w kółko samochodu.
Zachichotałem – Reaguje podobnie do ciebie. – zauważyłem złośliwie.
- Oj tam… Już mi musiałeś popsuć zabawę. – zrobił przy tym przezabawną minę.
- O już wraca. Podpowiem ci gdzie macie jechać. Na Kozanów, na działki koło przedszkola. Tam jest lasek, kupcie po drodze piwo…
- Tak? A skąd mamy wziąć pieniądze?
- Poczekaj… - zamilkłem na chwilkę, żeby zrobić lepszy efekt, musiałem pomieszać w przeszłości losy – Otwórz drzwi i zobacz. – jestem dla nich zbyt dobry.
Na Huberta twarz najpierw wyszła złość, potem otworzył drzwi, w oczach zatańczyło zdziwienie ze szczęściem. Wreszcie uśmiechnął się szeroko.
- No to ja idę, do zobaczenia w lesie.
Sergio wrócił do samochodu i odjechali. Chwilę patrzyłem jak jadą, a później ruszyłem w swoją stronę. Mam jeszcze dużo do zrobienia, a czasu do 2012 tak kurewsko mało…
***
Sergio czekał na zewnątrz, Hubert kupił cztery piwa.
Byli na jakimś zapuszczonym osiedlu. Bloki stały w dziwnym układzie. Wieżowce były strasznie nudne i szare. Na ulicy kręcił się jakiś facet z psem. Niebo nic się nie zmieniło od kiedy Hubert wyszedł z więzienia.
Samochód zostawili na parkingu, otwarty. A niech sobie właściciele wezmą jak znajdą.
Przyjaciele ruszyli raźno przez ścieżkę między działkami. Ścieżka, a właściwie droga, była wyjątkowo śliska, a koleiny nie stanowiły tu rzadkości. Wcale często pojawiały się też rozbite pustaki. Większość działek była mocno zapuszczona. Altanki się waliły, na grządkach rosły chwasty, które nie uległy nawet mrozowi. Nie liczne były zadbane, na furtkach lśniły nowe kłódki, na grządkach nawet śniegu nie było. Drzewka miały ładnie pomalowane pnie na biało. Znalazło się miejsce na ognisko i posiedzenie na trawce… Ach… Jaka szkoda, że jest zima.
Dotarli właśnie do rozstajów. Naprzeciwko nich wyrosła murowana stodoła, po prawej jakiś mur na górce. Postanowili się wdrapać na górkę w celach krajoznawczych.
Udało im się! Co wcale nie było takie proste (trzeba pamiętać, że była zima), jedno z piw otarło się o zniszczenie, ale udało się!
Mur wyglądał jakby ktoś do niego strzelał, kto wie… Ale to już musiało być dawno, bo został pokryty licznymi graffity. Jedno z nich głosiło, że grupa RSB trzyma władze na Kozanowie i że są strasznymi idiotami…
Za sobą mieli całkiem pokaźną dolinkę, wyglądało to na 500-700 metrów pomiędzy wałami, to i tak jest miara w przybliżeniu księżyc nie jest zbyt dobrym źródłem światła. Taki wąwóz.
Przeszli przy murze. Podziwiając widoki Sergio nie zauważył, że tutaj wał się kończy i zjechał na plecach na dół. Hubert ściskając czule butelki zjechał na tyłku. Po lewej stronie mieli działki, więc od razu zignorowali tamtą część krajobrazu, natomiast na wprost nich i po prawej rozciągała się polanka. Na polance latem zapewne było wiele chwastów, zimą jednak ślicznie wszystko poumierało, ruszyli nie szukając ścieżki na oślep przed siebie. Mieli naprawdę dobre humory, plotkowali sobie wesoło jak kobiety przez telefon. Nagle, zupełnie niespodziewanie Huberta naszła ochota do poważnej rozmowy.
- Serigo muszę ci coś powiedzieć. Ronwe powiedział mi kim jesteś. Sam się tego domyślałem, ale on mnie upewnił. Jestem twoim ojcem. – zabrzmiało to trochę jak z pewnego filmu, ale Hubert go nigdy nie oglądał, więc się nie przejął.
- Tak, wiem – Sergio zawachał się – tato. Ronwe też mi to uświadomił, ale nie uznałem za konieczne mówić ci o tym.
- No wiesz? Jak mogłeś. Mnie to męczyło już od kilku miesięcy.
- Wybacz. – Syn spuścił głowę. – Popatrz, bunkier. Wypijmy te piwa tutaj.
Otworzenie pierwszych dwóch butelek nie było trudne, sposobem „butelka o butelkę”. Zimne piwko… Ach, ale na dworze było kilka stopni mrozu.
- Wejdźmy do środka. Tam powinno być cieplej.
Idąc w kucki dotarli do zakrętu, tutaj było już wyżej. Hubert mógł się wyprostować, Sergio jeszcze nie.
Ściany były zupełnie pozbawione tynku, sama czerwona cegła. Sufit zupełnie osmolony od świeczek, no cóż gdzie to ludzie nie wejdą… Było ciemno, ale za to dużo cieplej niż na zewnątrz. Ruszyli dalej, przez zasypane okienko wpadała odrobina światła. Dalej po prawej stronie była otwarta przestrzeń, pewnie jakieś pomieszczenie, ale dobiegało stamtąd chrapanie, więc ruszyli dalej. Następne pomieszczenie też im się nie spodobało, tak jakoś instynktownie. Sergio szedł przodem i uderzył o coś głową, tak, że od razu usiadł na ziemi. Hubert w ostatniej chwili się zatrzymał
- Tutaj jest jakaś framuga czy coś, uważaj. – Powiedział ojciec przechodząc nad nim.
- Tak? Dzięki – Sergio wstawał powoli, masując czoło.
- Chodź tutaj. Tutaj są jakieś świeczki.
Sergio ociekając piwem wszedł do pomieszczenia, tutaj było wyżej. Mógł się wyprostować, chociaż wycierał włosami sufit. W wyniku oględzin pomieszczenia odkrył zupełnie zasypane okienko, natomiast Hubert znalazł zapałki i świeczkę. Zapalił świeczkę, w pomieszczeniu było ich jeszcze kilka. Pod ścianą walała się jakaś drewniana belka, mnóstwo kurzu, na ścianach nawet nie było napisów. Żadnego przydatnego sprzętu, poza pustym popękanym, plastikowym wiaderkiem. Koło wiaderka leżała mocno zakurzona kartka papieru, kiedy na nią poświecił zobaczył wypisany czarną farbą alfabet na obrzeżach kartki. Jakaś trójkątna tekturka leżała na środku. Sergio spojrzał i zamyślił się.
- Czytałem kiedyś o tym… Zaraz, zaraz. Ktoś tu duchy wywoływał.
- He… A to nie ma się czego bać – wydedukował Hubert – w końcu duchy nie istnieją.
- Ano nie. – powiedział z powątpiewaniem Sergio i otworzył o kant wiaderka nową butelkę.
Przyszedłem kiedy Hubert kończył piwo, a Sergio powoli sączył swoje. Chwilę przyglądałem się, zwiedzałem bunkier. Mi ciemność nie przeszkadza. Nawet poplotkowałem z duchami, które zostały po seansie spirytystycznym. Nie jest im tu źle, w niebie podobno jest strasznie nudno. A inny narzekał, że w piekle znowu za gorąco. Więc mimo, że seans został przeprowadzony prawidłowo zostały. Bardzo sympatyczne duchy.
- Hej, panowie! – zagadnąłem.
- No hej. – odpowiedzieli chórem, już wcale się mnie nie boją. A niech ich…
- Opowiedz nam o sobie. – powiedział Hubert, opierając się wygodnie o ścianę.
- Tak? Wy macie piwko, a ja nie? Mam o suchym gardle gadać? – oburzyłem się i gdybym tylko miał ciało to bym stanął do nich plecami.
- A weź wyparuj sobie ze mnie. – Sergio powiedział to raczej tak o, nie liczył, że to naprawdę zrobię.
- Teraz lepiej. – ubranie Sergia było suche, nawet bardzo. – A więc powstałem przez przypadek. I pewnie nie powinienem powstać, no ale skoro już jestem to pomogę. Lubię pomagać, a tak jakoś wyszło, że lubię pomagać złym ludziom. – zachichotałem, oni nie zrozumieli krotochwili. Eh, cymbały. – Kiedy Ronwe dał ci Hubercie długowieczność zrodziłem się, na początku byłem sobie jeden. Kiedy dał ci Sergio twoje moce, nagle okazało się, że jestem w każdym miejscu w czasie. Na początku trochę mi to nie wychodziło i potrafiłem być maksymalnie w dwóch, trzech czasach. Kiedy wasze moce wzrastają mogę więcej, nie wiem dlaczego. Tak to już jest. Ronwe nie wie, że mnie stworzył.
- A więc jesteśmy coraz bardziej… hmm… inni? – wydedukował Hubert.
- Nie wiedzieliście? A raczej, nie zauważyliście? Zresztą, sam dopiero niedawno odkryłem, że mnie coś z wami łączy… Jeszcze nie odkryłem po co istnieję. Być może mam wam przeszkodzić? Ale, cholera, jesteście strasznie sympatycznymi gnojami. – zakończyłem i wróciłem do rozmowy z duchami.
Hubert i Sergio patrzyli się na siebie jeszcze przez jakiś czas z niemądrymi minami. Wreszcie wzruszyli ramionami, odłożyli niedopite piwa i ułożyli się do snu.
- To był długi dzień. – usłyszałem głos jednego z nich, nie starałem się go zidentyfikować.
- No… A pewnie przytrafią się nam jeszcze dłuższe. – odpowiedział mu drugi.
- Na pewno będą dłuższe, dłuższe niż sobie mogą wyobrazić. – powiedziałem do duchów, one zachichotały – Już ja o to zadbam – dokończyłem, ciszej.
Duchom było tu lepiej niż za życia. Kiedy tylko rankiem ludzie opuścili ich bunkier, dobrały się do piw. Nie, nie wypiły ich. Rozlały i jakoś tak zaczarowały, że w wilgotnym, ciemnym bunkrze zaczęły rosnąć chmielowe łodygi…
Istotnie świat się zmienia, a ja mam w tym udział. Miło – pomyślałem i poszedłem gdzie indziej.
Na sądowym korytarzu ciągle kręcili się zainteresowani z poprzedniej rozprawy, chociaż oskarżony już dawno opuścił budynek. Z sali numer dwa dobiegł krzyk:
- Ja jestem niewinny, nie zabiłem jej! Ja ją kochałem! – Mimo, że głos tłumiły grube, mocne, dębowe drzwi był całkiem wyraźny, szybko jednak ucichł.
Wreszcie korytarz opustoszał. Został tylko mężczyzna w wieku czterdziestu lat siedzący na ławce pod ścianą, obok niego stało dwóch policjantów. Panowała całkowita cisza. Nagle z drugiej sali wybiegła dziewczynka płacząc głośno.
Pewnie córka ofiary – pomyślał oskarżony, siedzący na ławice, wiedział, że ma racje, chociaż nawet nie podniósł wzroku. Czekał na swój wyrok, właściwie to już wiedział, że ma dożywocie.
Cicho na korytarz wkroczyła trzydziesto paro letnia kobieta. Była brunetka i miała czym oddychać, oskarżony już się z nią spotkał, rozpoznał jej krok. Za nią weszła milcząca grupa, składająca się z rodziny ofiary i prawnika.
- Proszę o wejście na salę zainteresowanych w sprawie 21. – Drzwi otworzył strażnik wpuszczając wszystkich zainteresowanych.
Pierwszy wszedł oskarżony, na nogach miał trampki, w areszcie odddano mu stare dżinsy i czarną koszulę. Przeszedł między ławami, na których miała zasiąść rodzina ofiary. Podszedł przed Wysoki Sąd, w rzeczywistości sędzina była wyjątkowo niska i kiedy podszedł musiała się wychylić zza swojego wielkiego i eleganckiego biurka żeby ciągle patrzeć mu w oczy, i uśmiechnął się, sędzina opadła powoli na fotel. Kiedy już wszyscy się zebrali, wstała.
- Witam wszystkich i pragnę kontynuować wczorajszą rozprawę. Na dzisiejszej rozprawie ustalimy wymiar kary, jaki ma spotkać Huberta Inherda, za zabicie, z wyjątkową brutalnością, Józefa Koćko. – A także proboszcza w Jelcynie Dużym i kilkunastu wiernych, dodał w myślach Hubert - Oraz kradzież rzeczy o łącznej wartości dwóch tysięcy złotych. Hubercie Inherd czy przyznajesz się do postawionych ci zarzutów, zabicia Józefa Koćki i kradzieży dwóch par ciężkich skórzanych butów – Ciężkich, skórzanych butów? Znaczy się glanów? - a także kradzieży… - Przez następne kilka minut wymieniała listę rzeczy zabranych przez Huberta.
- Przyznajesz się do wyżej wymienionych zbrodni?
Zawsze byłem ciekaw jak czuje się oskarżony w takiej chwili. - Pomyślał Hubert. – Oczywiście, przyznaję się. – Dodał na głos.
Po sali przeszedł szmer. Hubert usłyszał coś o bezczelności i bezbożnictwie, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Obrona chce coś dodać? – Sędzina spojrzała na obrońcę Huberta, tamten pokręcił głową.
Adwokata przydzieliła Hubertowi prokuratura, więc nie oczekiwał po nim niczego. Włodzimierz Bojek, bo tak się nazywał, był wyjątkowo drobnym i chuderlawym przedstawicielem gatunku. Od samego początku Hubert był dla niego wyjątkowo wyrozumiały i tym razem zamiast zezłościć się, uśmiechnął się, ukazując drobne braki w uzębieniu.
Bojek zadrżał i … wstał.
- Ja… Ja… Chciałbym powiedzieć, że pan Inherd nie jest bezdusznym mordercą. Zabił pana Koćko, w sklepie obuwniczym, gdzie pracowała ofiara, ponieważ… - Zawahał się – Wpadł w szał, gdyż nie było go stać na kupno wymarzonych butów. Jak wykazały badania pan Inherd nie jest w stanie panować nad swoim zachowaniem. – Adwokat przerwał, a Hubert otworzył szerzej oczy.
Faktycznie jakiś dwóch facetów zadawało mi głupie pytania, to odpowiadałem głupio… - Hubert zaczął kojarzyć fakty – Jednym słowem uznali mnie za świra? – Szare komórki oskarżonego pracowały z niesamowitą szybkością… Kiedy ich właściciel zerwał się z miejsca z okrzykiem – Gdzie mój dres? Miałem dostać dres! – Przecież jestem świrem, pomyślał i uśmiechnął się niemądrze. Spojrzał na zdziwionego Bojka, sędzinę, która wyglądała przezabawnie z ustami otwartymi do połowy, oraz na resztę zebranych, kiedy zobaczył, że osiągną to co chciał usiadł, nie przestając się uśmiechać.
***
W tym samym czasie Sergio stał przed kioskiem Ruchu i oglądał zdjęcia pań z gazet typu „CKM”. Jego umysł nie był skażony żadną myślą, kiedy nagle, zupełnym przypadkiem, dostrzegł Huberta na pierwszej stronie gazety, wyglądał trochę dziwnie z zasłoniętymi oczami jakimś czarnym paskiem, ale rozpoznał go.
- No, no… Tydzień się nie widzimy, a ten już na pierwszych stronach gazet. Ciekawe jak się miewa. – Uśmiechnął się i zdał sobie sprawę w jakich okolicznościach się rozstali– Moment… Przecież został zatrzymany przez gliny. Trzeba go jakoś wyciągnąć.
Przyjaciele zostawili Huberta, Sebastian mamrotał coś o przeznaczeniu, Wojtek o ochronie cmentarzy w mieście, tylko Dawid się nie tłumaczył. Sergio musiał działać sam, postanowił rozpocząć od kupienia gazety…
- Poproszę „Gazetę Wrocławska”… - Urwał i spojrzał z lubością na „świerszczyki” – i jeszcze „CKM”.
Kioskarz podał to co trzeba, przy „CKM-ie” uśmiechnął się lekko, a twarz Sergia przybrała kolor purpury. Sergio odszedł kilka kroków, schował gazety i puścił się biegiem do hotelu, gdzie miał nieprzyjemność nocować przez ostanie kilka dni.
Facet w recepcji poznał klienta spod 666 i rzucił mu klucze. Numer pokoju – 666 – nie jest bynajmniej jakimś dowcipem założyciela hotelu. Znajduje się na 6 piętrze, a odwiecznym prawem hoteli (i moteli również) pokoje są numerowane według pięter (1 piętro 100, 6 piętro 600, 3 piętro 300 etc…). Druga 6 oznacza (tym razem nietypowo) standard lokalu, jak łatwo się domyślić 6 to najniższy. Ostatnia 6 jest niewiadomego pochodzenia (chociaż, wśród pracowników chodzi plotka, że kiedyś jakiś szczęściarz pozbawił tam dziewictwa 6 kobiet jednej nocy, ale to tylko plotka).
Sergio wpadł do pokoju i rzucił się na łóżko, trzeszczało jak szlag, pewnie gdyby mogło zrzuciło by go na podłogę. Rzucił gazety na szafkę nocną obok. W pokoju była jeszcze szafa, zapewne z pchlego targu, było też krzesło, ale biurka nie było. Tapeta na ścianach (wybrana przez kompletnego idiotę, albo pedała) była cała różowa, poprzedni lokatorzy prawdopodobnie mieli o niej podobne zdanie, bo praktycznie każdy jej centymetr pokrywały napisy. Sergio odruchowo zawsze zaczynał je czytać… „Kocham Ewkę, Michał. 29.02.1981” „Kto kupił ta tapetę?” „Straciłam dziewictwo… Dzięki Daniel - 15.09.1989” „Tu piłem…” Pod tym ostatnim napisem lokatorzy dopisali kilka rzeczy, jakie tu robili. „Tu gwałciłem…” „Tu uczyłem się czarnej magii” „Tu jadłem…” I tak dalej… Sergio oderwał wzrok od ściany i sięgnął po gazetę, najpierw tę o kobietach…
Jakieś pół godziny później starannie dopisał na ścianie „Tu czytałem świerszczyka…”. Uśmiechnął się lekko, wrzucił gazetę pod łóżko i wziął następną, tym razem już bez nagich kobiet (za to w dziale „Humor” opisany był pewien mężczyzna który lubił się przebiec goły po boisku, kiedy akurat rozgrywane są mistrzostwa świata…). Sergio upewnił się, że na zdjęciu jest Hubert i chociaż nigdy nie widział go tak uśmiechniętego, nie miał żadnych wątpliwości. Zaczął czytać, powoli i na głos:
- Hubert I. został złapany w sklepie obuwniczym „CCC”… Dobra to mnie nie obchodzi… Gdzie go zamknęli? Gdzie jest?... – ponarzekał trochę i czytał dalej – Oskarżony dzisiaj ma rozprawę w Sądzie na ulicy… - Sergio uśmiechnął się i przerwał czytanie. Podszedł do okna i postarał się ustalić godzinę. – Jeśli południe jest tam, to wschód jest tam. Słońce jest jakieś – wyciągnął rękę - 40° nad horyzontem, powinienem zdążyć.
Nie wziął pod uwagę, że jest zima. Autobusy poruszały się po mieście żółwim tempem (zakładając oczywiście, że akurat nie utknęły w zaspie). Sergio jednak był twardy, no i przy okazji szybki. Biegł bardzo szybko, ale troszkę się ślizgał (wyglądało to jakby jechał na łyżwach i biegł za razem. Kiedy przebierał nogami, przy okazji nieustannie się ślizgał i nie pomagały mu na to nawet jego wspaniałe „glany”. Przechodnie przystawali, żeby popatrzeć.).
Kiedy dotarł pod Sąd słońce było już tylko 15° nad horyzontem, musiał dosyć długo biec. Pochylił się by złapać oddech i przy okazji obmacać kilka, zupełnie nowych, siniaków(było naprawdę ślisko…).
***
Któryś ze strażników otworzył ogromne drzwi wyjściowe, a jeszcze inny wypchnął Huberta na zewnątrz. Ach… Polska kultura, czasami chciało się aż usiąść i zapłakać nad losem narodu (narodu, to chyba zbyt dużo powiedziane. Po prostu chciało by się zapłakać nad dziećmi porzuconymi na śmietnikach i schorowanymi rodzicami w przytułkach…). Ale teraz nie było czasu na rozczulanie się nad oświatą Polaków…
Hubert wypchnięty na mróz trząsł się jak osika, powoli tracił czucie w rękach i stopach, uszy starały się odpaść (oczywiście nie wychodziło im to za bardzo, więc piekły złośliwie). Może nie było by tak źle, gdyby nie padał śnieg.
Więzień spojrzał przed siebie, robiło się już ciemno. Widoczność ograniczała się do może 5 metrów, a może 3, naprawdę nie było takiego człowieka, który byłby wstanie to określić. Jedyny człowiek jakiego dostrzegł Hubert klęknął, zebrał śnieg i ulepił okrąglutką śnieżkę.
- Cześć Hubert! – Morderca zobaczył jak mężczyźnie ze śnieżką poruszają się wargi, to on powiedział? Nie był pewien, głos dochodził jakby zza zamkniętych już drzwi Sądu. Obejrzał się na nie. Kiedy znowu spojrzał na podejrzanego osobnika ze śnieżką, już go nie było, za to zobaczył coś szybko zbliżającego się w jego stronę, nie zdążył się uchylić, zamknął tylko oczy... Dostał prosto w twarz, śnieg wsypał mu się za koszulę.
Hubert zmełł szpetne przekleństwa, a także użył słów, których znaczenia nie znał, ale brzmiały dość wulgarnie.
- No pacany! Bierzcie mnie już do tego zasranego pudła, zanim zamarznę. – Zwrócił się do swoich „bodyguardów” uprzejmie. Tamci spojrzeli po sobie oszołomieni. Nie zdążyłbyś nawet powiedzieć „Stół z powyłamywanymi nogami” i Hubert siedział „wygodnie” w policyjnym wozie.
***
Nikt nie zauważył, że podwozia ktoś się trzyma. Sergio odetchnął z ulgą(przedwcześnie, nie miał pojęcia, że więzienie jest aż tak daleko…).
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów nie miał, żadnych problemów. Przytulił się mocno obiema rękami, nogi zaplótł wokół jakiejś rury. Niestety, te zrobiły się bardzo gorące, a mięśnie Sergia nagle osłabły. Zaczął się modlić, nie żeby prosić Boga o pomoc, ale żeby wiedzieć ile czasu będą jechać.
Miał szczęście, po pięciu modlitwach z samochodu wyszli policjanci, po następnej modlitwie na ziemi wylądował Hubert. Musiał zauważyć swojego przyjaciela, bo przeklnął z ulgą i dał się podnieść.
Sergio odczekał jeszcze pół modlitwy i opadł na śnieg po samochodem, cicho wyturlał się i odszedł na bezpieczną odległość.
Wielki mur (co najmniej 4 metry wysokości) otaczał więzienie, jakby tego było mało na szczycie zamontowany był drut kolczasty. Sergio podrapał się po głowie, przeczuwając, że to będzie długa noc. Na rogach muru widać było strażniczki (z tym widzeniem to może za dużo powiedziane, widać było reflektory strażniczek). Sergio szybko zorientował się, że jedyny sposób na dostanie się do środka to wejście przez bramę główną.
Brama była równie wysoka co mur, blacha która ją pokrywała była idealnie gładka. Zastukał w metal i uznał, że miała co najmniej 10 centymetrów grubości.
- Hej! Jest tam ktoś? – Krzyknął, narażając się na zerwanie strun głosowych. Kiedy nikt mu nie odpowiedział uderzył kilkakrotnie pięścią, i tym razem odpowiedział mu jedynie szum wiatru.
Sergio rozejrzał się. Dostrzegł dzwonek… Zwyczajny dzwonek do drzwi, taki jaki montuje się w mieszkaniach i domach. Młodzieniec nacisnął przycisk, dźwięk dzwonka przebił się przez bramę i wiatr, i nadal był głośny.
- Kto tam? – Małe metalowe drzwiczki otworzyły się mniej więcej na wysokości twarzy Sergia, przyglądała mu się wąsata gęba strażnika.
- Dzień dobry, jestem z firmy „Wytrych”. Zostałem wysłany…
- Jakiej firmy? Czym się zajmujecie? – zainteresował się klawisz.
- Rozprowadzamy po więzieniach kraty okienne i drzwiowe. – Łgał jak umiał najlepiej.
- Kraty drzwiowe? Pierwsze słyszę. – naprawdę się zainteresował.
- No wie pan. Takie za którymi zamyka się przestępców. Oglądał pan na pewno amerykańskie filmy. Teraz w Polsce też taka moda, że przestępców zamyka się takimi kratami drzwiowymi. Nasza firma ma pięknie chromowane pręty, nie możliwe do przepiłowania ani przepalenia, bez profesjonalnych narzędzi. Jeśli mnie pan wpuści pobiorę pomiary i będziemy mogli zacząć produkcję.
- Niech pan poczeka. – Wąsy klawisza, aż trzęsły się z radości. Uwierzył w każde słowo Sergia. – Pojdę po zwierzchnika. – Dodał widząc zdziwienie na twarzy wysłannika z „Wytruchu”.
- Nie, nie! Przecież ja tutaj zamarznę. – Dmuchnął, jakby chciał pokazać jak jest zimno.
Twarz wąsacza zrobiła się purpurowa (Sergio uznał, że wstrzymał oddech, niektórym to pomaga przy myśleniu). – No dobra, ale będziesz musiał poczekać przy wejściu. – Otworzył drzwi i wpuścił młodzieńca do środka, dopiero teraz mógł zobaczyć, że jest cały brudny od smaru, ale uznał to za nieistotne.
Sergio znalazł się w małym pomieszczeniu jego jedynym wyposażeniem było biurko, krzesło i mała szafa. Na biurku leżały jakieś papiery, a na honorowym miejscu „Playboy”, krzesło stało obok. Tajemnicza zawartość szafy, która nigdy nie została ujawniona młodzieńcowi, zawierała kilkadziesiąt kolorowych pism, o bardzo ciekawej tematyce.
Przytulnie tu mają – pomyślał.
Strażnik, wrócił wyjątkowo szybko. Przyprowadził ze sobą mężczyznę o głowę wyższego, a przy okazji swojego zwierzchnika, Birskiego.
- Dzień dobry… - Sergio błyskawicznie skoczył do krzesła, chwycił je w locie i uderzył z całej siły w wąsacza (tamten nawet nie zdążył się obrócić). Birski był dużo szybszy, pewnie służył w prewencji, trzymał już w rękach pałkę policyjną.
- No to mamy problem – uśmiechnął się całkiem sympatycznie. – Będę musiał pana obezwładnić, mam to zrobić siłą czy podda się pan…
Sergio nie dał dokończyć, zrobił zamach i… zanim zdołał zaatakować, leżał już na ziemi, z rękami boleśnie wykręconymi do tyłu. „Komandos”, czy kimkolwiek był jego przeciwnik, już przeszukał mu kieszenie i znalazł kilkaset złotych oraz parę innych drobiazgów.
- Puść mnie, proszę.
- Ma pan mnie za idiotę? – spojrzał po sobie krytycznie – Cóż może bozia nie obdarzyła mnie zbyt inteligentnym wyglądem, ale to tylko pozory…
Gadał by tak pewnie jeszcze parę minut. I wcale nie musiał się okazać takim palantem, ale nie zauważył, że Sergio jest troszeczkę szybszy od przeciętnych ludzi. Komandos rozmyślając czego mu bozia poskąpiła, nieświadomie poluźnił uchwyt, akurat na tyle żeby jego nowo zdobyty więzień uwolnił się.
Wszystko stało się w zaledwie parę sekund. Sergio uwolniony z uścisku, wstał i wskoczył na biurko. Komandos w tym czasie zdążył zaledwie wstać z kolan, kiedy intruz wzbił się w powietrze (nie, nie nauczył się latać, po prostu skoczył) i kopnął, wykorzystując siłę pędu, swojego niedoszłego pogromcę w twarz.
- Uf… Myślałem, że już po mnie. – Odebrał co swoje i ruszył w stronę drzwi, skąd przyszedł wąsacz i Birski…
Na temat jak Sergio dotarł do Huberta można by napisać całe tomy, a przynajmniej tak wydawało się młodzieńcowi, ja jednak się z nim nie zgadzam. Zresztą nie było mnie tam, więc mógłbym coś przeinaczyć. W końcu tą historię usłyszałem parę wieków wcześniej od pewnego szlachcica, Komuda się zwał… Napiszę tylko, że do Huberta dotarł w zupełnie zniszczonym ubraniu, o kilkaset złotych biedniejszy i z rozciętym łukiem brwiowym…
***
W tym samym czasie, gdzieś w niedalekiej przestrzeni. Hubert siedział na pryczy… Jego cela niczym nie różniła się od innych, toaleta w ścianie, zaraz obok umywalka, jedna (twarda i niewygodna) prycza i okno z kratami. Za to widok był wspaniały, na więzienne podwórko, gdzie co chwila wjeżdżał jakiś tajemniczy pojazd.
- Nie jest tak źle… Dali ci owsiankę – Zagadnąłem, starając się go pocieszyć. Hubert zareagował bardzo nerwowo, przez chwile nawet wydawało mi się, że przeciśnie się przez kraty i wyskoczy. Dopiero po jakimś czasie się uspokoił i spojrzał w moją stronę. Mnie oczywiście nie zobaczył, bo odwiecznym prawem powietrza, jestem niewidzialny.
- Ronwe jeśli to ty sobie stroisz takie żarty… - Warknął.
- Nie jestem diabłem, twój zwierzchnik nawet nie wie, że istnieje. – Odpowiedziałem grzecznie.
Hubert znowu się rozejrzał, zmełł w ustach przekleństwo. – Kim jesteś i czego tu szukasz?
- Widzisz mój drogi płatny morderco, a raczej słyszysz. Kiedy Ronwe dał ci długowieczność tak się jakoś dziwnie stało, że ożywił mnie. Jestem efektem ubocznym, a kiedy dał Sergiowi jego moce to okazało się, że jestem ciągle, niczym czas. Trochę ciężko to wytłumaczyć… W tej chwili przyglądam się właśnie jak krzyżują Jezusa, a zarazem rozmawiam z nim na kilka minut przed jego zgonem. Słucham pieśni barda i patrzę jak kilka minut później chędoży jakąś dziewkę… To wszystko i wiele, wiele więcej w tej samej chwili.
- Chyba nie rozumiem. – Wyjąkał Hubert. – Chyba nie chcę zrozumieć.
- To dobrze. Jestem ożywioną cząstką powietrza, mogę wpłynąć na jego skład w małym pomieszczeniu. – Przerwałem na chwilę, a kiedy morderca spróbował coś powiedzieć, mówił jakby nawdychał się helu, zachichotałem. – Zwiększyłem ilość helu. Już jest normalnie. Oo, strażnik za 5 minut będzie cię okładał pałką.
- Co?!?
- Nic, nic. Nie powinienem mówić o przyszłości, w ogóle nie powinienem mówić. - zrobiłem efektowną przerwę - Jeszcze się spotkamy. Acha, nie martw się. Jeszcze dziś uciekniesz. – Popłynąłem w ciekawsze miejsca, w końcu jest tyle do zrobienia…
- Powietrze! Wracaj tutaj! Nie wygłupiaj się… - głos jeszcze długo niósł się po korytarzach.
Po czterech minutach ktoś zaczął majstrować przy zamku w drzwiach. Hubert przypomniał sobie ostrzeżenie i zaczął gorączkowo szukać jakiegoś narzędzia, którym mógłby się bronić. Nie znalazł nic.
Strażnik otworzył celę i spojrzał z wyższością na więźnia (nie musiał się przy tym za bardzo starać bo miał przynajmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu).
- No i co tak krzyczysz? – zagadnął klawisz wyciągając zza pleców gumową pałkę.
- Zaa… zaaabiję ciiiiiię – głos Huberta przypominał trochę syk węża.
- O tak. To na pewno, ale dopiero za jakieś kilkadziesiąt lat. – Świst pałki, morderca padł na twarz, znowu, niewiarygodny ból w plecach, kolejne wybuchy bólu w nogach i rękach, cios w potylicę… A potem tylko ciemność.
***
- Pierwszy dzień w pudle, a on już nie może wstać.
- Widać słaby… Daj mu spokój na jakiś czas.
Hubert znowu stracił przytomność, głos oddalających się kroków był ostatnią rzeczą jaką zapamiętał.
***
Kiedy znowu odzyskał przytomność czuł się już trochę lepiej. Udało mu się nawet wstać, chociaż musiał mocno podciągnąć się na kracie w oknie. Zrobił kilka kroków ku umywalce i obmył sobie twarz śmierdzącą wodą. Wreszcie mógł w miarę trzeźwo ocenić skalę obrażeń.
- Chyba nic mi nie złamał. Właściwie to tylko mnie poobijał, kilka siniaków, ot co. – rzekł Hubert wcale wesoło.
Starając się rozruszać mięśnie i przy okazji zabić nudę, spacerował od okna do drzwi, czasami urozmaicając trasę o umywalkę lub pryczę.
Tak spędził kilka godzin, na dworze ciągle było ciemno. Widok z celi był naprawdę cudowny.
Podwórko było prawie puste, w świetle latarni zauważył tylko kogoś starającego się przemknąć w cieniu do jego budynku. Nawet mu się to udawało, Hubert, zafascynowany, przycisnął głowę do kraty i uchwycił jak nieznajomy wchodzi do drzwi.
Nad bramą widać było granatowe niebo i księżyc, miał kształt ładnego rogalika. Jak na zimową noc, niebo było bardzo czyste, bo można było dostrzec wiele gwiazd. Daleko za murami więzienia toczyło się normalne życie. Światła w blokach gasły i zapalały się tworząc przeróżne wzory, do okna docierał nawet dźwięk karetki na sygnale, albo straży.
Hubert westchnął i usiadł na pryczy.
Ciekawe kim był ten cień. Może Sergio? Nie, to nie możliwe, zbyt szybko. Pewnie jakiś leniwy strażnik poszedł się ogrzać… - Gdybał.
O dziwo nie chciało mu się spać. I znowu odzywały się pobite mięśnie i kości. Kiedy przechylał głowę czuł jak strzelają mu kręgi szyjne. Już kilka razy złapał go potężny skurcz łydki lub uda i siedzenie pozwalało odpocząć zbolałemu ciału, zresztą już wcale nie tak młodemu.
Siedział sobie tak spokojnie, chmurki za oknem płynęły po niebie, księżyc też przechodził gdzie trzeba. Kiedy usłyszał stłumione jęki, a kilkanaście sekund później jak ktoś majstruje przy zamku. Wiedział już, że i tak nie znajdzie żadnej broni. Siedział więc dalej, mruczał tylko pod nosem przekleństwa.
Drzwi się otworzyły i wszedł Sergio, zziajany jakby musiał przebiec pół Wrocławia.
- Niespodzianka! – Krzyknął i usiadł bez sił na pryczę obok przyjaciela.
- A cześć. Wybacz, że nie przygotowałem nic na powitanie… W kranie jest śmierdząca woda, jeśli chce ci się pić. – Podchwycił dowcip Hubert, ale szybko mu się znudziło. – Co ty, kurwa twoja jebana mać, tak długo? Mnie tutaj jakiś skurwysyn chciał zabić. – Przerwał bo zauważył krew na twarzy Sergia. – No, ale ty też krwi trochę przelałeś. Nie mam jak cię opatrzyć. Chodźmy stąd.
Sergio sapał jeszcze, ale wstał i ruszył ku wyjściu. Zaraz po wyjściu z celi, wszedł do pokoju strażników. Hubert wszedł za nim, na ziemi zauważył dwóch nieprzytomnych klawiszy, jednego z nich rozpoznał.
- Można go zabić? – Pchnął podeszwą swojego oprawcę.
- Eee? Coś ty się taki zabijaka zrobił?
- A głupia sprawa… To ten co mnie poobijał, obiecałem mu, że go zabije...
Hubert zaczął się krzątać po pokoju, znalazł wodę i już miał nią obrać strażnika, ale postanowił ją jednak wypić. Zmartwił się, bo nie wiedział jak ocucić strażnika. Przyszło mu jednak coś do głowy i walnął mu z całej siły liścia w twarz. Szybko na twarzy zaczerwieniło się piękne odbicie dłoni, jednak nie ocknął się. A więc w drugi policzek, teraz już miał na dwóch policzkach odpicie dłoni Huberta i powoli zaczynał się budzić. Potrząśniecie okazało się skuteczne i klawisz już zaczynał mruczeć coś pod nosem.
- Pamiętasz mnie?
- Heee?
- Znaczy tak? – zafrasował się Hubert – No i czyje na górze? Mówiłem, że zabije. Zawsze dotrzymuje słowa. – Spiął wszystkie mięśnie i udało mu się. Usłyszał nieprzyjemny dźwięk wyskakiwania kręgów, skręcił mu kark.
- Już, możemy ruszać.
Reszta podróży do wyjścia minęła spokojnie, nawet nikogo już więcej nie zabili. Dopiero kiedy znaleźli się na podwórku…
- Zaczekaj… - Sergio stanął jedną nogą za drzwiami – Kiedy siedziałem w celi widziałem jak ktoś przekrada się przez plac. Trzeba iść przy ścianie…
Kiedy tylko wyszli włączyły się syreny alarmu, nie wiadomo skąd pojawili się policjanci. Dwudziestu policjantów z prewencji (to jest około dwie tony mięśni), wyrosło przed nimi jak spod ziemi. Ale zanim zdążyli obezwładnić uciekinierów (a skubańcy są naprawdę dobrzy), przez bramę wjechał… Czarny, z przyciemnianymi szybami, duży fiat. Z przodu siedziało dwóch dresów (takich prawdziwych, łysina lśni w świetle latarni, mięśnie jak u boksera. Wieloletnie doświadczenie w bójkach ulicznych…). Na tylnym siedzeniu siedziało prawdopodobnie trzech dresów i jeszcze trzech znajdowało się z tyłu, ale nie można określić jak. Po prostu byli tam. Ani nie leżeli, ani nie siedzieli, wisieli jakoś (pewno na mięśniach). Drzwi z przodu otworzyły się i spokojnie wyszła dwójka, która otworzyła tylnie drzwi. Zaraz na ziemi znalazło się trzech drechów (przeklinających w niebogłosy, ale szybko się opamiętali, przecież mają się bić). Kiedy już wszyscy wysiedli, kierowca podszedł do bagażnika.
Do tej pory wszyscy (nie wyłączając Huberta i Sergia) stali z opuszczonymi szczękami. Teraz jednak doskonale wyszkoleni policjanci powoli odzyskiwali spokój, któremuś wyrwało się nawet „Co jest kurwa?” innemu „No to będzie zabawa”, no ale dalej stali w miejscu, chociaż zamknęli już usta.
Z bagażnika wyszło jeszcze czterech dresów, a jeden wyjątkowo mały siedział po turecku w środku i podawał spokojnie kije bejsbolowe swoim kamratą, kiedy już wszyscy byli uzbrojeni, sam wyskoczył na plac z kataną w rękach.
Regularny oddział prewencji przeciw zupełnie nieregularnemu oddziałowi chuliganów. Ruszyli… Ach piękny to był widok kiedy prewencja rozprawiła się z dwójka mięśniaków, ale zaraz potem zostali zaatakowani, ze wszystkich stron.
- Nie mogłem was zostawić na pastwę losu… - Hubert usłyszał wyjaśniający szept tuż koło ucha. – A teraz spierdalajcie ile sił!
- Zwiewamy – Powiedział niedoszły więzień, wcale spokojnie, do Sergia, który ciągle stał z opuszczoną szczęką, i pomknął do auta.
Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać (wiadomo, młody, szybki…), w samochodzie znalazł się szybciej od starszego przyjaciela i zanim tamten znalazł się w środku silnik już się grzał. Kiedy tylko Hubert usiadł, Sergio ruszył z piskiem opon (a przynajmniej na pewno by ruszył gdyby to był lepszy samochód). Jechali szybko przez miasto, nie odzywali się do siebie.
***
Walka już dobiegła końca. Na nogach stał tylko malutki dresik z kataną i wielki jak dąb policjant ze zdobycznym kijem do bejsbola.
- A to się porobiło… Wreszcie się spotykamy Jazgot. Tak długo na to czekałem, myślałem, że obedrę cię ze skóry. Ale teraz… Jakoś nie chce mi się już walczyć. Czasy się zmieniły, coś mi się czuje, że ta dwójka której ułatwiliście ucieczkę jeszcze narozrabia.
- Rozumie… - Jazgot nie należał do członków mensy… - Ja też ci odpuszczę Birski. Teraz chętnie jakąś pizdeczkę bym pomęczył.
Dwóch śmiertelnych wrogów wyszło ramię przy ramieniu i ruszyli na piwo, a później kto wie… Może zdobyć świat albo jeszcze bardziej zmienić?
***
- Wiesz co? – żalił się Hubert, jadąc z Sergiem na jakieś peryferie Wrocławia – Wydaje mi się, że wszystko to idzie nam zbyt łatwo. Nie sądzisz?
- Aj tam, gadasz… Jesteśmy po prostu najlepsi. – skromność nie była nigdy mocną stroną Sergia.
- Nie, kiedy siedziałem w celi spotkałem Powietrze.
Sergio mało co nie zjechał z drogi, zanosił się głośnym, szczerym śmiechem…
- Poważnie. Drechów też powietrze sprowadziło. Teraz pewnie też tu jest – Hubert zamachał ręką w powietrzu.
- No jestem… I co z tego.
Sergio tym razem, zjechał na pobocze, wysiadł z auta i zaczął biegać jak opętany w kółko samochodu.
Zachichotałem – Reaguje podobnie do ciebie. – zauważyłem złośliwie.
- Oj tam… Już mi musiałeś popsuć zabawę. – zrobił przy tym przezabawną minę.
- O już wraca. Podpowiem ci gdzie macie jechać. Na Kozanów, na działki koło przedszkola. Tam jest lasek, kupcie po drodze piwo…
- Tak? A skąd mamy wziąć pieniądze?
- Poczekaj… - zamilkłem na chwilkę, żeby zrobić lepszy efekt, musiałem pomieszać w przeszłości losy – Otwórz drzwi i zobacz. – jestem dla nich zbyt dobry.
Na Huberta twarz najpierw wyszła złość, potem otworzył drzwi, w oczach zatańczyło zdziwienie ze szczęściem. Wreszcie uśmiechnął się szeroko.
- No to ja idę, do zobaczenia w lesie.
Sergio wrócił do samochodu i odjechali. Chwilę patrzyłem jak jadą, a później ruszyłem w swoją stronę. Mam jeszcze dużo do zrobienia, a czasu do 2012 tak kurewsko mało…
***
Sergio czekał na zewnątrz, Hubert kupił cztery piwa.
Byli na jakimś zapuszczonym osiedlu. Bloki stały w dziwnym układzie. Wieżowce były strasznie nudne i szare. Na ulicy kręcił się jakiś facet z psem. Niebo nic się nie zmieniło od kiedy Hubert wyszedł z więzienia.
Samochód zostawili na parkingu, otwarty. A niech sobie właściciele wezmą jak znajdą.
Przyjaciele ruszyli raźno przez ścieżkę między działkami. Ścieżka, a właściwie droga, była wyjątkowo śliska, a koleiny nie stanowiły tu rzadkości. Wcale często pojawiały się też rozbite pustaki. Większość działek była mocno zapuszczona. Altanki się waliły, na grządkach rosły chwasty, które nie uległy nawet mrozowi. Nie liczne były zadbane, na furtkach lśniły nowe kłódki, na grządkach nawet śniegu nie było. Drzewka miały ładnie pomalowane pnie na biało. Znalazło się miejsce na ognisko i posiedzenie na trawce… Ach… Jaka szkoda, że jest zima.
Dotarli właśnie do rozstajów. Naprzeciwko nich wyrosła murowana stodoła, po prawej jakiś mur na górce. Postanowili się wdrapać na górkę w celach krajoznawczych.
Udało im się! Co wcale nie było takie proste (trzeba pamiętać, że była zima), jedno z piw otarło się o zniszczenie, ale udało się!
Mur wyglądał jakby ktoś do niego strzelał, kto wie… Ale to już musiało być dawno, bo został pokryty licznymi graffity. Jedno z nich głosiło, że grupa RSB trzyma władze na Kozanowie i że są strasznymi idiotami…
Za sobą mieli całkiem pokaźną dolinkę, wyglądało to na 500-700 metrów pomiędzy wałami, to i tak jest miara w przybliżeniu księżyc nie jest zbyt dobrym źródłem światła. Taki wąwóz.
Przeszli przy murze. Podziwiając widoki Sergio nie zauważył, że tutaj wał się kończy i zjechał na plecach na dół. Hubert ściskając czule butelki zjechał na tyłku. Po lewej stronie mieli działki, więc od razu zignorowali tamtą część krajobrazu, natomiast na wprost nich i po prawej rozciągała się polanka. Na polance latem zapewne było wiele chwastów, zimą jednak ślicznie wszystko poumierało, ruszyli nie szukając ścieżki na oślep przed siebie. Mieli naprawdę dobre humory, plotkowali sobie wesoło jak kobiety przez telefon. Nagle, zupełnie niespodziewanie Huberta naszła ochota do poważnej rozmowy.
- Serigo muszę ci coś powiedzieć. Ronwe powiedział mi kim jesteś. Sam się tego domyślałem, ale on mnie upewnił. Jestem twoim ojcem. – zabrzmiało to trochę jak z pewnego filmu, ale Hubert go nigdy nie oglądał, więc się nie przejął.
- Tak, wiem – Sergio zawachał się – tato. Ronwe też mi to uświadomił, ale nie uznałem za konieczne mówić ci o tym.
- No wiesz? Jak mogłeś. Mnie to męczyło już od kilku miesięcy.
- Wybacz. – Syn spuścił głowę. – Popatrz, bunkier. Wypijmy te piwa tutaj.
Otworzenie pierwszych dwóch butelek nie było trudne, sposobem „butelka o butelkę”. Zimne piwko… Ach, ale na dworze było kilka stopni mrozu.
- Wejdźmy do środka. Tam powinno być cieplej.
Idąc w kucki dotarli do zakrętu, tutaj było już wyżej. Hubert mógł się wyprostować, Sergio jeszcze nie.
Ściany były zupełnie pozbawione tynku, sama czerwona cegła. Sufit zupełnie osmolony od świeczek, no cóż gdzie to ludzie nie wejdą… Było ciemno, ale za to dużo cieplej niż na zewnątrz. Ruszyli dalej, przez zasypane okienko wpadała odrobina światła. Dalej po prawej stronie była otwarta przestrzeń, pewnie jakieś pomieszczenie, ale dobiegało stamtąd chrapanie, więc ruszyli dalej. Następne pomieszczenie też im się nie spodobało, tak jakoś instynktownie. Sergio szedł przodem i uderzył o coś głową, tak, że od razu usiadł na ziemi. Hubert w ostatniej chwili się zatrzymał
- Tutaj jest jakaś framuga czy coś, uważaj. – Powiedział ojciec przechodząc nad nim.
- Tak? Dzięki – Sergio wstawał powoli, masując czoło.
- Chodź tutaj. Tutaj są jakieś świeczki.
Sergio ociekając piwem wszedł do pomieszczenia, tutaj było wyżej. Mógł się wyprostować, chociaż wycierał włosami sufit. W wyniku oględzin pomieszczenia odkrył zupełnie zasypane okienko, natomiast Hubert znalazł zapałki i świeczkę. Zapalił świeczkę, w pomieszczeniu było ich jeszcze kilka. Pod ścianą walała się jakaś drewniana belka, mnóstwo kurzu, na ścianach nawet nie było napisów. Żadnego przydatnego sprzętu, poza pustym popękanym, plastikowym wiaderkiem. Koło wiaderka leżała mocno zakurzona kartka papieru, kiedy na nią poświecił zobaczył wypisany czarną farbą alfabet na obrzeżach kartki. Jakaś trójkątna tekturka leżała na środku. Sergio spojrzał i zamyślił się.
- Czytałem kiedyś o tym… Zaraz, zaraz. Ktoś tu duchy wywoływał.
- He… A to nie ma się czego bać – wydedukował Hubert – w końcu duchy nie istnieją.
- Ano nie. – powiedział z powątpiewaniem Sergio i otworzył o kant wiaderka nową butelkę.
Przyszedłem kiedy Hubert kończył piwo, a Sergio powoli sączył swoje. Chwilę przyglądałem się, zwiedzałem bunkier. Mi ciemność nie przeszkadza. Nawet poplotkowałem z duchami, które zostały po seansie spirytystycznym. Nie jest im tu źle, w niebie podobno jest strasznie nudno. A inny narzekał, że w piekle znowu za gorąco. Więc mimo, że seans został przeprowadzony prawidłowo zostały. Bardzo sympatyczne duchy.
- Hej, panowie! – zagadnąłem.
- No hej. – odpowiedzieli chórem, już wcale się mnie nie boją. A niech ich…
- Opowiedz nam o sobie. – powiedział Hubert, opierając się wygodnie o ścianę.
- Tak? Wy macie piwko, a ja nie? Mam o suchym gardle gadać? – oburzyłem się i gdybym tylko miał ciało to bym stanął do nich plecami.
- A weź wyparuj sobie ze mnie. – Sergio powiedział to raczej tak o, nie liczył, że to naprawdę zrobię.
- Teraz lepiej. – ubranie Sergia było suche, nawet bardzo. – A więc powstałem przez przypadek. I pewnie nie powinienem powstać, no ale skoro już jestem to pomogę. Lubię pomagać, a tak jakoś wyszło, że lubię pomagać złym ludziom. – zachichotałem, oni nie zrozumieli krotochwili. Eh, cymbały. – Kiedy Ronwe dał ci Hubercie długowieczność zrodziłem się, na początku byłem sobie jeden. Kiedy dał ci Sergio twoje moce, nagle okazało się, że jestem w każdym miejscu w czasie. Na początku trochę mi to nie wychodziło i potrafiłem być maksymalnie w dwóch, trzech czasach. Kiedy wasze moce wzrastają mogę więcej, nie wiem dlaczego. Tak to już jest. Ronwe nie wie, że mnie stworzył.
- A więc jesteśmy coraz bardziej… hmm… inni? – wydedukował Hubert.
- Nie wiedzieliście? A raczej, nie zauważyliście? Zresztą, sam dopiero niedawno odkryłem, że mnie coś z wami łączy… Jeszcze nie odkryłem po co istnieję. Być może mam wam przeszkodzić? Ale, cholera, jesteście strasznie sympatycznymi gnojami. – zakończyłem i wróciłem do rozmowy z duchami.
Hubert i Sergio patrzyli się na siebie jeszcze przez jakiś czas z niemądrymi minami. Wreszcie wzruszyli ramionami, odłożyli niedopite piwa i ułożyli się do snu.
- To był długi dzień. – usłyszałem głos jednego z nich, nie starałem się go zidentyfikować.
- No… A pewnie przytrafią się nam jeszcze dłuższe. – odpowiedział mu drugi.
- Na pewno będą dłuższe, dłuższe niż sobie mogą wyobrazić. – powiedziałem do duchów, one zachichotały – Już ja o to zadbam – dokończyłem, ciszej.
Duchom było tu lepiej niż za życia. Kiedy tylko rankiem ludzie opuścili ich bunkier, dobrały się do piw. Nie, nie wypiły ich. Rozlały i jakoś tak zaczarowały, że w wilgotnym, ciemnym bunkrze zaczęły rosnąć chmielowe łodygi…
Istotnie świat się zmienia, a ja mam w tym udział. Miło – pomyślałem i poszedłem gdzie indziej.

