A rum start

Moje zdjęcie
Nazwa:
Lokalizacja: Walencja, Spain

poniedziałek, stycznia 23, 2006

Świat się zmienia

Drzwi do sali rozpraw numer jeden otworzyły się. Pierwszy wyszedł mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, średniego wzrostu, głowę miał spuszczoną, a ręce skute kajdankami. Za nim dumnie kroczyło dwóch policjantów o głowę wyższych od więźnia. Następnie wyszła kobieta, szlochająca cicho, przytulona do ramienia prawnika, tamten jednak wydawał się zupełnie jej nie zauważać… Po tej dwójce wyszło jeszcze kilka osób, a strażnik zamknął drzwi od środka. Dało się słyszeć dźwięk zamykanego zamka.
Na sądowym korytarzu ciągle kręcili się zainteresowani z poprzedniej rozprawy, chociaż oskarżony już dawno opuścił budynek. Z sali numer dwa dobiegł krzyk:
- Ja jestem niewinny, nie zabiłem jej! Ja ją kochałem! – Mimo, że głos tłumiły grube, mocne, dębowe drzwi był całkiem wyraźny, szybko jednak ucichł.
Wreszcie korytarz opustoszał. Został tylko mężczyzna w wieku czterdziestu lat siedzący na ławce pod ścianą, obok niego stało dwóch policjantów. Panowała całkowita cisza. Nagle z drugiej sali wybiegła dziewczynka płacząc głośno.
Pewnie córka ofiary – pomyślał oskarżony, siedzący na ławice, wiedział, że ma racje, chociaż nawet nie podniósł wzroku. Czekał na swój wyrok, właściwie to już wiedział, że ma dożywocie.
Cicho na korytarz wkroczyła trzydziesto paro letnia kobieta. Była brunetka i miała czym oddychać, oskarżony już się z nią spotkał, rozpoznał jej krok. Za nią weszła milcząca grupa, składająca się z rodziny ofiary i prawnika.
- Proszę o wejście na salę zainteresowanych w sprawie 21. – Drzwi otworzył strażnik wpuszczając wszystkich zainteresowanych.
Pierwszy wszedł oskarżony, na nogach miał trampki, w areszcie odddano mu stare dżinsy i czarną koszulę. Przeszedł między ławami, na których miała zasiąść rodzina ofiary. Podszedł przed Wysoki Sąd, w rzeczywistości sędzina była wyjątkowo niska i kiedy podszedł musiała się wychylić zza swojego wielkiego i eleganckiego biurka żeby ciągle patrzeć mu w oczy, i uśmiechnął się, sędzina opadła powoli na fotel. Kiedy już wszyscy się zebrali, wstała.
- Witam wszystkich i pragnę kontynuować wczorajszą rozprawę. Na dzisiejszej rozprawie ustalimy wymiar kary, jaki ma spotkać Huberta Inherda, za zabicie, z wyjątkową brutalnością, Józefa Koćko. – A także proboszcza w Jelcynie Dużym i kilkunastu wiernych, dodał w myślach Hubert - Oraz kradzież rzeczy o łącznej wartości dwóch tysięcy złotych. Hubercie Inherd czy przyznajesz się do postawionych ci zarzutów, zabicia Józefa Koćki i kradzieży dwóch par ciężkich skórzanych butów – Ciężkich, skórzanych butów? Znaczy się glanów? - a także kradzieży… - Przez następne kilka minut wymieniała listę rzeczy zabranych przez Huberta.
- Przyznajesz się do wyżej wymienionych zbrodni?
Zawsze byłem ciekaw jak czuje się oskarżony w takiej chwili. - Pomyślał Hubert. – Oczywiście, przyznaję się. – Dodał na głos.
Po sali przeszedł szmer. Hubert usłyszał coś o bezczelności i bezbożnictwie, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Obrona chce coś dodać? – Sędzina spojrzała na obrońcę Huberta, tamten pokręcił głową.
Adwokata przydzieliła Hubertowi prokuratura, więc nie oczekiwał po nim niczego. Włodzimierz Bojek, bo tak się nazywał, był wyjątkowo drobnym i chuderlawym przedstawicielem gatunku. Od samego początku Hubert był dla niego wyjątkowo wyrozumiały i tym razem zamiast zezłościć się, uśmiechnął się, ukazując drobne braki w uzębieniu.
Bojek zadrżał i … wstał.
- Ja… Ja… Chciałbym powiedzieć, że pan Inherd nie jest bezdusznym mordercą. Zabił pana Koćko, w sklepie obuwniczym, gdzie pracowała ofiara, ponieważ… - Zawahał się – Wpadł w szał, gdyż nie było go stać na kupno wymarzonych butów. Jak wykazały badania pan Inherd nie jest w stanie panować nad swoim zachowaniem. – Adwokat przerwał, a Hubert otworzył szerzej oczy.
Faktycznie jakiś dwóch facetów zadawało mi głupie pytania, to odpowiadałem głupio… - Hubert zaczął kojarzyć fakty – Jednym słowem uznali mnie za świra? – Szare komórki oskarżonego pracowały z niesamowitą szybkością… Kiedy ich właściciel zerwał się z miejsca z okrzykiem – Gdzie mój dres? Miałem dostać dres! – Przecież jestem świrem, pomyślał i uśmiechnął się niemądrze. Spojrzał na zdziwionego Bojka, sędzinę, która wyglądała przezabawnie z ustami otwartymi do połowy, oraz na resztę zebranych, kiedy zobaczył, że osiągną to co chciał usiadł, nie przestając się uśmiechać.

***

W tym samym czasie Sergio stał przed kioskiem Ruchu i oglądał zdjęcia pań z gazet typu „CKM”. Jego umysł nie był skażony żadną myślą, kiedy nagle, zupełnym przypadkiem, dostrzegł Huberta na pierwszej stronie gazety, wyglądał trochę dziwnie z zasłoniętymi oczami jakimś czarnym paskiem, ale rozpoznał go.
- No, no… Tydzień się nie widzimy, a ten już na pierwszych stronach gazet. Ciekawe jak się miewa. – Uśmiechnął się i zdał sobie sprawę w jakich okolicznościach się rozstali– Moment… Przecież został zatrzymany przez gliny. Trzeba go jakoś wyciągnąć.
Przyjaciele zostawili Huberta, Sebastian mamrotał coś o przeznaczeniu, Wojtek o ochronie cmentarzy w mieście, tylko Dawid się nie tłumaczył. Sergio musiał działać sam, postanowił rozpocząć od kupienia gazety…
- Poproszę „Gazetę Wrocławska”… - Urwał i spojrzał z lubością na „świerszczyki” – i jeszcze „CKM”.
Kioskarz podał to co trzeba, przy „CKM-ie” uśmiechnął się lekko, a twarz Sergia przybrała kolor purpury. Sergio odszedł kilka kroków, schował gazety i puścił się biegiem do hotelu, gdzie miał nieprzyjemność nocować przez ostanie kilka dni.
Facet w recepcji poznał klienta spod 666 i rzucił mu klucze. Numer pokoju – 666 – nie jest bynajmniej jakimś dowcipem założyciela hotelu. Znajduje się na 6 piętrze, a odwiecznym prawem hoteli (i moteli również) pokoje są numerowane według pięter (1 piętro 100, 6 piętro 600, 3 piętro 300 etc…). Druga 6 oznacza (tym razem nietypowo) standard lokalu, jak łatwo się domyślić 6 to najniższy. Ostatnia 6 jest niewiadomego pochodzenia (chociaż, wśród pracowników chodzi plotka, że kiedyś jakiś szczęściarz pozbawił tam dziewictwa 6 kobiet jednej nocy, ale to tylko plotka).
Sergio wpadł do pokoju i rzucił się na łóżko, trzeszczało jak szlag, pewnie gdyby mogło zrzuciło by go na podłogę. Rzucił gazety na szafkę nocną obok. W pokoju była jeszcze szafa, zapewne z pchlego targu, było też krzesło, ale biurka nie było. Tapeta na ścianach (wybrana przez kompletnego idiotę, albo pedała) była cała różowa, poprzedni lokatorzy prawdopodobnie mieli o niej podobne zdanie, bo praktycznie każdy jej centymetr pokrywały napisy. Sergio odruchowo zawsze zaczynał je czytać… „Kocham Ewkę, Michał. 29.02.1981” „Kto kupił ta tapetę?” „Straciłam dziewictwo… Dzięki Daniel - 15.09.1989” „Tu piłem…” Pod tym ostatnim napisem lokatorzy dopisali kilka rzeczy, jakie tu robili. „Tu gwałciłem…” „Tu uczyłem się czarnej magii” „Tu jadłem…” I tak dalej… Sergio oderwał wzrok od ściany i sięgnął po gazetę, najpierw tę o kobietach…
Jakieś pół godziny później starannie dopisał na ścianie „Tu czytałem świerszczyka…”. Uśmiechnął się lekko, wrzucił gazetę pod łóżko i wziął następną, tym razem już bez nagich kobiet (za to w dziale „Humor” opisany był pewien mężczyzna który lubił się przebiec goły po boisku, kiedy akurat rozgrywane są mistrzostwa świata…). Sergio upewnił się, że na zdjęciu jest Hubert i chociaż nigdy nie widział go tak uśmiechniętego, nie miał żadnych wątpliwości. Zaczął czytać, powoli i na głos:
- Hubert I. został złapany w sklepie obuwniczym „CCC”… Dobra to mnie nie obchodzi… Gdzie go zamknęli? Gdzie jest?... – ponarzekał trochę i czytał dalej – Oskarżony dzisiaj ma rozprawę w Sądzie na ulicy… - Sergio uśmiechnął się i przerwał czytanie. Podszedł do okna i postarał się ustalić godzinę. – Jeśli południe jest tam, to wschód jest tam. Słońce jest jakieś – wyciągnął rękę - 40° nad horyzontem, powinienem zdążyć.
Nie wziął pod uwagę, że jest zima. Autobusy poruszały się po mieście żółwim tempem (zakładając oczywiście, że akurat nie utknęły w zaspie). Sergio jednak był twardy, no i przy okazji szybki. Biegł bardzo szybko, ale troszkę się ślizgał (wyglądało to jakby jechał na łyżwach i biegł za razem. Kiedy przebierał nogami, przy okazji nieustannie się ślizgał i nie pomagały mu na to nawet jego wspaniałe „glany”. Przechodnie przystawali, żeby popatrzeć.).
Kiedy dotarł pod Sąd słońce było już tylko 15° nad horyzontem, musiał dosyć długo biec. Pochylił się by złapać oddech i przy okazji obmacać kilka, zupełnie nowych, siniaków(było naprawdę ślisko…).

***

Któryś ze strażników otworzył ogromne drzwi wyjściowe, a jeszcze inny wypchnął Huberta na zewnątrz. Ach… Polska kultura, czasami chciało się aż usiąść i zapłakać nad losem narodu (narodu, to chyba zbyt dużo powiedziane. Po prostu chciało by się zapłakać nad dziećmi porzuconymi na śmietnikach i schorowanymi rodzicami w przytułkach…). Ale teraz nie było czasu na rozczulanie się nad oświatą Polaków…
Hubert wypchnięty na mróz trząsł się jak osika, powoli tracił czucie w rękach i stopach, uszy starały się odpaść (oczywiście nie wychodziło im to za bardzo, więc piekły złośliwie). Może nie było by tak źle, gdyby nie padał śnieg.
Więzień spojrzał przed siebie, robiło się już ciemno. Widoczność ograniczała się do może 5 metrów, a może 3, naprawdę nie było takiego człowieka, który byłby wstanie to określić. Jedyny człowiek jakiego dostrzegł Hubert klęknął, zebrał śnieg i ulepił okrąglutką śnieżkę.
- Cześć Hubert! – Morderca zobaczył jak mężczyźnie ze śnieżką poruszają się wargi, to on powiedział? Nie był pewien, głos dochodził jakby zza zamkniętych już drzwi Sądu. Obejrzał się na nie. Kiedy znowu spojrzał na podejrzanego osobnika ze śnieżką, już go nie było, za to zobaczył coś szybko zbliżającego się w jego stronę, nie zdążył się uchylić, zamknął tylko oczy... Dostał prosto w twarz, śnieg wsypał mu się za koszulę.
Hubert zmełł szpetne przekleństwa, a także użył słów, których znaczenia nie znał, ale brzmiały dość wulgarnie.
- No pacany! Bierzcie mnie już do tego zasranego pudła, zanim zamarznę. – Zwrócił się do swoich „bodyguardów” uprzejmie. Tamci spojrzeli po sobie oszołomieni. Nie zdążyłbyś nawet powiedzieć „Stół z powyłamywanymi nogami” i Hubert siedział „wygodnie” w policyjnym wozie.

***

Nikt nie zauważył, że podwozia ktoś się trzyma. Sergio odetchnął z ulgą(przedwcześnie, nie miał pojęcia, że więzienie jest aż tak daleko…).
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów nie miał, żadnych problemów. Przytulił się mocno obiema rękami, nogi zaplótł wokół jakiejś rury. Niestety, te zrobiły się bardzo gorące, a mięśnie Sergia nagle osłabły. Zaczął się modlić, nie żeby prosić Boga o pomoc, ale żeby wiedzieć ile czasu będą jechać.
Miał szczęście, po pięciu modlitwach z samochodu wyszli policjanci, po następnej modlitwie na ziemi wylądował Hubert. Musiał zauważyć swojego przyjaciela, bo przeklnął z ulgą i dał się podnieść.
Sergio odczekał jeszcze pół modlitwy i opadł na śnieg po samochodem, cicho wyturlał się i odszedł na bezpieczną odległość.
Wielki mur (co najmniej 4 metry wysokości) otaczał więzienie, jakby tego było mało na szczycie zamontowany był drut kolczasty. Sergio podrapał się po głowie, przeczuwając, że to będzie długa noc. Na rogach muru widać było strażniczki (z tym widzeniem to może za dużo powiedziane, widać było reflektory strażniczek). Sergio szybko zorientował się, że jedyny sposób na dostanie się do środka to wejście przez bramę główną.
Brama była równie wysoka co mur, blacha która ją pokrywała była idealnie gładka. Zastukał w metal i uznał, że miała co najmniej 10 centymetrów grubości.
- Hej! Jest tam ktoś? – Krzyknął, narażając się na zerwanie strun głosowych. Kiedy nikt mu nie odpowiedział uderzył kilkakrotnie pięścią, i tym razem odpowiedział mu jedynie szum wiatru.
Sergio rozejrzał się. Dostrzegł dzwonek… Zwyczajny dzwonek do drzwi, taki jaki montuje się w mieszkaniach i domach. Młodzieniec nacisnął przycisk, dźwięk dzwonka przebił się przez bramę i wiatr, i nadal był głośny.
- Kto tam? – Małe metalowe drzwiczki otworzyły się mniej więcej na wysokości twarzy Sergia, przyglądała mu się wąsata gęba strażnika.
- Dzień dobry, jestem z firmy „Wytrych”. Zostałem wysłany…
- Jakiej firmy? Czym się zajmujecie? – zainteresował się klawisz.
- Rozprowadzamy po więzieniach kraty okienne i drzwiowe. – Łgał jak umiał najlepiej.
- Kraty drzwiowe? Pierwsze słyszę. – naprawdę się zainteresował.
- No wie pan. Takie za którymi zamyka się przestępców. Oglądał pan na pewno amerykańskie filmy. Teraz w Polsce też taka moda, że przestępców zamyka się takimi kratami drzwiowymi. Nasza firma ma pięknie chromowane pręty, nie możliwe do przepiłowania ani przepalenia, bez profesjonalnych narzędzi. Jeśli mnie pan wpuści pobiorę pomiary i będziemy mogli zacząć produkcję.
- Niech pan poczeka. – Wąsy klawisza, aż trzęsły się z radości. Uwierzył w każde słowo Sergia. – Pojdę po zwierzchnika. – Dodał widząc zdziwienie na twarzy wysłannika z „Wytruchu”.
- Nie, nie! Przecież ja tutaj zamarznę. – Dmuchnął, jakby chciał pokazać jak jest zimno.
Twarz wąsacza zrobiła się purpurowa (Sergio uznał, że wstrzymał oddech, niektórym to pomaga przy myśleniu). – No dobra, ale będziesz musiał poczekać przy wejściu. – Otworzył drzwi i wpuścił młodzieńca do środka, dopiero teraz mógł zobaczyć, że jest cały brudny od smaru, ale uznał to za nieistotne.
Sergio znalazł się w małym pomieszczeniu jego jedynym wyposażeniem było biurko, krzesło i mała szafa. Na biurku leżały jakieś papiery, a na honorowym miejscu „Playboy”, krzesło stało obok. Tajemnicza zawartość szafy, która nigdy nie została ujawniona młodzieńcowi, zawierała kilkadziesiąt kolorowych pism, o bardzo ciekawej tematyce.
Przytulnie tu mają – pomyślał.
Strażnik, wrócił wyjątkowo szybko. Przyprowadził ze sobą mężczyznę o głowę wyższego, a przy okazji swojego zwierzchnika, Birskiego.
- Dzień dobry… - Sergio błyskawicznie skoczył do krzesła, chwycił je w locie i uderzył z całej siły w wąsacza (tamten nawet nie zdążył się obrócić). Birski był dużo szybszy, pewnie służył w prewencji, trzymał już w rękach pałkę policyjną.
- No to mamy problem – uśmiechnął się całkiem sympatycznie. – Będę musiał pana obezwładnić, mam to zrobić siłą czy podda się pan…
Sergio nie dał dokończyć, zrobił zamach i… zanim zdołał zaatakować, leżał już na ziemi, z rękami boleśnie wykręconymi do tyłu. „Komandos”, czy kimkolwiek był jego przeciwnik, już przeszukał mu kieszenie i znalazł kilkaset złotych oraz parę innych drobiazgów.
- Puść mnie, proszę.
- Ma pan mnie za idiotę? – spojrzał po sobie krytycznie – Cóż może bozia nie obdarzyła mnie zbyt inteligentnym wyglądem, ale to tylko pozory…
Gadał by tak pewnie jeszcze parę minut. I wcale nie musiał się okazać takim palantem, ale nie zauważył, że Sergio jest troszeczkę szybszy od przeciętnych ludzi. Komandos rozmyślając czego mu bozia poskąpiła, nieświadomie poluźnił uchwyt, akurat na tyle żeby jego nowo zdobyty więzień uwolnił się.
Wszystko stało się w zaledwie parę sekund. Sergio uwolniony z uścisku, wstał i wskoczył na biurko. Komandos w tym czasie zdążył zaledwie wstać z kolan, kiedy intruz wzbił się w powietrze (nie, nie nauczył się latać, po prostu skoczył) i kopnął, wykorzystując siłę pędu, swojego niedoszłego pogromcę w twarz.
- Uf… Myślałem, że już po mnie. – Odebrał co swoje i ruszył w stronę drzwi, skąd przyszedł wąsacz i Birski…
Na temat jak Sergio dotarł do Huberta można by napisać całe tomy, a przynajmniej tak wydawało się młodzieńcowi, ja jednak się z nim nie zgadzam. Zresztą nie było mnie tam, więc mógłbym coś przeinaczyć. W końcu tą historię usłyszałem parę wieków wcześniej od pewnego szlachcica, Komuda się zwał… Napiszę tylko, że do Huberta dotarł w zupełnie zniszczonym ubraniu, o kilkaset złotych biedniejszy i z rozciętym łukiem brwiowym…

***

W tym samym czasie, gdzieś w niedalekiej przestrzeni. Hubert siedział na pryczy… Jego cela niczym nie różniła się od innych, toaleta w ścianie, zaraz obok umywalka, jedna (twarda i niewygodna) prycza i okno z kratami. Za to widok był wspaniały, na więzienne podwórko, gdzie co chwila wjeżdżał jakiś tajemniczy pojazd.
- Nie jest tak źle… Dali ci owsiankę – Zagadnąłem, starając się go pocieszyć. Hubert zareagował bardzo nerwowo, przez chwile nawet wydawało mi się, że przeciśnie się przez kraty i wyskoczy. Dopiero po jakimś czasie się uspokoił i spojrzał w moją stronę. Mnie oczywiście nie zobaczył, bo odwiecznym prawem powietrza, jestem niewidzialny.
- Ronwe jeśli to ty sobie stroisz takie żarty… - Warknął.
- Nie jestem diabłem, twój zwierzchnik nawet nie wie, że istnieje. – Odpowiedziałem grzecznie.
Hubert znowu się rozejrzał, zmełł w ustach przekleństwo. – Kim jesteś i czego tu szukasz?
- Widzisz mój drogi płatny morderco, a raczej słyszysz. Kiedy Ronwe dał ci długowieczność tak się jakoś dziwnie stało, że ożywił mnie. Jestem efektem ubocznym, a kiedy dał Sergiowi jego moce to okazało się, że jestem ciągle, niczym czas. Trochę ciężko to wytłumaczyć… W tej chwili przyglądam się właśnie jak krzyżują Jezusa, a zarazem rozmawiam z nim na kilka minut przed jego zgonem. Słucham pieśni barda i patrzę jak kilka minut później chędoży jakąś dziewkę… To wszystko i wiele, wiele więcej w tej samej chwili.
- Chyba nie rozumiem. – Wyjąkał Hubert. – Chyba nie chcę zrozumieć.
- To dobrze. Jestem ożywioną cząstką powietrza, mogę wpłynąć na jego skład w małym pomieszczeniu. – Przerwałem na chwilę, a kiedy morderca spróbował coś powiedzieć, mówił jakby nawdychał się helu, zachichotałem. – Zwiększyłem ilość helu. Już jest normalnie. Oo, strażnik za 5 minut będzie cię okładał pałką.
- Co?!?
- Nic, nic. Nie powinienem mówić o przyszłości, w ogóle nie powinienem mówić. - zrobiłem efektowną przerwę - Jeszcze się spotkamy. Acha, nie martw się. Jeszcze dziś uciekniesz. – Popłynąłem w ciekawsze miejsca, w końcu jest tyle do zrobienia…
- Powietrze! Wracaj tutaj! Nie wygłupiaj się… - głos jeszcze długo niósł się po korytarzach.
Po czterech minutach ktoś zaczął majstrować przy zamku w drzwiach. Hubert przypomniał sobie ostrzeżenie i zaczął gorączkowo szukać jakiegoś narzędzia, którym mógłby się bronić. Nie znalazł nic.
Strażnik otworzył celę i spojrzał z wyższością na więźnia (nie musiał się przy tym za bardzo starać bo miał przynajmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu).
- No i co tak krzyczysz? – zagadnął klawisz wyciągając zza pleców gumową pałkę.
- Zaa… zaaabiję ciiiiiię – głos Huberta przypominał trochę syk węża.
- O tak. To na pewno, ale dopiero za jakieś kilkadziesiąt lat. – Świst pałki, morderca padł na twarz, znowu, niewiarygodny ból w plecach, kolejne wybuchy bólu w nogach i rękach, cios w potylicę… A potem tylko ciemność.

***

- Pierwszy dzień w pudle, a on już nie może wstać.
- Widać słaby… Daj mu spokój na jakiś czas.
Hubert znowu stracił przytomność, głos oddalających się kroków był ostatnią rzeczą jaką zapamiętał.

***

Kiedy znowu odzyskał przytomność czuł się już trochę lepiej. Udało mu się nawet wstać, chociaż musiał mocno podciągnąć się na kracie w oknie. Zrobił kilka kroków ku umywalce i obmył sobie twarz śmierdzącą wodą. Wreszcie mógł w miarę trzeźwo ocenić skalę obrażeń.
- Chyba nic mi nie złamał. Właściwie to tylko mnie poobijał, kilka siniaków, ot co. – rzekł Hubert wcale wesoło.
Starając się rozruszać mięśnie i przy okazji zabić nudę, spacerował od okna do drzwi, czasami urozmaicając trasę o umywalkę lub pryczę.
Tak spędził kilka godzin, na dworze ciągle było ciemno. Widok z celi był naprawdę cudowny.
Podwórko było prawie puste, w świetle latarni zauważył tylko kogoś starającego się przemknąć w cieniu do jego budynku. Nawet mu się to udawało, Hubert, zafascynowany, przycisnął głowę do kraty i uchwycił jak nieznajomy wchodzi do drzwi.
Nad bramą widać było granatowe niebo i księżyc, miał kształt ładnego rogalika. Jak na zimową noc, niebo było bardzo czyste, bo można było dostrzec wiele gwiazd. Daleko za murami więzienia toczyło się normalne życie. Światła w blokach gasły i zapalały się tworząc przeróżne wzory, do okna docierał nawet dźwięk karetki na sygnale, albo straży.
Hubert westchnął i usiadł na pryczy.
Ciekawe kim był ten cień. Może Sergio? Nie, to nie możliwe, zbyt szybko. Pewnie jakiś leniwy strażnik poszedł się ogrzać… - Gdybał.
O dziwo nie chciało mu się spać. I znowu odzywały się pobite mięśnie i kości. Kiedy przechylał głowę czuł jak strzelają mu kręgi szyjne. Już kilka razy złapał go potężny skurcz łydki lub uda i siedzenie pozwalało odpocząć zbolałemu ciału, zresztą już wcale nie tak młodemu.
Siedział sobie tak spokojnie, chmurki za oknem płynęły po niebie, księżyc też przechodził gdzie trzeba. Kiedy usłyszał stłumione jęki, a kilkanaście sekund później jak ktoś majstruje przy zamku. Wiedział już, że i tak nie znajdzie żadnej broni. Siedział więc dalej, mruczał tylko pod nosem przekleństwa.
Drzwi się otworzyły i wszedł Sergio, zziajany jakby musiał przebiec pół Wrocławia.
- Niespodzianka! – Krzyknął i usiadł bez sił na pryczę obok przyjaciela.
- A cześć. Wybacz, że nie przygotowałem nic na powitanie… W kranie jest śmierdząca woda, jeśli chce ci się pić. – Podchwycił dowcip Hubert, ale szybko mu się znudziło. – Co ty, kurwa twoja jebana mać, tak długo? Mnie tutaj jakiś skurwysyn chciał zabić. – Przerwał bo zauważył krew na twarzy Sergia. – No, ale ty też krwi trochę przelałeś. Nie mam jak cię opatrzyć. Chodźmy stąd.
Sergio sapał jeszcze, ale wstał i ruszył ku wyjściu. Zaraz po wyjściu z celi, wszedł do pokoju strażników. Hubert wszedł za nim, na ziemi zauważył dwóch nieprzytomnych klawiszy, jednego z nich rozpoznał.
- Można go zabić? – Pchnął podeszwą swojego oprawcę.
- Eee? Coś ty się taki zabijaka zrobił?
- A głupia sprawa… To ten co mnie poobijał, obiecałem mu, że go zabije...
Hubert zaczął się krzątać po pokoju, znalazł wodę i już miał nią obrać strażnika, ale postanowił ją jednak wypić. Zmartwił się, bo nie wiedział jak ocucić strażnika. Przyszło mu jednak coś do głowy i walnął mu z całej siły liścia w twarz. Szybko na twarzy zaczerwieniło się piękne odbicie dłoni, jednak nie ocknął się. A więc w drugi policzek, teraz już miał na dwóch policzkach odpicie dłoni Huberta i powoli zaczynał się budzić. Potrząśniecie okazało się skuteczne i klawisz już zaczynał mruczeć coś pod nosem.
- Pamiętasz mnie?
- Heee?
- Znaczy tak? – zafrasował się Hubert – No i czyje na górze? Mówiłem, że zabije. Zawsze dotrzymuje słowa. – Spiął wszystkie mięśnie i udało mu się. Usłyszał nieprzyjemny dźwięk wyskakiwania kręgów, skręcił mu kark.
- Już, możemy ruszać.
Reszta podróży do wyjścia minęła spokojnie, nawet nikogo już więcej nie zabili. Dopiero kiedy znaleźli się na podwórku…
- Zaczekaj… - Sergio stanął jedną nogą za drzwiami – Kiedy siedziałem w celi widziałem jak ktoś przekrada się przez plac. Trzeba iść przy ścianie…
Kiedy tylko wyszli włączyły się syreny alarmu, nie wiadomo skąd pojawili się policjanci. Dwudziestu policjantów z prewencji (to jest około dwie tony mięśni), wyrosło przed nimi jak spod ziemi. Ale zanim zdążyli obezwładnić uciekinierów (a skubańcy są naprawdę dobrzy), przez bramę wjechał… Czarny, z przyciemnianymi szybami, duży fiat. Z przodu siedziało dwóch dresów (takich prawdziwych, łysina lśni w świetle latarni, mięśnie jak u boksera. Wieloletnie doświadczenie w bójkach ulicznych…). Na tylnym siedzeniu siedziało prawdopodobnie trzech dresów i jeszcze trzech znajdowało się z tyłu, ale nie można określić jak. Po prostu byli tam. Ani nie leżeli, ani nie siedzieli, wisieli jakoś (pewno na mięśniach). Drzwi z przodu otworzyły się i spokojnie wyszła dwójka, która otworzyła tylnie drzwi. Zaraz na ziemi znalazło się trzech drechów (przeklinających w niebogłosy, ale szybko się opamiętali, przecież mają się bić). Kiedy już wszyscy wysiedli, kierowca podszedł do bagażnika.
Do tej pory wszyscy (nie wyłączając Huberta i Sergia) stali z opuszczonymi szczękami. Teraz jednak doskonale wyszkoleni policjanci powoli odzyskiwali spokój, któremuś wyrwało się nawet „Co jest kurwa?” innemu „No to będzie zabawa”, no ale dalej stali w miejscu, chociaż zamknęli już usta.
Z bagażnika wyszło jeszcze czterech dresów, a jeden wyjątkowo mały siedział po turecku w środku i podawał spokojnie kije bejsbolowe swoim kamratą, kiedy już wszyscy byli uzbrojeni, sam wyskoczył na plac z kataną w rękach.
Regularny oddział prewencji przeciw zupełnie nieregularnemu oddziałowi chuliganów. Ruszyli… Ach piękny to był widok kiedy prewencja rozprawiła się z dwójka mięśniaków, ale zaraz potem zostali zaatakowani, ze wszystkich stron.
- Nie mogłem was zostawić na pastwę losu… - Hubert usłyszał wyjaśniający szept tuż koło ucha. – A teraz spierdalajcie ile sił!
- Zwiewamy – Powiedział niedoszły więzień, wcale spokojnie, do Sergia, który ciągle stał z opuszczoną szczęką, i pomknął do auta.
Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać (wiadomo, młody, szybki…), w samochodzie znalazł się szybciej od starszego przyjaciela i zanim tamten znalazł się w środku silnik już się grzał. Kiedy tylko Hubert usiadł, Sergio ruszył z piskiem opon (a przynajmniej na pewno by ruszył gdyby to był lepszy samochód). Jechali szybko przez miasto, nie odzywali się do siebie.

***

Walka już dobiegła końca. Na nogach stał tylko malutki dresik z kataną i wielki jak dąb policjant ze zdobycznym kijem do bejsbola.
- A to się porobiło… Wreszcie się spotykamy Jazgot. Tak długo na to czekałem, myślałem, że obedrę cię ze skóry. Ale teraz… Jakoś nie chce mi się już walczyć. Czasy się zmieniły, coś mi się czuje, że ta dwójka której ułatwiliście ucieczkę jeszcze narozrabia.
- Rozumie… - Jazgot nie należał do członków mensy… - Ja też ci odpuszczę Birski. Teraz chętnie jakąś pizdeczkę bym pomęczył.
Dwóch śmiertelnych wrogów wyszło ramię przy ramieniu i ruszyli na piwo, a później kto wie… Może zdobyć świat albo jeszcze bardziej zmienić?

***

- Wiesz co? – żalił się Hubert, jadąc z Sergiem na jakieś peryferie Wrocławia – Wydaje mi się, że wszystko to idzie nam zbyt łatwo. Nie sądzisz?
- Aj tam, gadasz… Jesteśmy po prostu najlepsi. – skromność nie była nigdy mocną stroną Sergia.
- Nie, kiedy siedziałem w celi spotkałem Powietrze.
Sergio mało co nie zjechał z drogi, zanosił się głośnym, szczerym śmiechem…
- Poważnie. Drechów też powietrze sprowadziło. Teraz pewnie też tu jest – Hubert zamachał ręką w powietrzu.
- No jestem… I co z tego.
Sergio tym razem, zjechał na pobocze, wysiadł z auta i zaczął biegać jak opętany w kółko samochodu.
Zachichotałem – Reaguje podobnie do ciebie. – zauważyłem złośliwie.
- Oj tam… Już mi musiałeś popsuć zabawę. – zrobił przy tym przezabawną minę.
- O już wraca. Podpowiem ci gdzie macie jechać. Na Kozanów, na działki koło przedszkola. Tam jest lasek, kupcie po drodze piwo…
- Tak? A skąd mamy wziąć pieniądze?
- Poczekaj… - zamilkłem na chwilkę, żeby zrobić lepszy efekt, musiałem pomieszać w przeszłości losy – Otwórz drzwi i zobacz. – jestem dla nich zbyt dobry.
Na Huberta twarz najpierw wyszła złość, potem otworzył drzwi, w oczach zatańczyło zdziwienie ze szczęściem. Wreszcie uśmiechnął się szeroko.
- No to ja idę, do zobaczenia w lesie.
Sergio wrócił do samochodu i odjechali. Chwilę patrzyłem jak jadą, a później ruszyłem w swoją stronę. Mam jeszcze dużo do zrobienia, a czasu do 2012 tak kurewsko mało…

***

Sergio czekał na zewnątrz, Hubert kupił cztery piwa.
Byli na jakimś zapuszczonym osiedlu. Bloki stały w dziwnym układzie. Wieżowce były strasznie nudne i szare. Na ulicy kręcił się jakiś facet z psem. Niebo nic się nie zmieniło od kiedy Hubert wyszedł z więzienia.
Samochód zostawili na parkingu, otwarty. A niech sobie właściciele wezmą jak znajdą.
Przyjaciele ruszyli raźno przez ścieżkę między działkami. Ścieżka, a właściwie droga, była wyjątkowo śliska, a koleiny nie stanowiły tu rzadkości. Wcale często pojawiały się też rozbite pustaki. Większość działek była mocno zapuszczona. Altanki się waliły, na grządkach rosły chwasty, które nie uległy nawet mrozowi. Nie liczne były zadbane, na furtkach lśniły nowe kłódki, na grządkach nawet śniegu nie było. Drzewka miały ładnie pomalowane pnie na biało. Znalazło się miejsce na ognisko i posiedzenie na trawce… Ach… Jaka szkoda, że jest zima.
Dotarli właśnie do rozstajów. Naprzeciwko nich wyrosła murowana stodoła, po prawej jakiś mur na górce. Postanowili się wdrapać na górkę w celach krajoznawczych.
Udało im się! Co wcale nie było takie proste (trzeba pamiętać, że była zima), jedno z piw otarło się o zniszczenie, ale udało się!
Mur wyglądał jakby ktoś do niego strzelał, kto wie… Ale to już musiało być dawno, bo został pokryty licznymi graffity. Jedno z nich głosiło, że grupa RSB trzyma władze na Kozanowie i że są strasznymi idiotami…
Za sobą mieli całkiem pokaźną dolinkę, wyglądało to na 500-700 metrów pomiędzy wałami, to i tak jest miara w przybliżeniu księżyc nie jest zbyt dobrym źródłem światła. Taki wąwóz.
Przeszli przy murze. Podziwiając widoki Sergio nie zauważył, że tutaj wał się kończy i zjechał na plecach na dół. Hubert ściskając czule butelki zjechał na tyłku. Po lewej stronie mieli działki, więc od razu zignorowali tamtą część krajobrazu, natomiast na wprost nich i po prawej rozciągała się polanka. Na polance latem zapewne było wiele chwastów, zimą jednak ślicznie wszystko poumierało, ruszyli nie szukając ścieżki na oślep przed siebie. Mieli naprawdę dobre humory, plotkowali sobie wesoło jak kobiety przez telefon. Nagle, zupełnie niespodziewanie Huberta naszła ochota do poważnej rozmowy.
- Serigo muszę ci coś powiedzieć. Ronwe powiedział mi kim jesteś. Sam się tego domyślałem, ale on mnie upewnił. Jestem twoim ojcem. – zabrzmiało to trochę jak z pewnego filmu, ale Hubert go nigdy nie oglądał, więc się nie przejął.
- Tak, wiem – Sergio zawachał się – tato. Ronwe też mi to uświadomił, ale nie uznałem za konieczne mówić ci o tym.
- No wiesz? Jak mogłeś. Mnie to męczyło już od kilku miesięcy.
- Wybacz. – Syn spuścił głowę. – Popatrz, bunkier. Wypijmy te piwa tutaj.
Otworzenie pierwszych dwóch butelek nie było trudne, sposobem „butelka o butelkę”. Zimne piwko… Ach, ale na dworze było kilka stopni mrozu.
- Wejdźmy do środka. Tam powinno być cieplej.
Idąc w kucki dotarli do zakrętu, tutaj było już wyżej. Hubert mógł się wyprostować, Sergio jeszcze nie.
Ściany były zupełnie pozbawione tynku, sama czerwona cegła. Sufit zupełnie osmolony od świeczek, no cóż gdzie to ludzie nie wejdą… Było ciemno, ale za to dużo cieplej niż na zewnątrz. Ruszyli dalej, przez zasypane okienko wpadała odrobina światła. Dalej po prawej stronie była otwarta przestrzeń, pewnie jakieś pomieszczenie, ale dobiegało stamtąd chrapanie, więc ruszyli dalej. Następne pomieszczenie też im się nie spodobało, tak jakoś instynktownie. Sergio szedł przodem i uderzył o coś głową, tak, że od razu usiadł na ziemi. Hubert w ostatniej chwili się zatrzymał
- Tutaj jest jakaś framuga czy coś, uważaj. – Powiedział ojciec przechodząc nad nim.
- Tak? Dzięki – Sergio wstawał powoli, masując czoło.
- Chodź tutaj. Tutaj są jakieś świeczki.
Sergio ociekając piwem wszedł do pomieszczenia, tutaj było wyżej. Mógł się wyprostować, chociaż wycierał włosami sufit. W wyniku oględzin pomieszczenia odkrył zupełnie zasypane okienko, natomiast Hubert znalazł zapałki i świeczkę. Zapalił świeczkę, w pomieszczeniu było ich jeszcze kilka. Pod ścianą walała się jakaś drewniana belka, mnóstwo kurzu, na ścianach nawet nie było napisów. Żadnego przydatnego sprzętu, poza pustym popękanym, plastikowym wiaderkiem. Koło wiaderka leżała mocno zakurzona kartka papieru, kiedy na nią poświecił zobaczył wypisany czarną farbą alfabet na obrzeżach kartki. Jakaś trójkątna tekturka leżała na środku. Sergio spojrzał i zamyślił się.
- Czytałem kiedyś o tym… Zaraz, zaraz. Ktoś tu duchy wywoływał.
- He… A to nie ma się czego bać – wydedukował Hubert – w końcu duchy nie istnieją.
- Ano nie. – powiedział z powątpiewaniem Sergio i otworzył o kant wiaderka nową butelkę.
Przyszedłem kiedy Hubert kończył piwo, a Sergio powoli sączył swoje. Chwilę przyglądałem się, zwiedzałem bunkier. Mi ciemność nie przeszkadza. Nawet poplotkowałem z duchami, które zostały po seansie spirytystycznym. Nie jest im tu źle, w niebie podobno jest strasznie nudno. A inny narzekał, że w piekle znowu za gorąco. Więc mimo, że seans został przeprowadzony prawidłowo zostały. Bardzo sympatyczne duchy.
- Hej, panowie! – zagadnąłem.
- No hej. – odpowiedzieli chórem, już wcale się mnie nie boją. A niech ich…
- Opowiedz nam o sobie. – powiedział Hubert, opierając się wygodnie o ścianę.
- Tak? Wy macie piwko, a ja nie? Mam o suchym gardle gadać? – oburzyłem się i gdybym tylko miał ciało to bym stanął do nich plecami.
- A weź wyparuj sobie ze mnie. – Sergio powiedział to raczej tak o, nie liczył, że to naprawdę zrobię.
- Teraz lepiej. – ubranie Sergia było suche, nawet bardzo. – A więc powstałem przez przypadek. I pewnie nie powinienem powstać, no ale skoro już jestem to pomogę. Lubię pomagać, a tak jakoś wyszło, że lubię pomagać złym ludziom. – zachichotałem, oni nie zrozumieli krotochwili. Eh, cymbały. – Kiedy Ronwe dał ci Hubercie długowieczność zrodziłem się, na początku byłem sobie jeden. Kiedy dał ci Sergio twoje moce, nagle okazało się, że jestem w każdym miejscu w czasie. Na początku trochę mi to nie wychodziło i potrafiłem być maksymalnie w dwóch, trzech czasach. Kiedy wasze moce wzrastają mogę więcej, nie wiem dlaczego. Tak to już jest. Ronwe nie wie, że mnie stworzył.
- A więc jesteśmy coraz bardziej… hmm… inni? – wydedukował Hubert.
- Nie wiedzieliście? A raczej, nie zauważyliście? Zresztą, sam dopiero niedawno odkryłem, że mnie coś z wami łączy… Jeszcze nie odkryłem po co istnieję. Być może mam wam przeszkodzić? Ale, cholera, jesteście strasznie sympatycznymi gnojami. – zakończyłem i wróciłem do rozmowy z duchami.
Hubert i Sergio patrzyli się na siebie jeszcze przez jakiś czas z niemądrymi minami. Wreszcie wzruszyli ramionami, odłożyli niedopite piwa i ułożyli się do snu.
- To był długi dzień. – usłyszałem głos jednego z nich, nie starałem się go zidentyfikować.
- No… A pewnie przytrafią się nam jeszcze dłuższe. – odpowiedział mu drugi.
- Na pewno będą dłuższe, dłuższe niż sobie mogą wyobrazić. – powiedziałem do duchów, one zachichotały – Już ja o to zadbam – dokończyłem, ciszej.
Duchom było tu lepiej niż za życia. Kiedy tylko rankiem ludzie opuścili ich bunkier, dobrały się do piw. Nie, nie wypiły ich. Rozlały i jakoś tak zaczarowały, że w wilgotnym, ciemnym bunkrze zaczęły rosnąć chmielowe łodygi…
Istotnie świat się zmienia, a ja mam w tym udział. Miło – pomyślałem i poszedłem gdzie indziej.

Przyszłość

Ciemno, cicho, gorąco i potworny odór alkoholu. Tak, można określić sytuację, w której znalazł się Hubert.
- Co jest, cholera. – Powiedział próbując wstać i od razu wrócił do pierwotnej pozycji, bo uderzył głową w coś twardego.
- Musiałem zasnąć pod ławą. – Pomyślał, co nie przyszło mu wcale tak prosto, gdyż męczył go potworny kac.
Spróbował wyturlać się by móc stanąć na nogach. Dopiero teraz odkrył, że leży w czymś na kształt bardzo małej, drewnianej szafy. Tak małej, że nawet nie mógł unieść ręki do głowy, by troszkę złagodzić cierpienie. Powoli zaczynał rozumieć gdzie jest...
- Znowu mnie wsadzili do trumny. – Wydedukował, mimo potwornego bólu głowy, zwielokrotnionego przez uderzenie. Po czym szybko zrozumiał, że musi oszczędzać tlen. I nagle był zupełnie trzeźwy i przytomny. W myślach przeklął paskudnie lekarza, który pozwolił go tu zamknąć i obiecał sobie, że jeśli z tego wyjdzie to go zabije. Bo trzeba wam wiedzieć, że to nie był jego pierwszy raz. Ale wtedy wyciągnęli go rabusie szukający cennych drobiazgów, swoją drogą to trochę dziwne, przecież wszyscy na wiosce wiedzą, że Hubert żyje ze sprzedawania skór zwierząt... Mimo wszystko, wolał na teraz nie liczyć na hieny cmentarne. Mimo walki z sobą, wiedział, że może się już nie obudzić, stracił przytomność.
Muszę wspomnieć jak Hubert został pogrzebany. Otóż jest on płatnym mordercą i to nie byle jakim, bo najlepszym w okolicy. Jednak mieszka w wiosce i ma mało roboty (właściwie wcale). Przez co często wpada w depresje, a jego najlepszym lekarstwem jest alkohol. Poszedł, więc do swojej ulubionej knajpki i wypił tyle ile mógł. Jednak tej nocy, gdy wychodził z pijalni zaczepiła go grupka uzbrojonych w kije wieśniaków, już od dawna na niego polowali, tylko, że wcześniej zawsze był ze swoimi kumplami. Gdy są we czwórkę to nikt ich się nie odważy ruszać, z czego Hubert jest zresztą bardzo dumny. Wracając do bójki. Morderca był mocno wstawiony i przecenił swoje możliwości. Zaatakował pierwszy, zamachnął się ręką, a chłop okazał się być diablo szybki i uniknął ciosu bez problemu. Ręka pędziła dalej przez powietrze, lecz nie natrafiając na nic wytrąciła bohatera z równowagi. Hubert padł na ziemie i zasnął.
Jak już wspomniałem nikt go w wiosce nie lubi, nawet lekarz i grabarz. Pochowali go jeszcze tego samego dnia, w czymś czego nawet nie można nazwać trumną...
Właściwie nie wiedział czy ciągle śpi czy być może odzyskał już świadomość. Ale i tak i tak widział ciemność, nie potrafił nawet stwierdzić czy ma otwarte oczy. Nie wiedział czy mruga, ciągle wieczna ciemność. Nagle na wieku trumny zaczęła się wyłaniać twarz. Długie czarne włosy spływały na ramiona, a przynajmniej spływałyby gdyby ramiona były na swoim miejscu... Czarne oczy wpatrywały się w mordercę z zainteresowaniem. Twarz miała idealnie równe rysy. Pod lekko spiczastym nosem naokoło ust czerniał kilkudniowy zarost.
- Ciągle śnię - stwierdził błyskotliwie Hubert
- Nie, nie śpisz Hubercie Inherd. Jestem Ronwe, demon pobłażania. Wysłał mnie sam imperator, LUCIFER!
- Czego chcesz, skurwysynie? - Nauczony od dziecka strachu przed diabłem i demonami, Hubert wystraszył się nie na żarty. Przywitał go najładniej jak umiał i przeszedł do rzeczy. - Chcesz mojej duszy?
- Lepiej uważaj na słowa, Inherd bo mogę zmienić moje plany co do ciebie. Twoja dusza i tak już jest moja. Ale mam dla ciebie propozycje. Ocalę ci życie, a nawet dam ci chodzić po ziemi trzykroć dłużej od braci twych. Ty, Hubercie, musisz tylko wysyłać do mnie jedną duszę co rok. Ale nie zwykłego pijaczynę z przydrożnej pijalni. Mają to być ludzie bogobojni, od ciebie zależy jak zmusić ich do grzechu i jaki rodzaj śmierci im zadasz. Zaczniesz od proboszcza z twojej wioski...
Hubert poczerwieniał ze wściekłości, nienawidzi kiedy ktoś przejmuje nad nim kontrole. Gorączkowo myślał jakie warunki podać, żeby nie poddać się zupełnie woli diabła. Ronwe przyglądał mu się ze spokojem, wiedział, że morderca się zgodzi, zastanawiał się tylko na jakich zasadach
- Zgoda szatanie, jednak twoja umowa nic nie wspomina o moim procesie starzenia się, chcę pozostać fizycznie w wieku 40lat. – Przerwał i zastanowił się chwilę – No i jeśli będę żył dłużej od moich przyjaciół moje życie będzie bardzo zagrożone ze strony mieszkańców wioski. Oni też muszą żyć dłużej. Jeśli spełnisz te warunki będę zabijał dla ciebie i imperatora.
- Twoje żądania są trochę wygórowane jak na kogoś kto leży w trumnie i się dusi. Mogę spełnić tylko jedno z nich… - Przerwał na chwile i popatrzył z wyczekiwaniem na Huberta, ten jednak nie dał po sobie poznać rozczarowania – Sprawię, że będziesz przez 300 lat czuł się i zachowywał jak 40-latek, po ich upływie zaczniesz się normalnie starzeć. A o swoich przyjaciół się nie martw, oni już mają zapewnioną długowieczność. – Znowu przerwał i znowu patrzył na Huberta jakby liczył, że ten coś powie. Zdziwienie mordercy było jeszcze większe niż przed chwilą, lecz i teraz nie dał po sobie nic poznać. Ronwe westchnął i kontynuował – Długo zastanawiałem się czy ci powiedzieć o tym, co dla nich przygotowałem. Jednak postanowiłem wystawić na próbę twoją cierpliwość. Będziesz musiał poczekać do spotkania z przyjaciółmi, może oni ci powiedzą jakie są ich zadania… Aha, zapomniałem. Na prawej dłoni będziesz miał znamię czarnego pentagramu. A teraz przestań milczeć i powiedz czy będziesz dla nas pracował.
Hubert jakby dopiero teraz ocknął się z zamyślenia, spróbował spojrzeć na dłoń i powiedział:
- Muszę się zgodzić. Damian, Wojtek i Sebastian też się zgodzili prawda? Niech się dzieje co chce, świat nigdy już nie będzie taki sam. Wyciągaj mnie stąd.
Ronwe dopiero teraz się uśmiechnął i Hubert zobaczył jego małe białe zęby, każdy był zaostrzony,.
- O nich się nie martw. Zgadzasz się? Dobrze więc, przeniosę cię do twojego domu. Pamiętasz od kogo masz zacząć swoją misję.
Morderca skinął głową i zamknął oczy, wolał nie widzieć co się z nim teraz dzieje. Poczuł pieczenie na dłoni. Ogromne przeciążenie. Zapach ziemi - miła odmiana po smrodzie alkoholu wypełniającym trumnę. Nagłe odniósł wrażenie, że słońce ogrzewa jego ciało. Zgrzyt desek, szarpnięcie przy hamowaniu.
Hubert znajdował się na środku swojego pokoju, po jego wybawcy nie było ani śladu. Pokój był taki sam jak wczoraj. Kilka metrów kwadratowych, drewniane ściany i dach. Na podłodze - położona tam wiele lat temu - wykładzina, widać na niej oznaki starości.
- Dziwne… - powiedział siadając na łóżku, mocno kręciło mu się w głowie, jednak kac zniknął bez śladu. – Ciekawe gdzie teraz jest reszta… Pewnie przeżyli coś podobnego, przydałoby się ich znaleźć. – Nagle przypomniał sobie o pentagramie na ręce, szybko podwinął rękaw żeby móc się dobrze przyjrzeć znamieniu. – Mam nadzieje, że oni też będą mieli coś takiego… Źle się z tym czuję. Idę ich poszukać.
I wstał. Przeszedł kilka kroków i znowu zakręciło mu się w głowie, więc postanowił wrócić na łóżko.
- Aha – wydedukował – chyba Ronwe chce żebym tu jakiś czas został. Prześpię się, może mi przejdzie, albo dowiem się o co chodzi.
W rzeczywistości kręciło mu się w głowie z dużo bardziej ziemskiego powodu, niedotlenienia mózgu. Teraz, gdy nagle w powietrzu jest dość tlenu, płuca nie zdążyły dostarczyć odpowiedniej ilości do krwioobiegu…
Obudziło go światło, które wpadło przez okno. Nieśpiesznie wstał. Zawroty głowy odeszły. Hubert przeszedł przez pokój i otworzył szafę, którą kiedyś sam ją zmontował z kilku desek. Wyszła mu całkiem ładnie, stała, nawet się nie chwiała. Miała tylko jeden defekt, drzwiczki były nierówne i nie domykały się do końca, ale i tak mu się podobała. Całkiem niedawno dobudował skrytkę na broń. Dokładniej było to pudełko po butach ukryte pod stertą ubrań. Hubert popatrzył na siebie krytycznym wzrokiem.
- Przebiorę się. Żeby jakoś wyglądać przy znajomych. – Pomyślał i wydobył z szafy pogniecioną koszulę i stare jeansy.
Przebrał się, kucnął i wydobył ze skrytki pistolet, tak na wszelki wypadek. Wyszedł na podwórko, po drodze ubrał ciężkie, skórzane buty, prawie nieznoszone, zamyślił się na chwile. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że coś się zmieniło. Po polu łaziły ptaki w poszukiwaniu pożywienia, gdzieś w wiosce szczekały psy, a pod nogami kręciły mu się kury. Coś mu tu nie pasowało, jednak nie mógł zrozumieć, co.
Było wcześnie, więc miał nadzieje zastać swoich kompanów w domach.. Najbliżej mieszkał Sebastian, więc poszedł najpierw do niego. Sebastian miał dość duże podwórko. Na środku stal dwupiętrowy dom z czerwonej cegły z wysokim, szpiczastym dachem. Hubert wszedł na podwórko ostrożnie otwierając skrzypiącą furtkę. Zajrzał przez okno, lecz nikogo nie zobaczył w środku. Zapukał do drzwi, odpowiedziała mu cisza. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach usłyszał jak ktoś zbiega po schodach.
- Kogo tam niesie? – Wołał znajomy głos.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Stanął w nich uzbrojony w długi nóż Sebastian.
- Ach, to ty Hubert. Bałem się, że to znowu jacyś domokrążcy. Proszę wejdź. – Opuścił nóż i popatrzył na niebo. Sebastian ma kontakt z kosmitami, w razie kłopotów zawsze mu pomagają. Pewnie już przylecieli i musiał im dać znać, że wszystko w pożądku.
- Właściwie to chciałem przejść się na piwo. I trochę pogadać z przyjaciółmi. – Spojrzał na rozmówcę z nadzieją.
- Oczywiście, chodźmy. Powiadomić resztę, że czekamy w barze? – Nie czekając na odpowiedz, zamknął oczy i przez chwile coś szeptał. – Poprosiłem Ich – to mówiąc wymownie spojrzał w niebo – o łączność telepatyczną z Damianem, obiecał, że zaraz przyjdzie z Wojtkiem do baru. Idziemy?
Hubert skinął głową, właściwie to nawet się nie zdziwił. Sebastian robił już dziwniejsze rzeczy.
Ruszyli przez wioskę raźnym krokiem, morderca zastanawiał się jak zapytać ich o spotkanie z Ronwe. W końcu stwierdził, że po paru piwach tak poważna rzecz wyjdzie sama.
Po drodze rozglądał się uważnie i ciągle nie mógł zrozumieć, czego mu brakuje. Starsze dzieciaki jak zawsze siedziały pod swoją rozwalającą się szkołą i paliły jakieś świństwo, a młodsze chowały się za stodołami i robiły… Hubert właściwie nie wiedział, co robiły, ale chichotały przy tym głośno. Spojrzał na kontaktowca (lubił tak nazywać Sebastiana z racji jego kontaktów z Obcymi), milczał, wyglądał na zamyślonego.
Właśnie przechodzili pod komendą policji… Ten budynek zawsze wzbudzał wstręt wśród przyjaciół Huberta, stara poniemiecka budowla wyróżniającą się w okolicy, gdyż była utrzymana w całkiem niezłym stanie… Kiedy wybiegł stamtąd jakiś młody chłopak, na oko 20 lat. Przyjaciele spojrzeli po sobie i szybko wymienili myśli. Jak na rozkaz rzucili się do przodu by dogonić chłopaka i odciągnąć od niego mundurowych. Policjanci, kiedy zobaczyli biegnącego w swoją stronę Huberta, instynktownie wyczuli zbliżające się kłopoty, woleli więc odpuścić wyrostkowi i schować się w bezpiecznym miejscu. Sebastian dogonił młodzieńca, miał przeczucie, że nie jest to zwykły złodziejaszek Hubert szedł do nich zdyszany.
- Kim jesteś i dlaczego goniła cię policja? – Zapytał konaktowiec, przytrzymując chłopaka.
- Zostawcie mnie, ja nic nie zrobiłem – dalej szarpał się jak ryba złapana w sieć. Uspokoiła go dopiero zimna lufa pistoletu Huberta.
- Powiedz nam kim jesteś, nic ci nie zrobimy. My też nie lubimy się z policją. Ochłoń trochę i chodź z nami do baru. Tam opowiesz co zrobiłeś. Zgoda?
- Mówią na mnie Sergio. – Wyjąkał i przestał stawiać opór. Kiwnął głową, dając sygnał, że się zgadza.
Przyjaciele zabrali chłopaka do „Stokrotki”. Z początku młody rozglądał się lękliwie, jakby bał się, że policja znowu się nim zajmie. Jednak już po kilkudziesięciu metrach uspokoił się i jakby uwierzył w swoich obrońców.
Bar nie był daleko. Śmiesznie wyglądał między pięknie odmalowanym, dużym domem sołtysa, a zameczkiem jakiegoś cygana. „Stokrotka” jednak stała tu zanim jeszcze wioskę nazwano Jelcynie Duży i zanim przybył tu jakikolwiek sołtys, pamięta czasy beztroskiej anarchii… Zbudowali ją niemieccy żołnierze i chyba spełniała funkcję stołówki. Na czerwonej cegle spod dzisiejszych graffiti wybijały się niemieckie napisy. Szyby były zbyt często tłuczono, więc zrezygnowano z nich na rzecz krat w oknach. Drzwi kiedyś były drewniane, ale zostały szybko zniszczone, toteż zamieniono je na metalowe. Na tych szybko pojawiły się oznaki wandalizmu, a działo się tak głównie dlatego, że Hubert i reszta często uznawali to miejsce za swój schron, przed policją lub innymi chamami.
Sebastian otworzył drzwi i zaprosił gestem do środka Sergia, bo Huberta nie trzeba było zapraszać, już wszedł i szukał miejsc. Kiedy cała trójka zajęła miejsca, a młodzian oswoił się z tym miejscem zamówili na początek trzy „Piasty”.
- Damiana i Wojtka jeszcze nie ma, dziwne zazwyczaj to oni są szybciej. – w rzeczywistości Wojtek dopiero co zwlókł się z łóżka i przeklinał jak tego skurwysyna, który wali we drzwi…
- Pewnie dlatego, że jest bardzo wcześnie. Kiedy rozmawiałem z egzorcystą mówił, że dopiero co wstał.
- Co powiedziałeś? Egzorcystą? Kurcze, kim wy jesteście?
Hubert i Sebastian spojrzeli po sobie, rozumieli się bez słów. Tylko skinęli do siebie.
- Właściwie to nawet ci się nie przedstawiliśmy. Pewnie przyjdzie nam trochę poczekać na resztę. Mów mi Hubert, jestem płatnym mordercą. Zajmuje się tym od wielu lat – Sebastian spojrzał na niego z wyrazem rozbawienia w oczach, ale młodzieniec chyba tego nie zauważył. – Znam się na tej robocie, jak nikt w wiosce. Urodziłem się tutaj i wychowałem. Żona dawno mnie zostawiła. – zakończył bez cienia goryczy.
- Teraz pora na mnie… Mam na imię Sebastian i jestem kontaktowcem. Od dziecka mam kontakt z Nordykami. Dziś oni dbają o moje bezpieczeństwo i pomagają mi w różnych sprawach. Zarabiam na opowiadaniu o nich w tej wiosce, ludzie lubią takie opowieści. Kiedyś mieszkałem na drugim krańcu Polski, ale jakieś 15 lat temu musiałem stamtąd uciekać i trafiłem tutaj.
- Teraz wiem z kim rozmawiam. Jak już wiecie jestem Sergio. Chyba mogę wam zaufać, wy też raczej nie jesteście zbyt normalni. Nie pamiętam swoich rodziców, wychowałem się w domu dziecka. Chyba wam mogę o tym powiedzieć… Widzę w ciemnościach jak w dzień i jestem bardzo szybki. – Tu przerwał i rozejrzał się sprawdzając czy nikt nie podsłuchuje. – Nie mam pojęcia czemu tak jest, po prostu tak mam. A co tu robie? Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem. Tu w…
- W Jelcynie Dużym – dopowiedział Hubert
- Tak właśnie. – nerwowo podrapał się po dłoni. Dopiero teraz morderca zauważył znamię na jego ręce!
„Cholera, kim on jest?” pomyślał Hubert, ale nie dał po sobie poznać zdziwienia.. Spojrzał na Sebastiana, ale ten spokojnie trzymał obie dłonie na kuflu „Piasta”, był czysty. „Czyżby Ronwe nie zajął się jeszcze kontaktowcem? A za to podesłał mi jakiegoś gnojka?”
- Co to jest? – zapytał Sergia, wskazując na znamię. Sebastian wyglądał jakby zastanawiał się nad ucieczką.
- E… To jest… Jak by ci to wytłumaczyć. Dziś w nocy miałem wyjątkowo dziwny sen. Jakiś facet mówił, że ma dla mnie zadanie. Że muszę się zgodzić… Tym zadaniem jest znalezienie odnalezienie jakiegoś typa z takim samym znakiem na ręce i pomoc mu w misji.
- A jak się tu znalazłeś? Co miała do ciebie policja? – Hubert jakoś nie bardzo mógł sobie to wszystko ułożyć w głowie. Postanowił zyskać na czasie.
- Dobre pytanie. Obudziłem się w celi. Jakiś mundurowy przyniósł mi coś co można by nazwać śniadaniem. Potem ten sam osobnik zabrał mnie na przesłuchanie. Lampa świeciła mi prosto w twarz, z na przeciwka dobiegł mnie burkliwy głos. Jak się troszkę później dowiedziałem, był to komendant. Wypytywał mnie czy znam Huberta Inherda, to chyba ty prawda? – spojrzał na „killera”, tamten skinął głową. Sergio pociągnął duży łyk piwa i kontynuował – Nie chciał mi uwierzyć, że nie jestem stąd i nikogo takiego nie znam, więc wywinąłem ręką tam skąd dobiegał głos, chyba trafiłem w głowę. Szybko zerwałem się z miejsca i wybiegłem na zewnątrz.
Zapadło milczenie. Cała trójka już wypiła piwa. Hubert pomachał ręką z wystawionymi trzema palcami i po chwili w kuflach znowu znajdował się złocisty trunek.
Do baru weszli Damian z Wojtkiem i od razu się przysiedli. Widać po nich było ogromne zdziwienie. Spoglądali trochę wilkiem na Sergia.
- Hej wam. To jest Sergio, uratowaliśmy go dziś po drodze z rąk organu niesprawiedliwości.
- Hej – Odpowiedzieli chórem.
- Jestem Damian – Wyciągnął rękę do młodzieńca. Nie był oczywiście zwykłym człowiekiem. Damian od dziecka fascynował się magią i posiada o tej dziedzinie całkiem sporą wiedzę praktyczną. Zna się na telekinezie, potrafi uderzyć ognistą kulą i temu podobne. – Wszyscy wrogowie policji są moimi przyjaciółmi.
Cała piątka wybuchła śmiechem, a zawartość kufli zmniejszyła się znacznie.
- A ja to Wojtek. – Uczynił dziwny gest dłonią w stronę „nowego”. Wojtek był właściwie zupełnie normalnym człowiekiem. No może prawie normalnym, czasami lubił porozkopywać groby i przeprowadzać badania na trupach i szkieletach. – Po co chciałeś się z nami spotkać Hubert?
- Powiedzieć wam o pewnej dziwnej sprawie, która jak teraz widzę jest jeszcze dziwniejsza niż myślałem. – To mówiąc położył dłoń na stole, tak żeby było widać znamię. Sergio otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. – Dwa dni temu byłem się napić i kiedy skończyłem musiało mi się przytrafić jakieś nieszczęście, bo obudziłem się w trumnie. – Przyjaciele spojrzeli po sobie, wyglądali naprawdę komicznie, trzech facetów w kwiecie wieku starających się nie wybuchnąć śmiechem.. – To wcale nie jest zabawne. Prawie bym się udusił! - Skarcił ich morderca i zaczął opowiadać…
Kilka kufli później…
- No i to by było na tyle. Nic nie wiedziałem o tobie Sergio. – Zakończył Hubert. – Ale Ronwe wspominał, że wy też będziecie żyć dłużej, ciekawe co mógł mieć na myśli…
- Ja chyba wiem. – Zabrał głos Wojtek. – W końcu jest wysłannikiem Lucyfera. Albo znają naszą przyszłość, albo mają w związku z nami jakieś plany… - Przerwał, zdał sobie sprawę, że wcale nie powiedział nic odkrywczego.
- Wygląda na to, że muszę ci pomagać Hubert. No to jak, gdzie mieszka ten lekarz? – Uśmiechnął się na myśl o następnych godzinach, a może to wypite piwa tak na niego wpłynęły?
Hubert spojrzał na niego trochę przestraszony, miał kogoś zabić… Pierwszy raz od dawna, od bardzo dawna. No ale Makowiecki od dawna mu podpadał, nadszedł czas by z tym skończyć.
- Jeden, Makowiecki się zwie. Mieszka niedaleko w dużym, nowym domu. Monopolista każe sobie płacić za leczenie jakieś kosmiczne kwoty. – Konaktowiec spojrzał na niego z oburzeniem. – Przepraszam Sebastian. Kto idzie ze mną wykończyć tego drania?
Stara gwardia raczej woli rozwiązywać problemy nie ruszając się ze „Stokrotki”. Popatrzyli smutnym wzrokiem na niedokończone „Piasty”, ale wstali. Sergio już od jakiegoś czasu czekał przy drzwiach, kiedy zobaczył, że idą wszyscy zawołał zadowolony:
- No to „frugo”!
- No to „frugo”! – Zawołała stara gwardia i ruszyła raźnym krokiem zrobić porządek z pewnym łachmytą. Stali bywalcy wyczuli, że coś się święci, resztę dnia, aż do późnej nocy spędzili w barze…

***

Spotkali się pod domem Huberta gdy tylko zapadł zmrok. Morderca trochę się spóźnił, ale wyszedł z całym swoim arsenałem. Kałasznikow przewieszony przez ramie, zatknięty w portki rewolwer i granaty wciśnięte w kieszenie. Wyglądałby niebezpiecznie gdyby nie wymalował sobie na twarzy czarnych linii. Sergio wyszedł zaraz za nim, był wyjątkowo podniecony, być może Hubert poczęstował go swoim bimbrem. Sebastian ubrany był tak samo jak rano, ale był trochę podenerwowany i często patrzył w niebo. Damian wyglądał arcyzabawnie, ubrany w długą szatę, z kapturem naciągniętym na głowę. Kolor szaty był bliżej nieokreślony, na pewno ciemny. Wojtek uzbroił się w kilka niezbędnych narzędzi hieny cmentarnej, znaczy chirurga, z kieszeni wystawał mu skalpel i inne lekarskie narzędzia.
- Gotowi? - Hubert zadał jedno ze swoich głupich pytań.
Zebrani pokiwali z entuzjazmem głowami.
- Jak nigdy… - Powiedział za wszystkich Sergio z miną zawodowego mordercy, nawet Hubert takiej nie potrafił zrobić.
Kiedy szli w stronę domu Makowieckiego z ich drogi schodziło dosłownie wszystko. Nawet ławka odsunęła się kilka metrów kiedy przechodzili po ścieżce. Kiedy spotkali patrol policji. Smerfy rzuciły się na nich, mimo swojego wzrostu i mięśni ruszali się nad podziw zwinnie, jednak Sergio szybko się znalazł przy nich i wymierzał im błyskawicznie ciosy. Hubert celował z kałasznikowa. Damian posłał w gliniarzy wiązkę energii. Wojtek po prostu stał, ale i tak był groźny.
- Ha! Tak się wymierza sprawiedliwość. – Zawołał zadowolony Sergio.
- Tak, ale Makowieckiego zostawicie mi. On chyba ma rodzinę nie? No to nie będziecie się nudzić. – Zanim Hubert skończył, stali już przed rezydencją lekarza.
Wielki budynek, podobny do Białego Domu. Wojtek szybko poradził sobie z kłódką w bramie i przyjaciele weszli do środka. Zaatakowały ich cztery psy, chyba eksperymentowano na nich genetycznie, były chyba dwa razy większe od rotwailerów. Sebastian pokazał, że można polegać na jego znajomych i unieruchomił bestie jednym machnięciem ręki. Wojtek postanowił na wszelki wypadek podciąć im gardła skalpelem, jeden zwinny ruch i krew pociekła ze wszystkich psiaków. Dotarli do drzwi, zamknięte, a na dodatek zbyt solidne żeby wyważyć. Sergio pobiegł poszukać jakiegoś wejścia, po kilku sekundach otworzył przyjaciołom od środka.
- Przepraszam, że tak długo, ale w środku też maja psy…
- Dobra, dobra. Teraz cicho. Rozdzielmy się. – Hubert wydał rozkaz.
I sam skierował się na górę po ciemnej klatce schodowej. Jakaś wykładzina całkowicie tłumiła jego kroki. Na piętrze powitał go duży pokój, z sofą i telewizorem na środku. Na ścianach obrazy, pewnie gdzieś tutaj ma sejf. Po drugiej stronie pokoju zauważył drzwi, ruszył ostrożnie w ich stronę… Dobiegł go dźwięk trzeszczącego łóżka. „Masz ci los, wstał?” pomyślał i wyjął rewolwer. Przy drzwiach spojrzał jeszcze raz na pokój, czysto. Otworzył ostrożnie i wszedł do drugiego pokoju. Obok stała szafa, prawdopodobnie na ubrania. Przez okno wpadało blade światło księżyca. Hubert zobaczył łóżko, a na nim dwie postacie. Jedna miała długie włosy i wszystko wskazywało na to, że jest kobietą. U drugiej zobaczył błysk łysiny.
- To musi być on. Cholera, zapomniałem, że ma żonę. Zabić ją czy co… - Wyszeptał skradając się do łóżka. Klęknął obok kobiety, ostrożnie wyciągnął z kieszeni scyzoryk, ostry jak brzytwa. Już chciał ją zabić, kiedy obudziło się w nim sumienie. – Zostaw. Przyszedłeś zabić tylko lekarza. – Hubert często prowadził monologi… - Racja. – Odpowiedział sam sobie i uderzył tylko Makowiecką tak żeby się nie obudziła. Podszedł już wcale nie cicho do ofiary. – Wstawaj dziadu!
Nie pomogło, spał jak zabity. Hubert nie miał doświadczenia i trochę się zdziwił, więc uderzył go w twarz, podziałało.
- Eee… Khe… Khe… - Wymamrotał Robert Makowiecki. Morderca zlitował się nad nim i pozwolił mu dojść do siebie… - Aaa! Duch! Inherd, przecież stwierdziłem zgon! Przecież ty leżysz w grobie!
Na co Hubert, albo jego duch, uśmiechnął się najładniej jak umiał ukazując braki w uzębieniu.
- Są na tym świecie rzeczy o których nie śniło się lekarzom. – Zagadnął filozoficznie i wycelował mu w czoło z rewolweru.
- Precz maro! Boże ratuj!... – Hubert wystrzelił, nie spodziewał się tak mocnego odrzutu, w filmach to wyglądało inaczej... Szybko schował pistolet i wymasował dłoń. W uszach mu trochę piszczało, ale był zadowolony.
- Chłopaki, zwijamy się! – Zawołał na cały głos i wybiegł z domu.
Przyjaciele już na niego czekali, wyglądali na troszeczkę zawiedzonych, ale nie tylko troszeczkę.
- I jak było? Zabiłeś go czy strzeliłeś ostrzegawczo? – Powiedział z ironią Wojtek.
- Zabiłem. A wy zabraliście coś?
Wojtek wyjął z kieszeni zegarek, jakieś banknoty i sporo świecidełek, był z siebie dumny.
- Hubert… - Sergio zaczął odrobinę nieśmiało, ale rozkręcał się – pamiętasz o twoim zadaniu? A raczej o naszym? Myślę, że teraz czas na proboszcza.
Wszyscy spojrzeli na mordercę.
- Oczywiście, pamiętam. Jutro zastanowię się jak zmusić kaznodzieje do grzechu…
Poszli do „Stokrotki”. Hubert całą drogę rozmyślał, zdawało mu się, że widzi jakieś poruszające się cienie, a w głowie ciągle odbijał mu się echem krzyk Makowieckiego. Miał wyrzuty sumienia.
W barze trochę wypili. Sergio był lekko wstawiony, po starej gwardii nie było wydać oznak kilku godzin pijaństwa.
- … Panowie, za Huberta, świetnie sobie poradził z tą gnidą! … - kufle zderzyły się w górze, a ich zawartość powędrowała do gardeł. Jednak sprawcę całego zamieszania nie bardzo obchodziło to co się wokół niego działo. Siedział skulony na krześle i modlił się aby nikt nic od niego nie chciał. Miał wrażenie jakby wszyscy wyglądali jak Robert, poza Sergiem… On wyglądał jak Ronwe!
Hubert wstał i trochę zakręciło mu się w głowie.
- Przepraszam chłopaki, ale na mnie już pora. – Pomachał im ręką i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi, na zewnątrz już dogonił go Sergio.
- Mogę iść z tobą? Nie bardzo mam gdzie nocować. – Zapytał z nadzieją w głosie.
Inherd skinął tylko głową i przyspieszył kroku na tyle, na ile to było możliwe. Spojrzał na młodego przyjaciela, który wyglądał dokładnie jak Ronwe, a jego wyraz twarzy był wyjątkowo przerażający… Hubert nie wytrzymał i ruszył biegiem do domu. Po drodze miał wrażenie, że goni go cała armia demonów, zaczynał żałować swojej pochopnej decyzji. Wreszcie dobiegł na swoje podwórko, jednym kopem otworzył furtkę, kilkoma susami przesadził podwórko i wpadł do domu razem z drzwiami. Dopiero w środku trochę się uspokoił. Naprawił drzwi, zdjął buty i poszedł do kuchni. Chwilę kręcił się od szafki do stołu, od stołu do drzwi… W końcu skoczył do lodówki i wyjął dobrze schłodzone pół litra własnego wyrobu, pociągnął duży łyk.
Przed oczami ciągle miał Makowieckiego i jego wstrętną gębę wykrzywioną grymasem strachu. W uszach wibrował mu jego krzyk.
- Dość tego, przecież jestem mordercą. Nie lękam się niczego. – Pociągnął jeszcze łyk i odłożył butelkę.
- Hubert co się dzieje? – Morderca usłyszał za sobą znajomy głos. Kto był jego właścicielem? – Hubert, to ja Sergio. – Sergio? Dziwne, skądś znam tę imię. Ten dzieciak od początku wydawał mi się dziwnie znajomy. Moja żona… Czy ona nie uciekła kiedy była w ciąży? Czy Sergio nie jest moim synem?
Odwrócił się nagle. Chłopak średniego wzrostu, dobrze umięśniony. Niebieskie oczy spoglądały na niego bystro, Agata miała dokładnie takie same oczy. Rysy twarzy zdradzające wiejskie pochodzenie, Hubert był troszeczkę podobny…
- Kim była twoja matka? – Wypalił zupełnie niespodziewanie Hubert.
- Co? – Sergio był kompletnie zdziwiony tym pytaniem – Nie wiem. W bidulu powiedzieli mi, że miała na imię Agata, a nazwisko… Pochłońska.
- Chodźmy spać. Jestem zmęczony, a jutro czeka nas trudne zadanie. – Pochłońska… Właśnie takie nazwisko panieńskie miała Agata. Czyżby to był mój syn? Powiem mu gdy przyjdzie na to czas.
Wziął szybką kąpiel i wskoczył do łóżka. Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał jak skłonić do grzechu proboszcza. Wiele pomysłów przechodziło mu przez głowę. Od zupełnie niemożliwych, do całkiem prawdopodobnych i wykonalnych.
- Ronwe, pomóż mi jakoś. - Wyszeptał i zamknął oczy.
Tam, ku swojemu zdziwieniu, zobaczył Ronwe siedzącego za biurkiem był wystrojony w elegancji garnitur. Nigdy nie widział go całego więc zdziwił się, kiedy jaki jest wysoki. Wyglądał na bardzo zapracowanego, jednak przerwał i spojrzał prosto na Huberta.
- O co chodzi?
- Nie wiem jak zmusić do grzechu proboszcza. I nie wiem jak wielki musi być to grzech.
- Myślisz, że wybrałbym ciebie gdybym nie wiedział, że sobie poradzisz? Wysłałem do ciebie, Hubercie, twego syna, pomoże ci. – Wstał obszedł biurko i przysiadł na nim. – Zmuś kaznodzieje by wrzucił krzyż do ognia. – Uśmiechnął się demonicznie. – Powodzenia.. – Cały obraz znikł.
Hubert zerwał się z łóżka, zrzucając przy tym na ziemię Sergia. Poszedł do okna i odkrył, że już świta.
- No młody przyjacielu, wstawaj, ubieraj się.
- Nie musiałeś się tak zrywać. – Warknął Sergio rozmasowując sobie biodro obite o twardą podłogę, co z tego, że była tam wykładzina. Podłogę tę morderca kładł własnoręcznie, za czasów kiedy starał się o rękę Agaty…
Hubert zignorował jego narzekania, miał własne sprawy na głowie. Wyjął ze swojej skrytki niezbędną broń. Ubrał granatowy sweter i czarne jeansy. W przedpokoju ubrał na nogi trampki i wyszedł na podwórko. Dzień rozpoczął się wesoło, od długiego ślizgu na krowim placku…
- O rzesz… To się nazywa niezły początek dnia. – Zaczął kręcić się w kółko po podwórku ciągnąć po ziemi prawą nogę. Ciekawe kto tutaj krowę wpuścił, swojej nie posiadał. Tą wesołą czynność, pozbywania się odchodów z buta, przerwał mu Sergio.
- Co ty wyprawiasz? – Powiedział, wchodząc w łajno. – O cholera, coś ty tu narobił? – Spojrzał na Huberta z wyrzutem, potem jednak szybko zdał sobie sprawę, że to nie mógł być on - Masz krowy?
- Skąd… Też wlazłem w to gówno. Przerwałeś mi wspaniałą zabawę, pozwól, że dokończę – Dokładnie wyczyścił but, Sergio zrobił to samo. – Możemy iść. – Sprawdził czy nóż dobrze wychodzi z kieszeni i czy pistolet da się dość szybko wyjąć zza pasa. Kiedy stwierdził, że wszystko jest idealnie, ponownie schował broń .
Wyszli na drogę. Kościół mieści się niedaleko policji. Więc tam skierowali swoje kroki, nie rozmawiali. Hubert co chwila sprawdzał czy broń na pewno dobrze leży. Sergio wyglądał jakby się przygotowywał do walki bokserskiej. W powietrzu czuć było napięcie. Ojciec popatrzył na zegarek i prychnął z oburzeniem, czas zachowywał się zupełnie bezczelnie nie zatrzymując się nawet w takiej chwili.
Wreszcie dotarli przed stary budynek kościoła. Zbudowany był z czerwonej cegły, witraże w oknach wyglądały jakby ten kto je zrobił był niespełna rozumu. Duże drzwi były otwarte, weszli do środka. Od razu poczuli chłód jaki panował w tym miejscu. Wnętrze było dużo mniejsze niż mogło by się wydawać z zewnątrz. Sufit był wysoki i zupełnie niezbadany, biała farba odpadała wielkimi kawałkami, a gdzie niegdzie pojawił się grzyb. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające kolejne stacje drogi krzyżowej. Ruszyli ścieżką między dwoma kolumnami ław. Nagle usłyszeli kroki dobiegające zza ołtarza, nikogo tam nie widzieli. Spojrzeli po sobie i rzucili się między ławki. Hubert znalazł się w kolumnie po lewej od wyjścia. Wychylił się lekko chcąc zobaczyć kto jest jeszcze w kościele. Nie ujrzał nikogo, za to słyszał wyraźnie czyjeś kroki. Przeczołgał się pod ławkami, co wymagało sporej zwinności, ponieważ każda miała zamontowany specjalną półeczkę na nogi. W końcu dotarł do pierwszego rzędu, zauważył, że Sergio po prawej stronie leży już tam od dłuższego czasu.
Spojrzał na ołtarz. Tam nad pozłacanym stołem stał mężczyzna w długiej czarnej szacie, Hubert dałby głowę, że w sutannie. Przy sercu nosił duży pozłacany krzyż, a może złoty? Najwyraźniej jeszcze ich nie zauważył. Skinął na Sergia, żeby się nie ruszał. Sam wydostał się niezręcznie spod ławy, ksiądz spojrzał na niego i wrócił do swoich zajęć. Morderca przysiadł na ławie ze zdziwieniem, chwilę wpatrywał się w dobrodzieja.
- Zdejmij krzyż i wyrzeknij się swojej wiary kaznodziejo. – Powiedział najgroźniej jak potrafił, kiedy już wstał i podszedł bliżej.
Tamten tylko spojrzał na niego i skinął, żeby szedł za nim. Otworzył drzwi kilka metrów za ołtarzem i zaprosił gestem Huberta do środka. Morderca dał znać Sergiowi, żeby był w pogotowiu. Tymczasem ksiądz poprowadził go do małego pokoju w którym był tylko stół, dwa krzesła i kominek no i oczywiście krzyż na stole. Ściany pomalowano na biało całkiem niedawno, bo nie zdążyły nawet zżółknąć. Obrazki świętych na ścianach wydawały się niezbędne.
- Siadaj synu. I powiedz kim jesteś i po co przychodzisz. Chcesz spowiedzi? – Ksiądz usiadł i wpatrywał się w krzyż.
- Nie przyszedłem tu po spowiedź ani po jałmużnę. Natomiast mam propozycję. Wyrzeknij się swojej wiary, wrzuć swój krzyż w ogień, a spotka cię bezbolesna śmierć – Hubert starał się panować nad sobą, ale chyba nie wypadł zbyt wiarygodnie, więc na potwierdzenie swoich słów wyjął nóż.
Kaznodzieja wyglądał jakby właśnie zobaczył Jezusa wraz ze wszystkimi świętymi.
- PAX, PAX! – wyszeptał i zaczął powoli zdejmować krzyż.
- Płać, płać? Płacz, płacz? – Hubert nie znał łaciny, nawet w mizernym stopniu. – Jeszcze ośmielasz mi się grozić?
Krzyż wylądował już w ogniu, ten ze stołu również. Morderca zdziwił się, że tak łatwo poszło, więc postanowił nie karać go za pyskowanie. Poszedł do księdza i wykonał swoje okrutne zadanie, najdelikatniej jak potrafił. Tamten nawet nie krzyknął, osunął się tylko z krzesła, po drodze plamiąc krwią obrus.
Nagle do pokoju wpadł Sergio, trupa nawet nie uraczył spojrzeniem.
- Hubert, kłopoty. Właśnie powinna zaczynać się msza, ludzie już się zbierają! – Wyrzucił z siebie, wydać było, że adrenalina w nim buzuje. – Sprawdziłem nie ma innego wyjścia…
- Dużo ich jest? Mam tylko osiem naboi. Obawiam się, że będziemy musieli walczyć. Nasza gwardia nie zdąży nam pomóc.
- Ale przecież to jest kościół! A na dodatek naprzeciwko jest komenda policji.
Czas uciekał. Ludzie powoli zaczynali się zastanawiać dlaczego ksiądz spóźnia się z mszą…
- Udowodnisz jak jesteś szybki. Poczekam, aż ktoś tutaj przyjdzie. Ty wyjdziesz do „sali baletowej” i zamkniesz drzwi, tylko porządnie. Kiedy wyjdę zacznie się taniec, obawiam się, że może być ktoś z policji i inni czekający tylko by mnie dorwać. No, ale do dzieła.
Hubert już zupełnie pozbył się sumienia. Widział, że ta akcja może się nie udać jeśli tylko przybiegnie policja, ale chciał zaryzykować.
Sergio wybiegł na zewnątrz. Hubert usiadł i wpatrywał się jak krzyż leżący w ogniu…
- Proszę księdza – usłyszał głos jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie ten człowiek przeżył już dawno swoje złote lata, a nawet srebrne miał już za sobą...
- Wejdź synu. – Podszedł do drzwi i odpowiedział starając się naśladować księdza, nie wyszło mu za bardzo, ale za to miał w ręku dobry argument.
Tak to był mężczyzna, na oko 70 lat… Na głowie miał same siwe włosy, morderca rozpoznał go. Kilkadziesiąt lat temu ten człowiek uczył go matematyki, jednak nie zawachał się, szybkim ruchem otworzył mu gardło.
Spokojnie wyszedł na korytarz i skierował się do ołtarza, miał nadzieje, że przyszli wszyscy zaproszeni. Kiedy wyszedł z plebanii, po kościele przeszedł szmer, byli wszyscy, a nawet więcej.
- Panie i panowie z przykrością muszę stwierdzić, że ksiądz odszedł do piekieł. – powiedział stojąc przy ołtarzu. Przy okazji wyłożył pistolet i nóż na ołtarz. – Pan Borecki również odszedł, ale nie wiem gdzie… - Kiedy mówił te słowa w jego stronę ruszyło kilku mężczyzn, a nawet dwie starsze kobiety z różańcami, nie rozpoznał nikogo, nie widział twarzy. Adrenalina pulsowała mu w żyłach, podniósł spokojnie pistolet wycelował i strzelił do pierwszego z mężczyzn. Zostało mu siedem naboi. – Sergio zaproś te urocze panie do tańca. – Pouczył syna, a kolejny mężczyzna leżał na ziemi. Sześć. W kościele było jeszcze około dwudziestu osób, w tym trzynaście kobiet.
Sergio faktycznie był szybki, obtańcował już kobiety z różańcami i kierował się spokojnie do pań siedzących w ławkach. Mężczyzn zostawił Hubertowi.
- Można panią prosić? – Zapytał młodą kobietę siedzącą w ostatnim rzędzie. Nie usłyszał odpowiedzi bo padły dwa strzały i dwóch następnych mężczyzn splamiło swoją krwią posadzkę. Cztery. Młoda kobieta wstała Sergio złapał ją za ręce i zakręcił się jak szalony derwisz. Od tego momentu następne wierne padały na ziemię bardzo szybko.
Hubert pozbył się już wszystkich naboi. Po schodach do ołtarza zbliżał się jakiś dwu metrowy siłacz, morderca schował pistolet i sięgnął po nóż.
- Zatańczy pan? – Zapytał grzecznie Hubert i wskoczył na stół, strącając przy okazji kilka świec. Jego przeciwnik wyglądał jakby chciał złapać go za nogi, morderca jednak był szybszy i wymierzył mu potężnego kopniaka w skroń. Siłacz widać nie miał ochoty na tańce bo padł bez życia.
Hubert zeskoczył z gracją i wytarł nóż o ubranie przeciwnika. Sergio podszedł do niego i razem spojrzeli na salę.
- Ale się natańczyłem. – Uśmiechnął się młodzieniec z satysfakcją.
- Ja też. Chodźmy stąd zanim ktoś tu przyjdzie.
Szli ramię w ramię między ławami starając się nikogo nie podeptać. Wyglądali naprawdę przerażająco. Przy drzwiach ostatni raz się obejrzeli.
- Chyba będziemy musieli stąd wyjechać – zauważył Sergio.
- Racja. Ale chyba musimy zabrać ze sobą gwardię. Dokąd pojedziemy?
- Dokąd Ronwe poprowadzi – Uśmiechnął się młodzieniec.
Hubert wiedział, że musi mu kiedyś powiedzieć kim jest, ale jeszcze nie teraz. Wyszli na ulicę zamykając za sobą drzwi… I ruszyli raźnym krokiem czekając z uśmiechem na to co im przyniesie przyszłość.

Bajka

Siedział wygodnie w autobusie i patrzył przez okno. Pomimo licznych chrząknięć i warknięć ze strony starszych nie miał zamiaru wstawać. Wpatrzony za szybę i rozmyślał. Weekend dopiero się zaczynał, a on już był zmęczony. To wszystko przez ten faszystowski wynalazek, szkołę, nie miał na nic czasu.
- Przydało by się zrobić coś ciekawszego od ciągłej nauki, spania i nawet od wypadów z przyjaciółmi. – rozmyślał.
Jakiś wypadek, tłum ludzi, a nikt jakoś nie zamierza pomóc poszkodowanym. Co za czasy... Michał wstał, ten gest wywołał u kilku starszych kobiet nieoczekiwaną reakcje, do tej pory trzymały się mocno uchwytów i stały (chociaż Michał mógłby przysiąc, że zaraz któraś się wywróci), a teraz wystartowały biegnąc niemal do miejsca. Wyścig ten wygrała jakaś babcia o wyjątkowo pomarszczonej twarzy.
- Szybka jest… - przemknęło przez głowę Michałowi gdy pociągał za hamulec bezpieczeństwa. Poczekał aż autobus się zatrzyma i wyskoczył na ulicę. Pobiegł do miejsca wypadku. Po drodze sam prawie stałby się ofiarą wypadku jednak nie przejął się tym za bardzo, w końcu miał do wykonania misje!
- W szkole mówili mi kiedyś jak się zachować w takich sytuacjach. Może właśnie dzięki mnie ci ludzie przeżyją? – pomyślał przeciskając się przez tłum i podchodząc bliższego samochodu krzyknął:
- Zadzwonił ktoś po karetkę? Ludzie… przecież trzeba sprawdzić czy w ogóle żyją! – Uwielbiał patrzeć na miny ludzi kiedy widzą go w akcji. Michał był dość wysoki jak na swój wiek, z tłumu wyróżniały go długie włosy, zawsze związane pierwszą lepszą gumką. Raczej nie wzbudzał zaufania.
- Tak, zadzwoniłam już… - odezwała się jakaś kobieta. Michał nie uraczył jej nawet spojrzeniem.
Zbliżył się do opla którym siedział mężczyzna, szarpnął za drzwiczki. Zamknięte. Kierowca miał otwarte oczy, wyglądał na przytomnego. Jednak na wszelki wypadek lepiej było sprawdzić czy oddycha i tak dalej. Michał podszedł do drzwiczek pasażera i wybił okno jednym celnym kopem, nawet się nie pokruszyło. Bohater z przypadku wgramolił się przez okno. Sprawdził tętno, jest. Wziął kawałek szyby i przystawił do ust kierowcy, osiadła para, oddychał. I na tym kończyła się jego wiedza na temat pierwszej pomocy. Postanowił improwizować.
- Proszę pana, słyszy mnie pan? Jak się pan czuję? – słyszał to w jakimś filmie.
Ten jednak zacharczał coś, a w ustach pojawiła mu się krew.
- Krwotok wewnętrzny? – wydedukował Michał. Wcześniej sprawdził czy nie ma żadnych obrażeń zewnętrznych. – No i po co panu to? Eh… - i wtedy go olśniło, w takich przypadkach trzeba oczyścić jamę ustną! Wyciągnął z kieszeni chusteczki i otworzył usta pacjenta. Okazało się, że to wcale nie krwotok wewnętrzny, po prostu przygryzł sobie język podczas zderzenia z poduszką podwietrzną. Zrobił co trzeba i zakończył badanie. – Będziesz żyć. – Obwieścił z zadowoleniem.
Wygramolił się z samochodu, dopiero teraz przyjechała karetka. Kiedy chciał się oddalić i nie wzbudzać wokół siebie hałasu, zatrzymał go jakiś policjant.
- Dzień dobry, co pan tam robił? Ma pan uprawnienia do udzielania pierwszej pomocy? Kim jest dla pana poszkodowany?
- Dzień dobry… Ja chciałem pomóc w szkole uczyli mnie jak należy się zachować w takich sytuacjach. – Michał próbował się jakoś wykręcić. Zauważył, że policjant jest sam, widać przypadkiem tutaj trafił, patrol czy co. Szybko ocenił swoje szanse na ucieczkę…
- Dobrze. Proszę mi podać jakąś legitymację albo inny dowód tożsamości.
Kiedy policjant wyciągnął rękę, Michał rzucił się do biegu. Wiedział, że szanse na pościg są praktycznie zerowe. Tłum był zupełnie oszołomiony, nikt nie był przygotowany na taki zwrot akcji i szybko robili miejsce Michałowi. Biegł w stronę rynku, na Ruskiej troszeczkę zwolnił i obejrzał się czy nikt go nie goni. Nie przejął się za bardzo tym zajściem, przeżył już parę takich sytuacji…


Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo
Popatrz, człowieku, oni mówią społeczeństwo…

Zanucił sobie wcale nie cicho i ruszył raźnym krokiem. Ludzie trochę się na niego patrzyli wilkiem. Ruska to długa ulica. Tramwaje, samochody, autobusy i ludzie idący po chodniku. Nie przepadał za tą okolicą, przed chwilą minął szyld informujący że „sex shop” jest kilkanaście metrów w prawo. Sklep z francuskimi ciastkami dawał się poczuć już z daleka, Michał tolerował ten zapach z trudem. Zejście w pod ziemie, we Wrocławiu pełno takich miejsc, w tym kryła się pizzeria „pod strusiem II” mają tam najostrzejszą pizze w mieście…
Był umówiony w rynku z przyjaciółmi przy fontannie. Jak zwykle był pierwszy, usiadł więc sobie na ławeczce w pewnym oddaleniu od miejsca spotkania. Zawsze tak robił, na dodatek było chłodno, a fontanna chlapała na wszystkie strony, ale była ładna. Miasto zapłaciło za nią coś około miliona złotych, ciekawe, że stoi akurat pod oknami gabinetu prezydenta. Empik, knajpy, puby i restauracje przyciągają tutaj mnóstwo ludzi, wszyscy biegną gdzieś niewiadomo po co. Przed Michałem przeszła rozgadana wycieczka Niemców.
- Szwaby cholerne… Już wolę Japońców, tamci mają chociaż fajne aparaty. - Pomyślał. Zauważył, że ktoś siedzi obok...
- Dziwne, przecież jest dużo miejsca, nie musiała siadać akurat tutaj. – Pomyślał. Dziewczyna była całkiem ładna, kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Ciemne oczy spoglądały na niego spod okularów. Odwrócił wzrok troszeczkę zmieszany. – A może by tak sobie stąd pójść? Jakoś nie mam ochoty na zawieranie znajomości. – spojrzał na nią jeszcze raz. Dalej mu się przyglądała. Postanowił udawać, że jej nie widzi. Podobała mu się, była zupełnie inna od tych wszystkich szarych ludzi biegnących niewiadomo gdzie i niewiadomo po co.
Kamil przyszedł pod fontannę, obszedł ją dookoła i stwierdził, że jest pierwszy. Po jakimś czasie zauważył Michała i ruszył ku niemu wesołym krokiem. Nieznajoma zauważyła to i szybko odeszła na ławkę obok.
- Hej! Gdzie reszta? Długo już tak siedzisz? – Zawołał zanim jeszcze podszedł.
- No hej! Nie wiem. Nie, dopiero co usiadłem. Widziałeś ten wypadek na Pierwszego Maja? Ciekawe czy coś poważnego… - Michał chciał jakoś nawiązać rozmowę, chociaż ciągle myślał o tej dziewczynie.
- Mhm... Nawet chwile się przyglądałem, ludzie mówili, że jakiś oszołom bawił się w ratownika. A potem uciekł policji… - Kamil czasami potrafił bardzo długo nawijać zupełnie od rzeczy, tak było i tym razem.
Marcin i Piotrek przyszli punktualnie. Cała czwórka ruszyła na Wzgórze Partyzantów, miejsce to cieszyło się złą sława i nie dlatego, że oni tam przychodzili. Podobno nawet za dnia zdarzają się kradzieże i temu podobne sprawy. Jednak im to miejsce strasznie się podoba, nienajgorszy widok na okolice, jest gdzie usiąść i mimo iż to centrum miasta jest całkiem cicho. Obserwatorium dopełnia całokształt. Michał popatrzył po raz ostatni na dziewczynę, odprowadzała ich wzrokiem.
- Kto to jest? – Zapytał Marcin, zawsze był spostrzegawczy.
- Kto? Ona? Nie wiem… Usiadła obok kiedy na was czekałem. – Odparł Michał i znowu poczuł się troszkę zmieszany.
Zdarzenie to zostało przesadnie skomentowane. Michał jednak miał przeczucie, że jeszcze kiedyś ją spotka i że ten dzień wcale nie będzie aż tak nudny na jaki się zapowiadał. Nie mógł wiedzieć, że już za parę godzin jego życie stanie na głowie…

***

Michał około 23 opuścił przyjaciół. Był zmęczony nie miał ochoty zbyt późno wracać, ani zbyt dużo pić. Okolica była dość niebezpieczna jednak szedł raźnym krokiem i nucił sobie wesoło.

Idę z głową w chmurach,
Nie wiem skąd i gdzie.
Nikt mnie nie zatrzyma,
Nie oglądam się.

Był w parczku pod Wzgórzem kiedy nagle w ciemności dostrzegł jakiś ruch. A w chwile potem zobaczył jak trzy osoby idą w jego stronę. Błysk łysiny zadziałał na Michała trzeźwiąco. Stali mu na drodze a on nie miał zamiaru się cofać. Bo tylko do mu zostało. Po prawej stronie miał Odrę, a po lewej plac manewrowy szkoły jazdy, a tam lepiej się nie pojawiać nawet w nocy, z wiadomych przyczyn.
- I gdzie ich tu przywiało? Co to ma być? – Pomyślał. I ruszył biegiem w ich stronę. Dresy oszołomieni takim zachowaniem zeszli mu z drogi i nawet nie myśleli o zabieraniu mu portfela, komórki lub innych drobiazgów.
Michał znał się troszeczkę na psychice ludzkiej i często to wykorzystywał. Uśmiechnięty ruszył dalej. W Bramie Oławskiej spotkał jakąś grupkę, która okazała się być niegroźna. Właściwie to było przejście podziemne pod ruchliwą ulicą na koło Galerii Dominikańskiej. Przy zejściu jest miniaturka jakieś bramy, chyba tak to kiedyś wyglądało. Wewnątrz przejścia stoi jakaś armata, pewnie dla turystów. Znowu poczuł się troszeczkę pewniej, mimo to przyspieszył, chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Minął pub i wbiegł po schodach i znalazł się na przystanku ze zdziwieniem stwierdził, że jest tu całkiem sporo ludzi. Czekając na tramwaj zaśpiewał ładnie wszystkim.

i tak sobie myślę że
wszystko czego pragnę czego chce
spala się
zanim wyciągnę po to ręce
spala się

Nagle zauważył, że jest zupełnie sam. Czyżby brzydko śpiewał? Niemożliwe. Przyjechał tramwaj, pusty. Wskoczył do drugiego wagonu i zajął miejsce przy oknie. Rozejrzał się, był zupełnie sam. Ciekawe.
- Kim mogła być tak dziewczyna? Fajnie by było jeszcze kiedyś ja spotkać. Była piękna, ale w sposób zupełnie nie typowy. Za innymi ogląda się na ulicy. Ona pewnie przyśni mi się w nocy, a wspomnienie o niej przyprawia mnie o dziwny dreszcz. Dziwne…
Tramwaj nagle się zatrzymał zupełnie bez powodu. Michał wstał wystraszony. Nie byli na przystanku. Drzwi się otworzyły, a do środka weszła właśnie ta dziewczyna. Pojazd ruszył dalej jakby nigdy nic, Michał też wrócił na miejsce, próbował zachować spokój, obserwował nieznajomą zupełnie bez skrępowania, tym razem ona zdawała się go nie zauważać. Usiadła przed nim i zaczęła coś szeptać. Mimo, że była ledwo słyszalna Michał już zdążył zakochać się w brzmieniu jej głosu. Nagle wagon odczepił się i zaczął zwalniać, a potem jechać w tył coraz to szybciej.

PAX, PAX! Opamiętanie! Wojna ludzi nie rodzi, jeno – gubi.

Zaśpiewał chłopak z obłędem w oczach. Dziewczyna dalej szeptała, Michał zdał sobie sprawę, że traci świadomość.
- Co się dzieje? – Wyszeptał.
- Nie bój się Michał – Usłyszał głos nieznajomej i poczuł, że gdyby musiał oddał by swoje życie w jej ręce, a potem zemdlał…

Ticket, please…

Siedziałem w pociągu i rozmyślałem czy na pewno dobrze robię aż tak ufając moim kosmicznym znajomym. Pomogli mi nie raz i to dzięki nim jestem, kim jestem. Ale czy podróż do Egiptu nie jest przesadą? Niemożliwe, Nordycy posiadają zbyt rozległą wiedzę by wprowadzić mnie w błąd. Drzwi do przedziału rozsunęły się i po chwili przecisnął się przez nie gruby, łysy facet w konduktorskim ubraniu.
- Ticket, please… - spojrzałem na niego nieobecnym wzrokiem. Wyciągnąłem z kieszeni spodni wymięty kawałek papieru i podałem służbiście.
- Thank you. - był chyba troszkę oburzony stanem biletu, ale widać nie znał dość dobrze angielskiego by podyskutować.
Kiedy już wyszedł otworzyłem szerzej okno. Zaczynałem powoli odczuwać oznaki gorąca, dobrze, że przygotowałem się wcześniej i wziąłem krótkie spodenki wraz zapasem koszulek. Wróciłem do moich rozmyślań. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu. Pierwsze spotkania z Nordykami napawały mnie nieopisanym lękiem. Teraz, po tylu latach nawet się z nimi zaprzyjaźniłem. Pomagają mi w codziennych sprawach w zamian za rozpowszechnianie informacji o ich rasie.
Ostania wizyta była wyjątkowa. Po raz pierwszy Ohea przyszła do mojego domu, zazwyczaj to ja byłem wciągany na ich statek. Ohea to Nordycka dziewczyna towarzysząca mi przy każdym „wzięciu”. Jest wysoka ma długie blond włosy i niesamowite niebieskie oczy...

***

- Wiktor, obudź się. Musisz coś dla nas zrobić - usłyszałem w swoim umyśle znajomy głos.
Nie musiał długo czekać na moją reakcję, zdążyłem już przyzwyczaić się do „nocnych odwiedzin” i szybko otworzyłem oczy. Zdziwił mnie fakt, że znajduje się u siebie w sypialni. Rozejrzałem się powoli, światło zza okien oświetlało moją sypialnie tak dobrze, że wydawało mi się, że już świta. Mrużąc oczy dostrzegłem zarysy postaci siedzącej na krześle przy biurku. To Ohea uśmiechnąłem się szczerze w jej stronę.
- O co chodzi? Domyślam się, że coś poważnego skoro nie traciliście czasu by mnie wziąć na statek -usiadłem na łóżku, żeby móc patrzeć przyjaciółce w te hipnotyzujące oczy.
- Musisz pojechać do Egiptu, nie przerywaj mi, proszę - mruknęła telepatycznie, przechodząc przez pokój i siadając obok na łóżku - Jak wiesz często kontaktujemy się z innymi rasami, które pomagają Ziemianom. Podczas ostatnich rozmów z Plejadanami dowiedzieliśmy się, że starożytni zbudowali małą, nie odkrytą dotąd, piramidę, w której jest ważne przesłanie dla ludzkości. Ze wszystkich istot tylko ty jesteś duchowo gotowy by pojechać do Egiptu i odszukać je.
- Czuje się zaszczycony, bez urazy, ale po co tyle zachodu? Nie możecie teraz powiedzieć o co chodzi?
- Twoja rasa potrzebuje pisemnego dowodu, dobrze wiesz, że same słowa nie wystarczą. Kieruj się do miasta al-Jizah…I czekaj na dalsze instrukcje.

***

Wygramoliłem się z pociągu mijając grupkę starszych panów i jakieś zakonnice. Okolica nie wyróżniała się niczym specjalnym. Dworzec był zadaszony, więc panował tam przyjemny chłód. Zewsząd rozchodziły się nawoływania i rozmowy w nieznanym mi języku. Kto by pomyślał, że wśród tych ludzi znajduje się ktoś taki jak ja. Lubię się tak nazywać: „wybraniec”, ale przecież nie jestem kimś nadzwyczajnym, ba nie mam nawet paranormalnych mocy. Chyba będę musiał z tym porozmawiać z Oheą. Uśmiechnąłem się, a moje myśli powędrowały dalej... dziwne, nie dostałem żadnej wiadomości od Oheey. Ruszyłem w stronę ciekawie wyglądającego sklepiku z pamiątkami. Miniaturki piramid i Sfinksa zastawiały całą ladę. Nie przyjechałem tu po pamiątki, rozglądałem się raczej za czymś pożytecznym, aż wreszcie mój wzrok spoczął na rozmówkach angielsko-arabskich. Sprzedawca, który zapewne posiadał jakiś szósty zmysł, dostrzegł natychmiast moje zainteresowanie i zaczął szarpać mnie za ramie krzycząc:
- Good price! Good price!
Spojrzałem na niego w niemym zdziwieniu, dziki jakiś czy co? Ale lubie uczyć się różnych języków i dlatego w domu posiadam nawet spora kolekcję słowników. Przyznam jednak szczerze, nic przydatnego nie da się z nich wyciągnąć, chociaż całkiem skutecznie pełnią szczytną funkcję zbieraczy kurzów. Mimo wszystko rozmówki angielsko-arabskie będą ładnie wyglądać wśród rozmówek polsko-japońskich czy angielsko-węgierskich.
- All right, I take it - powiedziałem pewnie i zacząłem grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu funtów egipskich, które przez przezorność kupiłem w Polsce. W końcu wręczyłem handlarzowi 4 funty, nie chciało mi się targować, chociaż mogłem pewnie uzyskać dużo niższą cenę. „Niech ma i się cieszy” jak to mówi mój kuzyn Kuba. Ten jednak zamiast się cieszyć wyglądał na troszkę zdenerwowanego, powinienem napisać poradnik „jak wkurzyć Egipcjan”. Oburzony, ale wziął pieniądze, dał słownik i tyle go widziałem.
Schowałem zakup do kieszeni, może później porozmawiam sobie z jakąś piękną białogłową, albo zaskoczę Oheę? Opuściłem ogromny budynek dworca. Lecz to, co zastałem na zewnątrz przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Spodziewałem się raczej kraju trzeciego świata, ludzi poruszających się na wielbłądach i kobiet z garnkami z wodą na głowie. Po gigantycznej ulicy pędziły samochody, przy chodniku stało kilkanaście czerwonych taksówek i kilkadziesiąt domków przeważnie dwupiętrowych, budowanych z gliny i projektowanych jakby przez tego samego architekta. Szybko otrząsnąłem się z szoku, przetarłem twarz z kropel potu i pomyślałem, że dobrze by było zobaczyć jak wygląda prawdziwa piramida. W końcu co innego oglądać zabytki na żywo. Z tego, co przeczytałem przed wyjazdem w Internecie, to gdzieś w okolicy znajduje się słynna budowla Cheopsa i Sfinks.
Ruszyłem do taksówki, przypomniała mi się pewna reklama i miałem nadzieje, że tutejsi taksówkarze nie są zbyt muzykalni. Otworzyłem drzwi i przełknąłem głośno ślinę. Kierowca spojrzał na moje odbicie w lusterku i zapalił silnik. Egipt coraz bardziej mnie zaskakiwał, cóż, co kraj to obyczaj. W oddali zobaczyłem coś, co wyglądało jak te piramidy, które pokazują w telewizji. Chyba wyglądam jak typowy turysta…
W samochodzie nie działała klimatyzacja, a okna były zamknięte, panował w nim upał nie do wytrzymania, istna sauna wliczona w koszty podróży, przynajmniej ja tak to odczuwałem, bo kierowca wydawał się odporny na wysokie temperatury. Może to jakiś terrorysta? Mam nadzieje, że nie wysadzi nas w powietrze, albo nie podusi z premedytacją. Miał na głowie turban, jakby mu jeszcze było za mało upału i szatę sięgającą do kostek. Miał o wiele piękniejsze rysy twarzy od konduktora. Niebieskie oczy i blond włosy, grzywka spadała mu na czoło. Skądś go znam… Nie to nie możliwe.
Dojechaliśmy! Nareszcie. Znów miałem zamiar wygrzebać pieniądze z kieszeni, kiedy stało się coś, po czym obiecałem sobie, że już nic mnie nigdy nie zdziwi, nawet nie wiedziałem jak bardzo absurdalna była ta obietnica…
- Nie płać Wikuś. Przysłała mnie Ohea, sama niestety nie mogła przybyć. Pewnie dziwisz się, jakim sposobem nie rozpoznałeś we mnie Nordyka od razu? Potrafimy się do was upodabniać. Oj widzę, żeś zmęczony podróżą. Mów mi Mearl widzieliśmy się nie raz na statku – jego uśmiech powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedział... Wyglądał naprawdę ludzko, ale ciągle korzystał z telepatii – No to słuchaj, jestem od teraz twoim jak wy to nazywacie ochroniarzem i zapewnię ci bezpieczną podróż do celu. Zaczynają się schodki - poprawił sobie grzywkę przyglądając się mojej zdezorientowanej twarzy – Nie wszyscy obcy są pozytywnie nastawieni tak jak my... - przeleciała mi przed oczami scena z filmu „Matrix” kiedy Morfeusz kazał Trinity zabrać Wybrańca w bezpieczne miejsce… Poczułem się jakbym śnił, postanowiłem się uszczypnąć. Mearl uśmiechał się - To nie jest sen Wiktorku. Wiesz, że te szczypanie nigdy nie działa. Masz coś dla nas zrobić. Pamiętaj, że to ważne... Zadanie.
- Przepraszam - przez chwilę miałem wrażenie, że znowu jestem uczniem i znowu coś przeskrobałem… - Ruszajmy na miejsce, Mearl. Nie mógłbyś otworzyć okien, ten upał jest nie do zniesienia.
- Zapomnieliśmy o tym budując ten pojazd. Nie mieliśmy czasu na poprawki. Musisz wytrzymać. Jak zauważyłeś jesteśmy właśnie pod największą piramidą w Egipcie. Pojedziemy teraz do dużo mniejszej, której jeszcze nie znaleźliście. Znajduje się ona kilkaset kilometrów na południe stąd, na samym środku pustyni. Sam byś tam nie dotarł w żaden sposób, prędzej zgubił w piasku. I skończył jako mumia... Tak... Ciało potrafi się szybko zmumifikować w takim otoczeniu. Nie jedna istota tak skończyła. Nadal ci za gorąco, może masz ochotę przejść się? Wiesz... Mogę poczekać na ciebie na miejscu... – pokiwałem przecząco głową, jakoś wytrzymam.
Gwałtownie skręcił z drogi na południe i ruszył prosto do celu podróży, przynajmniej taką miałem nadzieję. Kiedy ulica znikła nam z oczu Mearl użył cząstki swej mocy i uniósł odrobinę samochód. Niech go ktoś powstrzyma... Zachowywał się jak nastolatek za tą kierownicą. I ktoś taki ma mnie bronić? Niby nie powinno się ulegać pozorom, ale marnie widzę swój los. Zatrzymaliśmy się na zupełnym pustkowiu. Wszędzie były rozrzucone tylko kamienie i piasek.
- E... Mearl jesteś pewien, że to tutaj? - powiedziałem troszeczkę zdziwiony. Ten jednak nie raczył nawet odpowiedzieć tylko skinął mi ręką na znak, że mam wysiąść. Przeszedł jeszcze parę kroków na południe, sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego. Spoważniał, może powinienem się czegoś obawiać? Albo kto wie, może zabłądził?
- Tak - usłyszałem w głowie dość cicho wypowiedziane słowo, na dźwięk, którego z niewiadomych mi przyczyn przysiadłem na kolanach ze strachu - Dziwne wygląda na to, że piramida została zakopana przez piaski, z moich danych wynika, że jest dokładnie… - rozejrzał się i odszedł jeszcze kilka kroków - … tutaj. Będę musiał teleportować cię bezpośrednio do środka, chcieliśmy tego uniknąć to na pewno zwróci uwagę Szarych. Ohea będzie wściekła. Całe szczęście, że nikt poza ludźmi nie może wejść do piramidy. W środku będziesz bezpieczny. Przygotuj się!

***

Znalazłem się w ciemnej komnacie, oczy bardzo powoli przyzwyczajały się do mroku. W powietrzu unosił się tylko zapach stęchlizny, a cisza aż piszczała w uszach. Rękami wyczułem, że znajduje się w wąskim korytarzu, z braku lepszego pomysłu ruszyłem przed siebie. Ściany rozszerzyły się nagle. Znajdowałem się chyba w jakimś pomieszczeniu. Przed sobą dostrzegłem zarys czegoś, co wyglądało jak skrzynia, tak na pewno skrzynia, nie sarkofag. Ostrożnie zbliżyłem się i dotknąłem drewnianej powierzchni, która rozpadła się na części. Odskoczyłem przerażony. Po chwili jednak wróciłem, nie mam pojęcia skąd miałem tyle odwagi by zacząć grzebać w pozostałościach skrzyni. Znalazłem kartkę papieru z hieroglifami, wzrok nagle wyostrzył mi się tak, że mogłem bez problemu przyjrzeć się rysunkom. Zacząłem czytać, mimo, że nie znałem tego języka przeczytanie tekstu nie sprawiło mi problemów:
- Witaj Bracie – parsknąłem śmiechem, lecz poczułem jakbym tracił panowanie nad sobą – więc i na Ciebie przyszedł czas? Czujesz jak powoli uchodzi z Twego Ziemskiego ciała życie? Dołącz do nas... Czekamy… - upadłem na posadzkę. Czułem się znowu jak za czasu pierwszych wzięć, zupełnie sparaliżowany. Gdzie Mearl? Miał mnie chronić! Mówił, że będę tu bezpieczny, czyżby jednak Szarzy mogli tutaj wejść? I nagle przed moimi oczami zaczął wyłaniać się obraz Ziemi…

***

Jednak nie mogę Ci zdradzić co zobaczyłem, kogo poznałem i jak skończyła, a właściwie zaczęła się moja historia. Może kiedyś to ja zawiozę Ciebie na środek pustyni? Może nawiedzę przerywając jakiś sen lub biorąc w nim udział. Możesz być pewien tyko jednego Bracie... Ja istnieję i nie jestem sam...Uważaj... Bo kiedyś mogę przyjść i po Ciebie...