Przyszłość
Ciemno, cicho, gorąco i potworny odór alkoholu. Tak, można określić sytuację, w której znalazł się Hubert.
- Co jest, cholera. – Powiedział próbując wstać i od razu wrócił do pierwotnej pozycji, bo uderzył głową w coś twardego.
- Musiałem zasnąć pod ławą. – Pomyślał, co nie przyszło mu wcale tak prosto, gdyż męczył go potworny kac.
Spróbował wyturlać się by móc stanąć na nogach. Dopiero teraz odkrył, że leży w czymś na kształt bardzo małej, drewnianej szafy. Tak małej, że nawet nie mógł unieść ręki do głowy, by troszkę złagodzić cierpienie. Powoli zaczynał rozumieć gdzie jest...
- Znowu mnie wsadzili do trumny. – Wydedukował, mimo potwornego bólu głowy, zwielokrotnionego przez uderzenie. Po czym szybko zrozumiał, że musi oszczędzać tlen. I nagle był zupełnie trzeźwy i przytomny. W myślach przeklął paskudnie lekarza, który pozwolił go tu zamknąć i obiecał sobie, że jeśli z tego wyjdzie to go zabije. Bo trzeba wam wiedzieć, że to nie był jego pierwszy raz. Ale wtedy wyciągnęli go rabusie szukający cennych drobiazgów, swoją drogą to trochę dziwne, przecież wszyscy na wiosce wiedzą, że Hubert żyje ze sprzedawania skór zwierząt... Mimo wszystko, wolał na teraz nie liczyć na hieny cmentarne. Mimo walki z sobą, wiedział, że może się już nie obudzić, stracił przytomność.
Muszę wspomnieć jak Hubert został pogrzebany. Otóż jest on płatnym mordercą i to nie byle jakim, bo najlepszym w okolicy. Jednak mieszka w wiosce i ma mało roboty (właściwie wcale). Przez co często wpada w depresje, a jego najlepszym lekarstwem jest alkohol. Poszedł, więc do swojej ulubionej knajpki i wypił tyle ile mógł. Jednak tej nocy, gdy wychodził z pijalni zaczepiła go grupka uzbrojonych w kije wieśniaków, już od dawna na niego polowali, tylko, że wcześniej zawsze był ze swoimi kumplami. Gdy są we czwórkę to nikt ich się nie odważy ruszać, z czego Hubert jest zresztą bardzo dumny. Wracając do bójki. Morderca był mocno wstawiony i przecenił swoje możliwości. Zaatakował pierwszy, zamachnął się ręką, a chłop okazał się być diablo szybki i uniknął ciosu bez problemu. Ręka pędziła dalej przez powietrze, lecz nie natrafiając na nic wytrąciła bohatera z równowagi. Hubert padł na ziemie i zasnął.
Jak już wspomniałem nikt go w wiosce nie lubi, nawet lekarz i grabarz. Pochowali go jeszcze tego samego dnia, w czymś czego nawet nie można nazwać trumną...
Właściwie nie wiedział czy ciągle śpi czy być może odzyskał już świadomość. Ale i tak i tak widział ciemność, nie potrafił nawet stwierdzić czy ma otwarte oczy. Nie wiedział czy mruga, ciągle wieczna ciemność. Nagle na wieku trumny zaczęła się wyłaniać twarz. Długie czarne włosy spływały na ramiona, a przynajmniej spływałyby gdyby ramiona były na swoim miejscu... Czarne oczy wpatrywały się w mordercę z zainteresowaniem. Twarz miała idealnie równe rysy. Pod lekko spiczastym nosem naokoło ust czerniał kilkudniowy zarost.
- Ciągle śnię - stwierdził błyskotliwie Hubert
- Nie, nie śpisz Hubercie Inherd. Jestem Ronwe, demon pobłażania. Wysłał mnie sam imperator, LUCIFER!
- Czego chcesz, skurwysynie? - Nauczony od dziecka strachu przed diabłem i demonami, Hubert wystraszył się nie na żarty. Przywitał go najładniej jak umiał i przeszedł do rzeczy. - Chcesz mojej duszy?
- Lepiej uważaj na słowa, Inherd bo mogę zmienić moje plany co do ciebie. Twoja dusza i tak już jest moja. Ale mam dla ciebie propozycje. Ocalę ci życie, a nawet dam ci chodzić po ziemi trzykroć dłużej od braci twych. Ty, Hubercie, musisz tylko wysyłać do mnie jedną duszę co rok. Ale nie zwykłego pijaczynę z przydrożnej pijalni. Mają to być ludzie bogobojni, od ciebie zależy jak zmusić ich do grzechu i jaki rodzaj śmierci im zadasz. Zaczniesz od proboszcza z twojej wioski...
Hubert poczerwieniał ze wściekłości, nienawidzi kiedy ktoś przejmuje nad nim kontrole. Gorączkowo myślał jakie warunki podać, żeby nie poddać się zupełnie woli diabła. Ronwe przyglądał mu się ze spokojem, wiedział, że morderca się zgodzi, zastanawiał się tylko na jakich zasadach
- Zgoda szatanie, jednak twoja umowa nic nie wspomina o moim procesie starzenia się, chcę pozostać fizycznie w wieku 40lat. – Przerwał i zastanowił się chwilę – No i jeśli będę żył dłużej od moich przyjaciół moje życie będzie bardzo zagrożone ze strony mieszkańców wioski. Oni też muszą żyć dłużej. Jeśli spełnisz te warunki będę zabijał dla ciebie i imperatora.
- Twoje żądania są trochę wygórowane jak na kogoś kto leży w trumnie i się dusi. Mogę spełnić tylko jedno z nich… - Przerwał na chwile i popatrzył z wyczekiwaniem na Huberta, ten jednak nie dał po sobie poznać rozczarowania – Sprawię, że będziesz przez 300 lat czuł się i zachowywał jak 40-latek, po ich upływie zaczniesz się normalnie starzeć. A o swoich przyjaciół się nie martw, oni już mają zapewnioną długowieczność. – Znowu przerwał i znowu patrzył na Huberta jakby liczył, że ten coś powie. Zdziwienie mordercy było jeszcze większe niż przed chwilą, lecz i teraz nie dał po sobie nic poznać. Ronwe westchnął i kontynuował – Długo zastanawiałem się czy ci powiedzieć o tym, co dla nich przygotowałem. Jednak postanowiłem wystawić na próbę twoją cierpliwość. Będziesz musiał poczekać do spotkania z przyjaciółmi, może oni ci powiedzą jakie są ich zadania… Aha, zapomniałem. Na prawej dłoni będziesz miał znamię czarnego pentagramu. A teraz przestań milczeć i powiedz czy będziesz dla nas pracował.
Hubert jakby dopiero teraz ocknął się z zamyślenia, spróbował spojrzeć na dłoń i powiedział:
- Muszę się zgodzić. Damian, Wojtek i Sebastian też się zgodzili prawda? Niech się dzieje co chce, świat nigdy już nie będzie taki sam. Wyciągaj mnie stąd.
Ronwe dopiero teraz się uśmiechnął i Hubert zobaczył jego małe białe zęby, każdy był zaostrzony,.
- O nich się nie martw. Zgadzasz się? Dobrze więc, przeniosę cię do twojego domu. Pamiętasz od kogo masz zacząć swoją misję.
Morderca skinął głową i zamknął oczy, wolał nie widzieć co się z nim teraz dzieje. Poczuł pieczenie na dłoni. Ogromne przeciążenie. Zapach ziemi - miła odmiana po smrodzie alkoholu wypełniającym trumnę. Nagłe odniósł wrażenie, że słońce ogrzewa jego ciało. Zgrzyt desek, szarpnięcie przy hamowaniu.
Hubert znajdował się na środku swojego pokoju, po jego wybawcy nie było ani śladu. Pokój był taki sam jak wczoraj. Kilka metrów kwadratowych, drewniane ściany i dach. Na podłodze - położona tam wiele lat temu - wykładzina, widać na niej oznaki starości.
- Dziwne… - powiedział siadając na łóżku, mocno kręciło mu się w głowie, jednak kac zniknął bez śladu. – Ciekawe gdzie teraz jest reszta… Pewnie przeżyli coś podobnego, przydałoby się ich znaleźć. – Nagle przypomniał sobie o pentagramie na ręce, szybko podwinął rękaw żeby móc się dobrze przyjrzeć znamieniu. – Mam nadzieje, że oni też będą mieli coś takiego… Źle się z tym czuję. Idę ich poszukać.
I wstał. Przeszedł kilka kroków i znowu zakręciło mu się w głowie, więc postanowił wrócić na łóżko.
- Aha – wydedukował – chyba Ronwe chce żebym tu jakiś czas został. Prześpię się, może mi przejdzie, albo dowiem się o co chodzi.
W rzeczywistości kręciło mu się w głowie z dużo bardziej ziemskiego powodu, niedotlenienia mózgu. Teraz, gdy nagle w powietrzu jest dość tlenu, płuca nie zdążyły dostarczyć odpowiedniej ilości do krwioobiegu…
Obudziło go światło, które wpadło przez okno. Nieśpiesznie wstał. Zawroty głowy odeszły. Hubert przeszedł przez pokój i otworzył szafę, którą kiedyś sam ją zmontował z kilku desek. Wyszła mu całkiem ładnie, stała, nawet się nie chwiała. Miała tylko jeden defekt, drzwiczki były nierówne i nie domykały się do końca, ale i tak mu się podobała. Całkiem niedawno dobudował skrytkę na broń. Dokładniej było to pudełko po butach ukryte pod stertą ubrań. Hubert popatrzył na siebie krytycznym wzrokiem.
- Przebiorę się. Żeby jakoś wyglądać przy znajomych. – Pomyślał i wydobył z szafy pogniecioną koszulę i stare jeansy.
Przebrał się, kucnął i wydobył ze skrytki pistolet, tak na wszelki wypadek. Wyszedł na podwórko, po drodze ubrał ciężkie, skórzane buty, prawie nieznoszone, zamyślił się na chwile. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że coś się zmieniło. Po polu łaziły ptaki w poszukiwaniu pożywienia, gdzieś w wiosce szczekały psy, a pod nogami kręciły mu się kury. Coś mu tu nie pasowało, jednak nie mógł zrozumieć, co.
Było wcześnie, więc miał nadzieje zastać swoich kompanów w domach.. Najbliżej mieszkał Sebastian, więc poszedł najpierw do niego. Sebastian miał dość duże podwórko. Na środku stal dwupiętrowy dom z czerwonej cegły z wysokim, szpiczastym dachem. Hubert wszedł na podwórko ostrożnie otwierając skrzypiącą furtkę. Zajrzał przez okno, lecz nikogo nie zobaczył w środku. Zapukał do drzwi, odpowiedziała mu cisza. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach usłyszał jak ktoś zbiega po schodach.
- Kogo tam niesie? – Wołał znajomy głos.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Stanął w nich uzbrojony w długi nóż Sebastian.
- Ach, to ty Hubert. Bałem się, że to znowu jacyś domokrążcy. Proszę wejdź. – Opuścił nóż i popatrzył na niebo. Sebastian ma kontakt z kosmitami, w razie kłopotów zawsze mu pomagają. Pewnie już przylecieli i musiał im dać znać, że wszystko w pożądku.
- Właściwie to chciałem przejść się na piwo. I trochę pogadać z przyjaciółmi. – Spojrzał na rozmówcę z nadzieją.
- Oczywiście, chodźmy. Powiadomić resztę, że czekamy w barze? – Nie czekając na odpowiedz, zamknął oczy i przez chwile coś szeptał. – Poprosiłem Ich – to mówiąc wymownie spojrzał w niebo – o łączność telepatyczną z Damianem, obiecał, że zaraz przyjdzie z Wojtkiem do baru. Idziemy?
Hubert skinął głową, właściwie to nawet się nie zdziwił. Sebastian robił już dziwniejsze rzeczy.
Ruszyli przez wioskę raźnym krokiem, morderca zastanawiał się jak zapytać ich o spotkanie z Ronwe. W końcu stwierdził, że po paru piwach tak poważna rzecz wyjdzie sama.
Po drodze rozglądał się uważnie i ciągle nie mógł zrozumieć, czego mu brakuje. Starsze dzieciaki jak zawsze siedziały pod swoją rozwalającą się szkołą i paliły jakieś świństwo, a młodsze chowały się za stodołami i robiły… Hubert właściwie nie wiedział, co robiły, ale chichotały przy tym głośno. Spojrzał na kontaktowca (lubił tak nazywać Sebastiana z racji jego kontaktów z Obcymi), milczał, wyglądał na zamyślonego.
Właśnie przechodzili pod komendą policji… Ten budynek zawsze wzbudzał wstręt wśród przyjaciół Huberta, stara poniemiecka budowla wyróżniającą się w okolicy, gdyż była utrzymana w całkiem niezłym stanie… Kiedy wybiegł stamtąd jakiś młody chłopak, na oko 20 lat. Przyjaciele spojrzeli po sobie i szybko wymienili myśli. Jak na rozkaz rzucili się do przodu by dogonić chłopaka i odciągnąć od niego mundurowych. Policjanci, kiedy zobaczyli biegnącego w swoją stronę Huberta, instynktownie wyczuli zbliżające się kłopoty, woleli więc odpuścić wyrostkowi i schować się w bezpiecznym miejscu. Sebastian dogonił młodzieńca, miał przeczucie, że nie jest to zwykły złodziejaszek Hubert szedł do nich zdyszany.
- Kim jesteś i dlaczego goniła cię policja? – Zapytał konaktowiec, przytrzymując chłopaka.
- Zostawcie mnie, ja nic nie zrobiłem – dalej szarpał się jak ryba złapana w sieć. Uspokoiła go dopiero zimna lufa pistoletu Huberta.
- Powiedz nam kim jesteś, nic ci nie zrobimy. My też nie lubimy się z policją. Ochłoń trochę i chodź z nami do baru. Tam opowiesz co zrobiłeś. Zgoda?
- Mówią na mnie Sergio. – Wyjąkał i przestał stawiać opór. Kiwnął głową, dając sygnał, że się zgadza.
Przyjaciele zabrali chłopaka do „Stokrotki”. Z początku młody rozglądał się lękliwie, jakby bał się, że policja znowu się nim zajmie. Jednak już po kilkudziesięciu metrach uspokoił się i jakby uwierzył w swoich obrońców.
Bar nie był daleko. Śmiesznie wyglądał między pięknie odmalowanym, dużym domem sołtysa, a zameczkiem jakiegoś cygana. „Stokrotka” jednak stała tu zanim jeszcze wioskę nazwano Jelcynie Duży i zanim przybył tu jakikolwiek sołtys, pamięta czasy beztroskiej anarchii… Zbudowali ją niemieccy żołnierze i chyba spełniała funkcję stołówki. Na czerwonej cegle spod dzisiejszych graffiti wybijały się niemieckie napisy. Szyby były zbyt często tłuczono, więc zrezygnowano z nich na rzecz krat w oknach. Drzwi kiedyś były drewniane, ale zostały szybko zniszczone, toteż zamieniono je na metalowe. Na tych szybko pojawiły się oznaki wandalizmu, a działo się tak głównie dlatego, że Hubert i reszta często uznawali to miejsce za swój schron, przed policją lub innymi chamami.
Sebastian otworzył drzwi i zaprosił gestem do środka Sergia, bo Huberta nie trzeba było zapraszać, już wszedł i szukał miejsc. Kiedy cała trójka zajęła miejsca, a młodzian oswoił się z tym miejscem zamówili na początek trzy „Piasty”.
- Damiana i Wojtka jeszcze nie ma, dziwne zazwyczaj to oni są szybciej. – w rzeczywistości Wojtek dopiero co zwlókł się z łóżka i przeklinał jak tego skurwysyna, który wali we drzwi…
- Pewnie dlatego, że jest bardzo wcześnie. Kiedy rozmawiałem z egzorcystą mówił, że dopiero co wstał.
- Co powiedziałeś? Egzorcystą? Kurcze, kim wy jesteście?
Hubert i Sebastian spojrzeli po sobie, rozumieli się bez słów. Tylko skinęli do siebie.
- Właściwie to nawet ci się nie przedstawiliśmy. Pewnie przyjdzie nam trochę poczekać na resztę. Mów mi Hubert, jestem płatnym mordercą. Zajmuje się tym od wielu lat – Sebastian spojrzał na niego z wyrazem rozbawienia w oczach, ale młodzieniec chyba tego nie zauważył. – Znam się na tej robocie, jak nikt w wiosce. Urodziłem się tutaj i wychowałem. Żona dawno mnie zostawiła. – zakończył bez cienia goryczy.
- Teraz pora na mnie… Mam na imię Sebastian i jestem kontaktowcem. Od dziecka mam kontakt z Nordykami. Dziś oni dbają o moje bezpieczeństwo i pomagają mi w różnych sprawach. Zarabiam na opowiadaniu o nich w tej wiosce, ludzie lubią takie opowieści. Kiedyś mieszkałem na drugim krańcu Polski, ale jakieś 15 lat temu musiałem stamtąd uciekać i trafiłem tutaj.
- Teraz wiem z kim rozmawiam. Jak już wiecie jestem Sergio. Chyba mogę wam zaufać, wy też raczej nie jesteście zbyt normalni. Nie pamiętam swoich rodziców, wychowałem się w domu dziecka. Chyba wam mogę o tym powiedzieć… Widzę w ciemnościach jak w dzień i jestem bardzo szybki. – Tu przerwał i rozejrzał się sprawdzając czy nikt nie podsłuchuje. – Nie mam pojęcia czemu tak jest, po prostu tak mam. A co tu robie? Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem. Tu w…
- W Jelcynie Dużym – dopowiedział Hubert
- Tak właśnie. – nerwowo podrapał się po dłoni. Dopiero teraz morderca zauważył znamię na jego ręce!
„Cholera, kim on jest?” pomyślał Hubert, ale nie dał po sobie poznać zdziwienia.. Spojrzał na Sebastiana, ale ten spokojnie trzymał obie dłonie na kuflu „Piasta”, był czysty. „Czyżby Ronwe nie zajął się jeszcze kontaktowcem? A za to podesłał mi jakiegoś gnojka?”
- Co to jest? – zapytał Sergia, wskazując na znamię. Sebastian wyglądał jakby zastanawiał się nad ucieczką.
- E… To jest… Jak by ci to wytłumaczyć. Dziś w nocy miałem wyjątkowo dziwny sen. Jakiś facet mówił, że ma dla mnie zadanie. Że muszę się zgodzić… Tym zadaniem jest znalezienie odnalezienie jakiegoś typa z takim samym znakiem na ręce i pomoc mu w misji.
- A jak się tu znalazłeś? Co miała do ciebie policja? – Hubert jakoś nie bardzo mógł sobie to wszystko ułożyć w głowie. Postanowił zyskać na czasie.
- Dobre pytanie. Obudziłem się w celi. Jakiś mundurowy przyniósł mi coś co można by nazwać śniadaniem. Potem ten sam osobnik zabrał mnie na przesłuchanie. Lampa świeciła mi prosto w twarz, z na przeciwka dobiegł mnie burkliwy głos. Jak się troszkę później dowiedziałem, był to komendant. Wypytywał mnie czy znam Huberta Inherda, to chyba ty prawda? – spojrzał na „killera”, tamten skinął głową. Sergio pociągnął duży łyk piwa i kontynuował – Nie chciał mi uwierzyć, że nie jestem stąd i nikogo takiego nie znam, więc wywinąłem ręką tam skąd dobiegał głos, chyba trafiłem w głowę. Szybko zerwałem się z miejsca i wybiegłem na zewnątrz.
Zapadło milczenie. Cała trójka już wypiła piwa. Hubert pomachał ręką z wystawionymi trzema palcami i po chwili w kuflach znowu znajdował się złocisty trunek.
Do baru weszli Damian z Wojtkiem i od razu się przysiedli. Widać po nich było ogromne zdziwienie. Spoglądali trochę wilkiem na Sergia.
- Hej wam. To jest Sergio, uratowaliśmy go dziś po drodze z rąk organu niesprawiedliwości.
- Hej – Odpowiedzieli chórem.
- Jestem Damian – Wyciągnął rękę do młodzieńca. Nie był oczywiście zwykłym człowiekiem. Damian od dziecka fascynował się magią i posiada o tej dziedzinie całkiem sporą wiedzę praktyczną. Zna się na telekinezie, potrafi uderzyć ognistą kulą i temu podobne. – Wszyscy wrogowie policji są moimi przyjaciółmi.
Cała piątka wybuchła śmiechem, a zawartość kufli zmniejszyła się znacznie.
- A ja to Wojtek. – Uczynił dziwny gest dłonią w stronę „nowego”. Wojtek był właściwie zupełnie normalnym człowiekiem. No może prawie normalnym, czasami lubił porozkopywać groby i przeprowadzać badania na trupach i szkieletach. – Po co chciałeś się z nami spotkać Hubert?
- Powiedzieć wam o pewnej dziwnej sprawie, która jak teraz widzę jest jeszcze dziwniejsza niż myślałem. – To mówiąc położył dłoń na stole, tak żeby było widać znamię. Sergio otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. – Dwa dni temu byłem się napić i kiedy skończyłem musiało mi się przytrafić jakieś nieszczęście, bo obudziłem się w trumnie. – Przyjaciele spojrzeli po sobie, wyglądali naprawdę komicznie, trzech facetów w kwiecie wieku starających się nie wybuchnąć śmiechem.. – To wcale nie jest zabawne. Prawie bym się udusił! - Skarcił ich morderca i zaczął opowiadać…
Kilka kufli później…
- No i to by było na tyle. Nic nie wiedziałem o tobie Sergio. – Zakończył Hubert. – Ale Ronwe wspominał, że wy też będziecie żyć dłużej, ciekawe co mógł mieć na myśli…
- Ja chyba wiem. – Zabrał głos Wojtek. – W końcu jest wysłannikiem Lucyfera. Albo znają naszą przyszłość, albo mają w związku z nami jakieś plany… - Przerwał, zdał sobie sprawę, że wcale nie powiedział nic odkrywczego.
- Wygląda na to, że muszę ci pomagać Hubert. No to jak, gdzie mieszka ten lekarz? – Uśmiechnął się na myśl o następnych godzinach, a może to wypite piwa tak na niego wpłynęły?
Hubert spojrzał na niego trochę przestraszony, miał kogoś zabić… Pierwszy raz od dawna, od bardzo dawna. No ale Makowiecki od dawna mu podpadał, nadszedł czas by z tym skończyć.
- Jeden, Makowiecki się zwie. Mieszka niedaleko w dużym, nowym domu. Monopolista każe sobie płacić za leczenie jakieś kosmiczne kwoty. – Konaktowiec spojrzał na niego z oburzeniem. – Przepraszam Sebastian. Kto idzie ze mną wykończyć tego drania?
Stara gwardia raczej woli rozwiązywać problemy nie ruszając się ze „Stokrotki”. Popatrzyli smutnym wzrokiem na niedokończone „Piasty”, ale wstali. Sergio już od jakiegoś czasu czekał przy drzwiach, kiedy zobaczył, że idą wszyscy zawołał zadowolony:
- No to „frugo”!
- No to „frugo”! – Zawołała stara gwardia i ruszyła raźnym krokiem zrobić porządek z pewnym łachmytą. Stali bywalcy wyczuli, że coś się święci, resztę dnia, aż do późnej nocy spędzili w barze…
***
Spotkali się pod domem Huberta gdy tylko zapadł zmrok. Morderca trochę się spóźnił, ale wyszedł z całym swoim arsenałem. Kałasznikow przewieszony przez ramie, zatknięty w portki rewolwer i granaty wciśnięte w kieszenie. Wyglądałby niebezpiecznie gdyby nie wymalował sobie na twarzy czarnych linii. Sergio wyszedł zaraz za nim, był wyjątkowo podniecony, być może Hubert poczęstował go swoim bimbrem. Sebastian ubrany był tak samo jak rano, ale był trochę podenerwowany i często patrzył w niebo. Damian wyglądał arcyzabawnie, ubrany w długą szatę, z kapturem naciągniętym na głowę. Kolor szaty był bliżej nieokreślony, na pewno ciemny. Wojtek uzbroił się w kilka niezbędnych narzędzi hieny cmentarnej, znaczy chirurga, z kieszeni wystawał mu skalpel i inne lekarskie narzędzia.
- Gotowi? - Hubert zadał jedno ze swoich głupich pytań.
Zebrani pokiwali z entuzjazmem głowami.
- Jak nigdy… - Powiedział za wszystkich Sergio z miną zawodowego mordercy, nawet Hubert takiej nie potrafił zrobić.
Kiedy szli w stronę domu Makowieckiego z ich drogi schodziło dosłownie wszystko. Nawet ławka odsunęła się kilka metrów kiedy przechodzili po ścieżce. Kiedy spotkali patrol policji. Smerfy rzuciły się na nich, mimo swojego wzrostu i mięśni ruszali się nad podziw zwinnie, jednak Sergio szybko się znalazł przy nich i wymierzał im błyskawicznie ciosy. Hubert celował z kałasznikowa. Damian posłał w gliniarzy wiązkę energii. Wojtek po prostu stał, ale i tak był groźny.
- Ha! Tak się wymierza sprawiedliwość. – Zawołał zadowolony Sergio.
- Tak, ale Makowieckiego zostawicie mi. On chyba ma rodzinę nie? No to nie będziecie się nudzić. – Zanim Hubert skończył, stali już przed rezydencją lekarza.
Wielki budynek, podobny do Białego Domu. Wojtek szybko poradził sobie z kłódką w bramie i przyjaciele weszli do środka. Zaatakowały ich cztery psy, chyba eksperymentowano na nich genetycznie, były chyba dwa razy większe od rotwailerów. Sebastian pokazał, że można polegać na jego znajomych i unieruchomił bestie jednym machnięciem ręki. Wojtek postanowił na wszelki wypadek podciąć im gardła skalpelem, jeden zwinny ruch i krew pociekła ze wszystkich psiaków. Dotarli do drzwi, zamknięte, a na dodatek zbyt solidne żeby wyważyć. Sergio pobiegł poszukać jakiegoś wejścia, po kilku sekundach otworzył przyjaciołom od środka.
- Przepraszam, że tak długo, ale w środku też maja psy…
- Dobra, dobra. Teraz cicho. Rozdzielmy się. – Hubert wydał rozkaz.
I sam skierował się na górę po ciemnej klatce schodowej. Jakaś wykładzina całkowicie tłumiła jego kroki. Na piętrze powitał go duży pokój, z sofą i telewizorem na środku. Na ścianach obrazy, pewnie gdzieś tutaj ma sejf. Po drugiej stronie pokoju zauważył drzwi, ruszył ostrożnie w ich stronę… Dobiegł go dźwięk trzeszczącego łóżka. „Masz ci los, wstał?” pomyślał i wyjął rewolwer. Przy drzwiach spojrzał jeszcze raz na pokój, czysto. Otworzył ostrożnie i wszedł do drugiego pokoju. Obok stała szafa, prawdopodobnie na ubrania. Przez okno wpadało blade światło księżyca. Hubert zobaczył łóżko, a na nim dwie postacie. Jedna miała długie włosy i wszystko wskazywało na to, że jest kobietą. U drugiej zobaczył błysk łysiny.
- To musi być on. Cholera, zapomniałem, że ma żonę. Zabić ją czy co… - Wyszeptał skradając się do łóżka. Klęknął obok kobiety, ostrożnie wyciągnął z kieszeni scyzoryk, ostry jak brzytwa. Już chciał ją zabić, kiedy obudziło się w nim sumienie. – Zostaw. Przyszedłeś zabić tylko lekarza. – Hubert często prowadził monologi… - Racja. – Odpowiedział sam sobie i uderzył tylko Makowiecką tak żeby się nie obudziła. Podszedł już wcale nie cicho do ofiary. – Wstawaj dziadu!
Nie pomogło, spał jak zabity. Hubert nie miał doświadczenia i trochę się zdziwił, więc uderzył go w twarz, podziałało.
- Eee… Khe… Khe… - Wymamrotał Robert Makowiecki. Morderca zlitował się nad nim i pozwolił mu dojść do siebie… - Aaa! Duch! Inherd, przecież stwierdziłem zgon! Przecież ty leżysz w grobie!
Na co Hubert, albo jego duch, uśmiechnął się najładniej jak umiał ukazując braki w uzębieniu.
- Są na tym świecie rzeczy o których nie śniło się lekarzom. – Zagadnął filozoficznie i wycelował mu w czoło z rewolweru.
- Precz maro! Boże ratuj!... – Hubert wystrzelił, nie spodziewał się tak mocnego odrzutu, w filmach to wyglądało inaczej... Szybko schował pistolet i wymasował dłoń. W uszach mu trochę piszczało, ale był zadowolony.
- Chłopaki, zwijamy się! – Zawołał na cały głos i wybiegł z domu.
Przyjaciele już na niego czekali, wyglądali na troszeczkę zawiedzonych, ale nie tylko troszeczkę.
- I jak było? Zabiłeś go czy strzeliłeś ostrzegawczo? – Powiedział z ironią Wojtek.
- Zabiłem. A wy zabraliście coś?
Wojtek wyjął z kieszeni zegarek, jakieś banknoty i sporo świecidełek, był z siebie dumny.
- Hubert… - Sergio zaczął odrobinę nieśmiało, ale rozkręcał się – pamiętasz o twoim zadaniu? A raczej o naszym? Myślę, że teraz czas na proboszcza.
Wszyscy spojrzeli na mordercę.
- Oczywiście, pamiętam. Jutro zastanowię się jak zmusić kaznodzieje do grzechu…
Poszli do „Stokrotki”. Hubert całą drogę rozmyślał, zdawało mu się, że widzi jakieś poruszające się cienie, a w głowie ciągle odbijał mu się echem krzyk Makowieckiego. Miał wyrzuty sumienia.
W barze trochę wypili. Sergio był lekko wstawiony, po starej gwardii nie było wydać oznak kilku godzin pijaństwa.
- … Panowie, za Huberta, świetnie sobie poradził z tą gnidą! … - kufle zderzyły się w górze, a ich zawartość powędrowała do gardeł. Jednak sprawcę całego zamieszania nie bardzo obchodziło to co się wokół niego działo. Siedział skulony na krześle i modlił się aby nikt nic od niego nie chciał. Miał wrażenie jakby wszyscy wyglądali jak Robert, poza Sergiem… On wyglądał jak Ronwe!
Hubert wstał i trochę zakręciło mu się w głowie.
- Przepraszam chłopaki, ale na mnie już pora. – Pomachał im ręką i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi, na zewnątrz już dogonił go Sergio.
- Mogę iść z tobą? Nie bardzo mam gdzie nocować. – Zapytał z nadzieją w głosie.
Inherd skinął tylko głową i przyspieszył kroku na tyle, na ile to było możliwe. Spojrzał na młodego przyjaciela, który wyglądał dokładnie jak Ronwe, a jego wyraz twarzy był wyjątkowo przerażający… Hubert nie wytrzymał i ruszył biegiem do domu. Po drodze miał wrażenie, że goni go cała armia demonów, zaczynał żałować swojej pochopnej decyzji. Wreszcie dobiegł na swoje podwórko, jednym kopem otworzył furtkę, kilkoma susami przesadził podwórko i wpadł do domu razem z drzwiami. Dopiero w środku trochę się uspokoił. Naprawił drzwi, zdjął buty i poszedł do kuchni. Chwilę kręcił się od szafki do stołu, od stołu do drzwi… W końcu skoczył do lodówki i wyjął dobrze schłodzone pół litra własnego wyrobu, pociągnął duży łyk.
Przed oczami ciągle miał Makowieckiego i jego wstrętną gębę wykrzywioną grymasem strachu. W uszach wibrował mu jego krzyk.
- Dość tego, przecież jestem mordercą. Nie lękam się niczego. – Pociągnął jeszcze łyk i odłożył butelkę.
- Hubert co się dzieje? – Morderca usłyszał za sobą znajomy głos. Kto był jego właścicielem? – Hubert, to ja Sergio. – Sergio? Dziwne, skądś znam tę imię. Ten dzieciak od początku wydawał mi się dziwnie znajomy. Moja żona… Czy ona nie uciekła kiedy była w ciąży? Czy Sergio nie jest moim synem?
Odwrócił się nagle. Chłopak średniego wzrostu, dobrze umięśniony. Niebieskie oczy spoglądały na niego bystro, Agata miała dokładnie takie same oczy. Rysy twarzy zdradzające wiejskie pochodzenie, Hubert był troszeczkę podobny…
- Kim była twoja matka? – Wypalił zupełnie niespodziewanie Hubert.
- Co? – Sergio był kompletnie zdziwiony tym pytaniem – Nie wiem. W bidulu powiedzieli mi, że miała na imię Agata, a nazwisko… Pochłońska.
- Chodźmy spać. Jestem zmęczony, a jutro czeka nas trudne zadanie. – Pochłońska… Właśnie takie nazwisko panieńskie miała Agata. Czyżby to był mój syn? Powiem mu gdy przyjdzie na to czas.
Wziął szybką kąpiel i wskoczył do łóżka. Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał jak skłonić do grzechu proboszcza. Wiele pomysłów przechodziło mu przez głowę. Od zupełnie niemożliwych, do całkiem prawdopodobnych i wykonalnych.
- Ronwe, pomóż mi jakoś. - Wyszeptał i zamknął oczy.
Tam, ku swojemu zdziwieniu, zobaczył Ronwe siedzącego za biurkiem był wystrojony w elegancji garnitur. Nigdy nie widział go całego więc zdziwił się, kiedy jaki jest wysoki. Wyglądał na bardzo zapracowanego, jednak przerwał i spojrzał prosto na Huberta.
- O co chodzi?
- Nie wiem jak zmusić do grzechu proboszcza. I nie wiem jak wielki musi być to grzech.
- Myślisz, że wybrałbym ciebie gdybym nie wiedział, że sobie poradzisz? Wysłałem do ciebie, Hubercie, twego syna, pomoże ci. – Wstał obszedł biurko i przysiadł na nim. – Zmuś kaznodzieje by wrzucił krzyż do ognia. – Uśmiechnął się demonicznie. – Powodzenia.. – Cały obraz znikł.
Hubert zerwał się z łóżka, zrzucając przy tym na ziemię Sergia. Poszedł do okna i odkrył, że już świta.
- No młody przyjacielu, wstawaj, ubieraj się.
- Nie musiałeś się tak zrywać. – Warknął Sergio rozmasowując sobie biodro obite o twardą podłogę, co z tego, że była tam wykładzina. Podłogę tę morderca kładł własnoręcznie, za czasów kiedy starał się o rękę Agaty…
Hubert zignorował jego narzekania, miał własne sprawy na głowie. Wyjął ze swojej skrytki niezbędną broń. Ubrał granatowy sweter i czarne jeansy. W przedpokoju ubrał na nogi trampki i wyszedł na podwórko. Dzień rozpoczął się wesoło, od długiego ślizgu na krowim placku…
- O rzesz… To się nazywa niezły początek dnia. – Zaczął kręcić się w kółko po podwórku ciągnąć po ziemi prawą nogę. Ciekawe kto tutaj krowę wpuścił, swojej nie posiadał. Tą wesołą czynność, pozbywania się odchodów z buta, przerwał mu Sergio.
- Co ty wyprawiasz? – Powiedział, wchodząc w łajno. – O cholera, coś ty tu narobił? – Spojrzał na Huberta z wyrzutem, potem jednak szybko zdał sobie sprawę, że to nie mógł być on - Masz krowy?
- Skąd… Też wlazłem w to gówno. Przerwałeś mi wspaniałą zabawę, pozwól, że dokończę – Dokładnie wyczyścił but, Sergio zrobił to samo. – Możemy iść. – Sprawdził czy nóż dobrze wychodzi z kieszeni i czy pistolet da się dość szybko wyjąć zza pasa. Kiedy stwierdził, że wszystko jest idealnie, ponownie schował broń .
Wyszli na drogę. Kościół mieści się niedaleko policji. Więc tam skierowali swoje kroki, nie rozmawiali. Hubert co chwila sprawdzał czy broń na pewno dobrze leży. Sergio wyglądał jakby się przygotowywał do walki bokserskiej. W powietrzu czuć było napięcie. Ojciec popatrzył na zegarek i prychnął z oburzeniem, czas zachowywał się zupełnie bezczelnie nie zatrzymując się nawet w takiej chwili.
Wreszcie dotarli przed stary budynek kościoła. Zbudowany był z czerwonej cegły, witraże w oknach wyglądały jakby ten kto je zrobił był niespełna rozumu. Duże drzwi były otwarte, weszli do środka. Od razu poczuli chłód jaki panował w tym miejscu. Wnętrze było dużo mniejsze niż mogło by się wydawać z zewnątrz. Sufit był wysoki i zupełnie niezbadany, biała farba odpadała wielkimi kawałkami, a gdzie niegdzie pojawił się grzyb. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające kolejne stacje drogi krzyżowej. Ruszyli ścieżką między dwoma kolumnami ław. Nagle usłyszeli kroki dobiegające zza ołtarza, nikogo tam nie widzieli. Spojrzeli po sobie i rzucili się między ławki. Hubert znalazł się w kolumnie po lewej od wyjścia. Wychylił się lekko chcąc zobaczyć kto jest jeszcze w kościele. Nie ujrzał nikogo, za to słyszał wyraźnie czyjeś kroki. Przeczołgał się pod ławkami, co wymagało sporej zwinności, ponieważ każda miała zamontowany specjalną półeczkę na nogi. W końcu dotarł do pierwszego rzędu, zauważył, że Sergio po prawej stronie leży już tam od dłuższego czasu.
Spojrzał na ołtarz. Tam nad pozłacanym stołem stał mężczyzna w długiej czarnej szacie, Hubert dałby głowę, że w sutannie. Przy sercu nosił duży pozłacany krzyż, a może złoty? Najwyraźniej jeszcze ich nie zauważył. Skinął na Sergia, żeby się nie ruszał. Sam wydostał się niezręcznie spod ławy, ksiądz spojrzał na niego i wrócił do swoich zajęć. Morderca przysiadł na ławie ze zdziwieniem, chwilę wpatrywał się w dobrodzieja.
- Zdejmij krzyż i wyrzeknij się swojej wiary kaznodziejo. – Powiedział najgroźniej jak potrafił, kiedy już wstał i podszedł bliżej.
Tamten tylko spojrzał na niego i skinął, żeby szedł za nim. Otworzył drzwi kilka metrów za ołtarzem i zaprosił gestem Huberta do środka. Morderca dał znać Sergiowi, żeby był w pogotowiu. Tymczasem ksiądz poprowadził go do małego pokoju w którym był tylko stół, dwa krzesła i kominek no i oczywiście krzyż na stole. Ściany pomalowano na biało całkiem niedawno, bo nie zdążyły nawet zżółknąć. Obrazki świętych na ścianach wydawały się niezbędne.
- Siadaj synu. I powiedz kim jesteś i po co przychodzisz. Chcesz spowiedzi? – Ksiądz usiadł i wpatrywał się w krzyż.
- Nie przyszedłem tu po spowiedź ani po jałmużnę. Natomiast mam propozycję. Wyrzeknij się swojej wiary, wrzuć swój krzyż w ogień, a spotka cię bezbolesna śmierć – Hubert starał się panować nad sobą, ale chyba nie wypadł zbyt wiarygodnie, więc na potwierdzenie swoich słów wyjął nóż.
Kaznodzieja wyglądał jakby właśnie zobaczył Jezusa wraz ze wszystkimi świętymi.
- PAX, PAX! – wyszeptał i zaczął powoli zdejmować krzyż.
- Płać, płać? Płacz, płacz? – Hubert nie znał łaciny, nawet w mizernym stopniu. – Jeszcze ośmielasz mi się grozić?
Krzyż wylądował już w ogniu, ten ze stołu również. Morderca zdziwił się, że tak łatwo poszło, więc postanowił nie karać go za pyskowanie. Poszedł do księdza i wykonał swoje okrutne zadanie, najdelikatniej jak potrafił. Tamten nawet nie krzyknął, osunął się tylko z krzesła, po drodze plamiąc krwią obrus.
Nagle do pokoju wpadł Sergio, trupa nawet nie uraczył spojrzeniem.
- Hubert, kłopoty. Właśnie powinna zaczynać się msza, ludzie już się zbierają! – Wyrzucił z siebie, wydać było, że adrenalina w nim buzuje. – Sprawdziłem nie ma innego wyjścia…
- Dużo ich jest? Mam tylko osiem naboi. Obawiam się, że będziemy musieli walczyć. Nasza gwardia nie zdąży nam pomóc.
- Ale przecież to jest kościół! A na dodatek naprzeciwko jest komenda policji.
Czas uciekał. Ludzie powoli zaczynali się zastanawiać dlaczego ksiądz spóźnia się z mszą…
- Udowodnisz jak jesteś szybki. Poczekam, aż ktoś tutaj przyjdzie. Ty wyjdziesz do „sali baletowej” i zamkniesz drzwi, tylko porządnie. Kiedy wyjdę zacznie się taniec, obawiam się, że może być ktoś z policji i inni czekający tylko by mnie dorwać. No, ale do dzieła.
Hubert już zupełnie pozbył się sumienia. Widział, że ta akcja może się nie udać jeśli tylko przybiegnie policja, ale chciał zaryzykować.
Sergio wybiegł na zewnątrz. Hubert usiadł i wpatrywał się jak krzyż leżący w ogniu…
- Proszę księdza – usłyszał głos jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie ten człowiek przeżył już dawno swoje złote lata, a nawet srebrne miał już za sobą...
- Wejdź synu. – Podszedł do drzwi i odpowiedział starając się naśladować księdza, nie wyszło mu za bardzo, ale za to miał w ręku dobry argument.
Tak to był mężczyzna, na oko 70 lat… Na głowie miał same siwe włosy, morderca rozpoznał go. Kilkadziesiąt lat temu ten człowiek uczył go matematyki, jednak nie zawachał się, szybkim ruchem otworzył mu gardło.
Spokojnie wyszedł na korytarz i skierował się do ołtarza, miał nadzieje, że przyszli wszyscy zaproszeni. Kiedy wyszedł z plebanii, po kościele przeszedł szmer, byli wszyscy, a nawet więcej.
- Panie i panowie z przykrością muszę stwierdzić, że ksiądz odszedł do piekieł. – powiedział stojąc przy ołtarzu. Przy okazji wyłożył pistolet i nóż na ołtarz. – Pan Borecki również odszedł, ale nie wiem gdzie… - Kiedy mówił te słowa w jego stronę ruszyło kilku mężczyzn, a nawet dwie starsze kobiety z różańcami, nie rozpoznał nikogo, nie widział twarzy. Adrenalina pulsowała mu w żyłach, podniósł spokojnie pistolet wycelował i strzelił do pierwszego z mężczyzn. Zostało mu siedem naboi. – Sergio zaproś te urocze panie do tańca. – Pouczył syna, a kolejny mężczyzna leżał na ziemi. Sześć. W kościele było jeszcze około dwudziestu osób, w tym trzynaście kobiet.
Sergio faktycznie był szybki, obtańcował już kobiety z różańcami i kierował się spokojnie do pań siedzących w ławkach. Mężczyzn zostawił Hubertowi.
- Można panią prosić? – Zapytał młodą kobietę siedzącą w ostatnim rzędzie. Nie usłyszał odpowiedzi bo padły dwa strzały i dwóch następnych mężczyzn splamiło swoją krwią posadzkę. Cztery. Młoda kobieta wstała Sergio złapał ją za ręce i zakręcił się jak szalony derwisz. Od tego momentu następne wierne padały na ziemię bardzo szybko.
Hubert pozbył się już wszystkich naboi. Po schodach do ołtarza zbliżał się jakiś dwu metrowy siłacz, morderca schował pistolet i sięgnął po nóż.
- Zatańczy pan? – Zapytał grzecznie Hubert i wskoczył na stół, strącając przy okazji kilka świec. Jego przeciwnik wyglądał jakby chciał złapać go za nogi, morderca jednak był szybszy i wymierzył mu potężnego kopniaka w skroń. Siłacz widać nie miał ochoty na tańce bo padł bez życia.
Hubert zeskoczył z gracją i wytarł nóż o ubranie przeciwnika. Sergio podszedł do niego i razem spojrzeli na salę.
- Ale się natańczyłem. – Uśmiechnął się młodzieniec z satysfakcją.
- Ja też. Chodźmy stąd zanim ktoś tu przyjdzie.
Szli ramię w ramię między ławami starając się nikogo nie podeptać. Wyglądali naprawdę przerażająco. Przy drzwiach ostatni raz się obejrzeli.
- Chyba będziemy musieli stąd wyjechać – zauważył Sergio.
- Racja. Ale chyba musimy zabrać ze sobą gwardię. Dokąd pojedziemy?
- Dokąd Ronwe poprowadzi – Uśmiechnął się młodzieniec.
Hubert wiedział, że musi mu kiedyś powiedzieć kim jest, ale jeszcze nie teraz. Wyszli na ulicę zamykając za sobą drzwi… I ruszyli raźnym krokiem czekając z uśmiechem na to co im przyniesie przyszłość.
- Co jest, cholera. – Powiedział próbując wstać i od razu wrócił do pierwotnej pozycji, bo uderzył głową w coś twardego.
- Musiałem zasnąć pod ławą. – Pomyślał, co nie przyszło mu wcale tak prosto, gdyż męczył go potworny kac.
Spróbował wyturlać się by móc stanąć na nogach. Dopiero teraz odkrył, że leży w czymś na kształt bardzo małej, drewnianej szafy. Tak małej, że nawet nie mógł unieść ręki do głowy, by troszkę złagodzić cierpienie. Powoli zaczynał rozumieć gdzie jest...
- Znowu mnie wsadzili do trumny. – Wydedukował, mimo potwornego bólu głowy, zwielokrotnionego przez uderzenie. Po czym szybko zrozumiał, że musi oszczędzać tlen. I nagle był zupełnie trzeźwy i przytomny. W myślach przeklął paskudnie lekarza, który pozwolił go tu zamknąć i obiecał sobie, że jeśli z tego wyjdzie to go zabije. Bo trzeba wam wiedzieć, że to nie był jego pierwszy raz. Ale wtedy wyciągnęli go rabusie szukający cennych drobiazgów, swoją drogą to trochę dziwne, przecież wszyscy na wiosce wiedzą, że Hubert żyje ze sprzedawania skór zwierząt... Mimo wszystko, wolał na teraz nie liczyć na hieny cmentarne. Mimo walki z sobą, wiedział, że może się już nie obudzić, stracił przytomność.
Muszę wspomnieć jak Hubert został pogrzebany. Otóż jest on płatnym mordercą i to nie byle jakim, bo najlepszym w okolicy. Jednak mieszka w wiosce i ma mało roboty (właściwie wcale). Przez co często wpada w depresje, a jego najlepszym lekarstwem jest alkohol. Poszedł, więc do swojej ulubionej knajpki i wypił tyle ile mógł. Jednak tej nocy, gdy wychodził z pijalni zaczepiła go grupka uzbrojonych w kije wieśniaków, już od dawna na niego polowali, tylko, że wcześniej zawsze był ze swoimi kumplami. Gdy są we czwórkę to nikt ich się nie odważy ruszać, z czego Hubert jest zresztą bardzo dumny. Wracając do bójki. Morderca był mocno wstawiony i przecenił swoje możliwości. Zaatakował pierwszy, zamachnął się ręką, a chłop okazał się być diablo szybki i uniknął ciosu bez problemu. Ręka pędziła dalej przez powietrze, lecz nie natrafiając na nic wytrąciła bohatera z równowagi. Hubert padł na ziemie i zasnął.
Jak już wspomniałem nikt go w wiosce nie lubi, nawet lekarz i grabarz. Pochowali go jeszcze tego samego dnia, w czymś czego nawet nie można nazwać trumną...
Właściwie nie wiedział czy ciągle śpi czy być może odzyskał już świadomość. Ale i tak i tak widział ciemność, nie potrafił nawet stwierdzić czy ma otwarte oczy. Nie wiedział czy mruga, ciągle wieczna ciemność. Nagle na wieku trumny zaczęła się wyłaniać twarz. Długie czarne włosy spływały na ramiona, a przynajmniej spływałyby gdyby ramiona były na swoim miejscu... Czarne oczy wpatrywały się w mordercę z zainteresowaniem. Twarz miała idealnie równe rysy. Pod lekko spiczastym nosem naokoło ust czerniał kilkudniowy zarost.
- Ciągle śnię - stwierdził błyskotliwie Hubert
- Nie, nie śpisz Hubercie Inherd. Jestem Ronwe, demon pobłażania. Wysłał mnie sam imperator, LUCIFER!
- Czego chcesz, skurwysynie? - Nauczony od dziecka strachu przed diabłem i demonami, Hubert wystraszył się nie na żarty. Przywitał go najładniej jak umiał i przeszedł do rzeczy. - Chcesz mojej duszy?
- Lepiej uważaj na słowa, Inherd bo mogę zmienić moje plany co do ciebie. Twoja dusza i tak już jest moja. Ale mam dla ciebie propozycje. Ocalę ci życie, a nawet dam ci chodzić po ziemi trzykroć dłużej od braci twych. Ty, Hubercie, musisz tylko wysyłać do mnie jedną duszę co rok. Ale nie zwykłego pijaczynę z przydrożnej pijalni. Mają to być ludzie bogobojni, od ciebie zależy jak zmusić ich do grzechu i jaki rodzaj śmierci im zadasz. Zaczniesz od proboszcza z twojej wioski...
Hubert poczerwieniał ze wściekłości, nienawidzi kiedy ktoś przejmuje nad nim kontrole. Gorączkowo myślał jakie warunki podać, żeby nie poddać się zupełnie woli diabła. Ronwe przyglądał mu się ze spokojem, wiedział, że morderca się zgodzi, zastanawiał się tylko na jakich zasadach
- Zgoda szatanie, jednak twoja umowa nic nie wspomina o moim procesie starzenia się, chcę pozostać fizycznie w wieku 40lat. – Przerwał i zastanowił się chwilę – No i jeśli będę żył dłużej od moich przyjaciół moje życie będzie bardzo zagrożone ze strony mieszkańców wioski. Oni też muszą żyć dłużej. Jeśli spełnisz te warunki będę zabijał dla ciebie i imperatora.
- Twoje żądania są trochę wygórowane jak na kogoś kto leży w trumnie i się dusi. Mogę spełnić tylko jedno z nich… - Przerwał na chwile i popatrzył z wyczekiwaniem na Huberta, ten jednak nie dał po sobie poznać rozczarowania – Sprawię, że będziesz przez 300 lat czuł się i zachowywał jak 40-latek, po ich upływie zaczniesz się normalnie starzeć. A o swoich przyjaciół się nie martw, oni już mają zapewnioną długowieczność. – Znowu przerwał i znowu patrzył na Huberta jakby liczył, że ten coś powie. Zdziwienie mordercy było jeszcze większe niż przed chwilą, lecz i teraz nie dał po sobie nic poznać. Ronwe westchnął i kontynuował – Długo zastanawiałem się czy ci powiedzieć o tym, co dla nich przygotowałem. Jednak postanowiłem wystawić na próbę twoją cierpliwość. Będziesz musiał poczekać do spotkania z przyjaciółmi, może oni ci powiedzą jakie są ich zadania… Aha, zapomniałem. Na prawej dłoni będziesz miał znamię czarnego pentagramu. A teraz przestań milczeć i powiedz czy będziesz dla nas pracował.
Hubert jakby dopiero teraz ocknął się z zamyślenia, spróbował spojrzeć na dłoń i powiedział:
- Muszę się zgodzić. Damian, Wojtek i Sebastian też się zgodzili prawda? Niech się dzieje co chce, świat nigdy już nie będzie taki sam. Wyciągaj mnie stąd.
Ronwe dopiero teraz się uśmiechnął i Hubert zobaczył jego małe białe zęby, każdy był zaostrzony,.
- O nich się nie martw. Zgadzasz się? Dobrze więc, przeniosę cię do twojego domu. Pamiętasz od kogo masz zacząć swoją misję.
Morderca skinął głową i zamknął oczy, wolał nie widzieć co się z nim teraz dzieje. Poczuł pieczenie na dłoni. Ogromne przeciążenie. Zapach ziemi - miła odmiana po smrodzie alkoholu wypełniającym trumnę. Nagłe odniósł wrażenie, że słońce ogrzewa jego ciało. Zgrzyt desek, szarpnięcie przy hamowaniu.
Hubert znajdował się na środku swojego pokoju, po jego wybawcy nie było ani śladu. Pokój był taki sam jak wczoraj. Kilka metrów kwadratowych, drewniane ściany i dach. Na podłodze - położona tam wiele lat temu - wykładzina, widać na niej oznaki starości.
- Dziwne… - powiedział siadając na łóżku, mocno kręciło mu się w głowie, jednak kac zniknął bez śladu. – Ciekawe gdzie teraz jest reszta… Pewnie przeżyli coś podobnego, przydałoby się ich znaleźć. – Nagle przypomniał sobie o pentagramie na ręce, szybko podwinął rękaw żeby móc się dobrze przyjrzeć znamieniu. – Mam nadzieje, że oni też będą mieli coś takiego… Źle się z tym czuję. Idę ich poszukać.
I wstał. Przeszedł kilka kroków i znowu zakręciło mu się w głowie, więc postanowił wrócić na łóżko.
- Aha – wydedukował – chyba Ronwe chce żebym tu jakiś czas został. Prześpię się, może mi przejdzie, albo dowiem się o co chodzi.
W rzeczywistości kręciło mu się w głowie z dużo bardziej ziemskiego powodu, niedotlenienia mózgu. Teraz, gdy nagle w powietrzu jest dość tlenu, płuca nie zdążyły dostarczyć odpowiedniej ilości do krwioobiegu…
Obudziło go światło, które wpadło przez okno. Nieśpiesznie wstał. Zawroty głowy odeszły. Hubert przeszedł przez pokój i otworzył szafę, którą kiedyś sam ją zmontował z kilku desek. Wyszła mu całkiem ładnie, stała, nawet się nie chwiała. Miała tylko jeden defekt, drzwiczki były nierówne i nie domykały się do końca, ale i tak mu się podobała. Całkiem niedawno dobudował skrytkę na broń. Dokładniej było to pudełko po butach ukryte pod stertą ubrań. Hubert popatrzył na siebie krytycznym wzrokiem.
- Przebiorę się. Żeby jakoś wyglądać przy znajomych. – Pomyślał i wydobył z szafy pogniecioną koszulę i stare jeansy.
Przebrał się, kucnął i wydobył ze skrytki pistolet, tak na wszelki wypadek. Wyszedł na podwórko, po drodze ubrał ciężkie, skórzane buty, prawie nieznoszone, zamyślił się na chwile. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że coś się zmieniło. Po polu łaziły ptaki w poszukiwaniu pożywienia, gdzieś w wiosce szczekały psy, a pod nogami kręciły mu się kury. Coś mu tu nie pasowało, jednak nie mógł zrozumieć, co.
Było wcześnie, więc miał nadzieje zastać swoich kompanów w domach.. Najbliżej mieszkał Sebastian, więc poszedł najpierw do niego. Sebastian miał dość duże podwórko. Na środku stal dwupiętrowy dom z czerwonej cegły z wysokim, szpiczastym dachem. Hubert wszedł na podwórko ostrożnie otwierając skrzypiącą furtkę. Zajrzał przez okno, lecz nikogo nie zobaczył w środku. Zapukał do drzwi, odpowiedziała mu cisza. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach usłyszał jak ktoś zbiega po schodach.
- Kogo tam niesie? – Wołał znajomy głos.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Stanął w nich uzbrojony w długi nóż Sebastian.
- Ach, to ty Hubert. Bałem się, że to znowu jacyś domokrążcy. Proszę wejdź. – Opuścił nóż i popatrzył na niebo. Sebastian ma kontakt z kosmitami, w razie kłopotów zawsze mu pomagają. Pewnie już przylecieli i musiał im dać znać, że wszystko w pożądku.
- Właściwie to chciałem przejść się na piwo. I trochę pogadać z przyjaciółmi. – Spojrzał na rozmówcę z nadzieją.
- Oczywiście, chodźmy. Powiadomić resztę, że czekamy w barze? – Nie czekając na odpowiedz, zamknął oczy i przez chwile coś szeptał. – Poprosiłem Ich – to mówiąc wymownie spojrzał w niebo – o łączność telepatyczną z Damianem, obiecał, że zaraz przyjdzie z Wojtkiem do baru. Idziemy?
Hubert skinął głową, właściwie to nawet się nie zdziwił. Sebastian robił już dziwniejsze rzeczy.
Ruszyli przez wioskę raźnym krokiem, morderca zastanawiał się jak zapytać ich o spotkanie z Ronwe. W końcu stwierdził, że po paru piwach tak poważna rzecz wyjdzie sama.
Po drodze rozglądał się uważnie i ciągle nie mógł zrozumieć, czego mu brakuje. Starsze dzieciaki jak zawsze siedziały pod swoją rozwalającą się szkołą i paliły jakieś świństwo, a młodsze chowały się za stodołami i robiły… Hubert właściwie nie wiedział, co robiły, ale chichotały przy tym głośno. Spojrzał na kontaktowca (lubił tak nazywać Sebastiana z racji jego kontaktów z Obcymi), milczał, wyglądał na zamyślonego.
Właśnie przechodzili pod komendą policji… Ten budynek zawsze wzbudzał wstręt wśród przyjaciół Huberta, stara poniemiecka budowla wyróżniającą się w okolicy, gdyż była utrzymana w całkiem niezłym stanie… Kiedy wybiegł stamtąd jakiś młody chłopak, na oko 20 lat. Przyjaciele spojrzeli po sobie i szybko wymienili myśli. Jak na rozkaz rzucili się do przodu by dogonić chłopaka i odciągnąć od niego mundurowych. Policjanci, kiedy zobaczyli biegnącego w swoją stronę Huberta, instynktownie wyczuli zbliżające się kłopoty, woleli więc odpuścić wyrostkowi i schować się w bezpiecznym miejscu. Sebastian dogonił młodzieńca, miał przeczucie, że nie jest to zwykły złodziejaszek Hubert szedł do nich zdyszany.
- Kim jesteś i dlaczego goniła cię policja? – Zapytał konaktowiec, przytrzymując chłopaka.
- Zostawcie mnie, ja nic nie zrobiłem – dalej szarpał się jak ryba złapana w sieć. Uspokoiła go dopiero zimna lufa pistoletu Huberta.
- Powiedz nam kim jesteś, nic ci nie zrobimy. My też nie lubimy się z policją. Ochłoń trochę i chodź z nami do baru. Tam opowiesz co zrobiłeś. Zgoda?
- Mówią na mnie Sergio. – Wyjąkał i przestał stawiać opór. Kiwnął głową, dając sygnał, że się zgadza.
Przyjaciele zabrali chłopaka do „Stokrotki”. Z początku młody rozglądał się lękliwie, jakby bał się, że policja znowu się nim zajmie. Jednak już po kilkudziesięciu metrach uspokoił się i jakby uwierzył w swoich obrońców.
Bar nie był daleko. Śmiesznie wyglądał między pięknie odmalowanym, dużym domem sołtysa, a zameczkiem jakiegoś cygana. „Stokrotka” jednak stała tu zanim jeszcze wioskę nazwano Jelcynie Duży i zanim przybył tu jakikolwiek sołtys, pamięta czasy beztroskiej anarchii… Zbudowali ją niemieccy żołnierze i chyba spełniała funkcję stołówki. Na czerwonej cegle spod dzisiejszych graffiti wybijały się niemieckie napisy. Szyby były zbyt często tłuczono, więc zrezygnowano z nich na rzecz krat w oknach. Drzwi kiedyś były drewniane, ale zostały szybko zniszczone, toteż zamieniono je na metalowe. Na tych szybko pojawiły się oznaki wandalizmu, a działo się tak głównie dlatego, że Hubert i reszta często uznawali to miejsce za swój schron, przed policją lub innymi chamami.
Sebastian otworzył drzwi i zaprosił gestem do środka Sergia, bo Huberta nie trzeba było zapraszać, już wszedł i szukał miejsc. Kiedy cała trójka zajęła miejsca, a młodzian oswoił się z tym miejscem zamówili na początek trzy „Piasty”.
- Damiana i Wojtka jeszcze nie ma, dziwne zazwyczaj to oni są szybciej. – w rzeczywistości Wojtek dopiero co zwlókł się z łóżka i przeklinał jak tego skurwysyna, który wali we drzwi…
- Pewnie dlatego, że jest bardzo wcześnie. Kiedy rozmawiałem z egzorcystą mówił, że dopiero co wstał.
- Co powiedziałeś? Egzorcystą? Kurcze, kim wy jesteście?
Hubert i Sebastian spojrzeli po sobie, rozumieli się bez słów. Tylko skinęli do siebie.
- Właściwie to nawet ci się nie przedstawiliśmy. Pewnie przyjdzie nam trochę poczekać na resztę. Mów mi Hubert, jestem płatnym mordercą. Zajmuje się tym od wielu lat – Sebastian spojrzał na niego z wyrazem rozbawienia w oczach, ale młodzieniec chyba tego nie zauważył. – Znam się na tej robocie, jak nikt w wiosce. Urodziłem się tutaj i wychowałem. Żona dawno mnie zostawiła. – zakończył bez cienia goryczy.
- Teraz pora na mnie… Mam na imię Sebastian i jestem kontaktowcem. Od dziecka mam kontakt z Nordykami. Dziś oni dbają o moje bezpieczeństwo i pomagają mi w różnych sprawach. Zarabiam na opowiadaniu o nich w tej wiosce, ludzie lubią takie opowieści. Kiedyś mieszkałem na drugim krańcu Polski, ale jakieś 15 lat temu musiałem stamtąd uciekać i trafiłem tutaj.
- Teraz wiem z kim rozmawiam. Jak już wiecie jestem Sergio. Chyba mogę wam zaufać, wy też raczej nie jesteście zbyt normalni. Nie pamiętam swoich rodziców, wychowałem się w domu dziecka. Chyba wam mogę o tym powiedzieć… Widzę w ciemnościach jak w dzień i jestem bardzo szybki. – Tu przerwał i rozejrzał się sprawdzając czy nikt nie podsłuchuje. – Nie mam pojęcia czemu tak jest, po prostu tak mam. A co tu robie? Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem. Tu w…
- W Jelcynie Dużym – dopowiedział Hubert
- Tak właśnie. – nerwowo podrapał się po dłoni. Dopiero teraz morderca zauważył znamię na jego ręce!
„Cholera, kim on jest?” pomyślał Hubert, ale nie dał po sobie poznać zdziwienia.. Spojrzał na Sebastiana, ale ten spokojnie trzymał obie dłonie na kuflu „Piasta”, był czysty. „Czyżby Ronwe nie zajął się jeszcze kontaktowcem? A za to podesłał mi jakiegoś gnojka?”
- Co to jest? – zapytał Sergia, wskazując na znamię. Sebastian wyglądał jakby zastanawiał się nad ucieczką.
- E… To jest… Jak by ci to wytłumaczyć. Dziś w nocy miałem wyjątkowo dziwny sen. Jakiś facet mówił, że ma dla mnie zadanie. Że muszę się zgodzić… Tym zadaniem jest znalezienie odnalezienie jakiegoś typa z takim samym znakiem na ręce i pomoc mu w misji.
- A jak się tu znalazłeś? Co miała do ciebie policja? – Hubert jakoś nie bardzo mógł sobie to wszystko ułożyć w głowie. Postanowił zyskać na czasie.
- Dobre pytanie. Obudziłem się w celi. Jakiś mundurowy przyniósł mi coś co można by nazwać śniadaniem. Potem ten sam osobnik zabrał mnie na przesłuchanie. Lampa świeciła mi prosto w twarz, z na przeciwka dobiegł mnie burkliwy głos. Jak się troszkę później dowiedziałem, był to komendant. Wypytywał mnie czy znam Huberta Inherda, to chyba ty prawda? – spojrzał na „killera”, tamten skinął głową. Sergio pociągnął duży łyk piwa i kontynuował – Nie chciał mi uwierzyć, że nie jestem stąd i nikogo takiego nie znam, więc wywinąłem ręką tam skąd dobiegał głos, chyba trafiłem w głowę. Szybko zerwałem się z miejsca i wybiegłem na zewnątrz.
Zapadło milczenie. Cała trójka już wypiła piwa. Hubert pomachał ręką z wystawionymi trzema palcami i po chwili w kuflach znowu znajdował się złocisty trunek.
Do baru weszli Damian z Wojtkiem i od razu się przysiedli. Widać po nich było ogromne zdziwienie. Spoglądali trochę wilkiem na Sergia.
- Hej wam. To jest Sergio, uratowaliśmy go dziś po drodze z rąk organu niesprawiedliwości.
- Hej – Odpowiedzieli chórem.
- Jestem Damian – Wyciągnął rękę do młodzieńca. Nie był oczywiście zwykłym człowiekiem. Damian od dziecka fascynował się magią i posiada o tej dziedzinie całkiem sporą wiedzę praktyczną. Zna się na telekinezie, potrafi uderzyć ognistą kulą i temu podobne. – Wszyscy wrogowie policji są moimi przyjaciółmi.
Cała piątka wybuchła śmiechem, a zawartość kufli zmniejszyła się znacznie.
- A ja to Wojtek. – Uczynił dziwny gest dłonią w stronę „nowego”. Wojtek był właściwie zupełnie normalnym człowiekiem. No może prawie normalnym, czasami lubił porozkopywać groby i przeprowadzać badania na trupach i szkieletach. – Po co chciałeś się z nami spotkać Hubert?
- Powiedzieć wam o pewnej dziwnej sprawie, która jak teraz widzę jest jeszcze dziwniejsza niż myślałem. – To mówiąc położył dłoń na stole, tak żeby było widać znamię. Sergio otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. – Dwa dni temu byłem się napić i kiedy skończyłem musiało mi się przytrafić jakieś nieszczęście, bo obudziłem się w trumnie. – Przyjaciele spojrzeli po sobie, wyglądali naprawdę komicznie, trzech facetów w kwiecie wieku starających się nie wybuchnąć śmiechem.. – To wcale nie jest zabawne. Prawie bym się udusił! - Skarcił ich morderca i zaczął opowiadać…
Kilka kufli później…
- No i to by było na tyle. Nic nie wiedziałem o tobie Sergio. – Zakończył Hubert. – Ale Ronwe wspominał, że wy też będziecie żyć dłużej, ciekawe co mógł mieć na myśli…
- Ja chyba wiem. – Zabrał głos Wojtek. – W końcu jest wysłannikiem Lucyfera. Albo znają naszą przyszłość, albo mają w związku z nami jakieś plany… - Przerwał, zdał sobie sprawę, że wcale nie powiedział nic odkrywczego.
- Wygląda na to, że muszę ci pomagać Hubert. No to jak, gdzie mieszka ten lekarz? – Uśmiechnął się na myśl o następnych godzinach, a może to wypite piwa tak na niego wpłynęły?
Hubert spojrzał na niego trochę przestraszony, miał kogoś zabić… Pierwszy raz od dawna, od bardzo dawna. No ale Makowiecki od dawna mu podpadał, nadszedł czas by z tym skończyć.
- Jeden, Makowiecki się zwie. Mieszka niedaleko w dużym, nowym domu. Monopolista każe sobie płacić za leczenie jakieś kosmiczne kwoty. – Konaktowiec spojrzał na niego z oburzeniem. – Przepraszam Sebastian. Kto idzie ze mną wykończyć tego drania?
Stara gwardia raczej woli rozwiązywać problemy nie ruszając się ze „Stokrotki”. Popatrzyli smutnym wzrokiem na niedokończone „Piasty”, ale wstali. Sergio już od jakiegoś czasu czekał przy drzwiach, kiedy zobaczył, że idą wszyscy zawołał zadowolony:
- No to „frugo”!
- No to „frugo”! – Zawołała stara gwardia i ruszyła raźnym krokiem zrobić porządek z pewnym łachmytą. Stali bywalcy wyczuli, że coś się święci, resztę dnia, aż do późnej nocy spędzili w barze…
***
Spotkali się pod domem Huberta gdy tylko zapadł zmrok. Morderca trochę się spóźnił, ale wyszedł z całym swoim arsenałem. Kałasznikow przewieszony przez ramie, zatknięty w portki rewolwer i granaty wciśnięte w kieszenie. Wyglądałby niebezpiecznie gdyby nie wymalował sobie na twarzy czarnych linii. Sergio wyszedł zaraz za nim, był wyjątkowo podniecony, być może Hubert poczęstował go swoim bimbrem. Sebastian ubrany był tak samo jak rano, ale był trochę podenerwowany i często patrzył w niebo. Damian wyglądał arcyzabawnie, ubrany w długą szatę, z kapturem naciągniętym na głowę. Kolor szaty był bliżej nieokreślony, na pewno ciemny. Wojtek uzbroił się w kilka niezbędnych narzędzi hieny cmentarnej, znaczy chirurga, z kieszeni wystawał mu skalpel i inne lekarskie narzędzia.
- Gotowi? - Hubert zadał jedno ze swoich głupich pytań.
Zebrani pokiwali z entuzjazmem głowami.
- Jak nigdy… - Powiedział za wszystkich Sergio z miną zawodowego mordercy, nawet Hubert takiej nie potrafił zrobić.
Kiedy szli w stronę domu Makowieckiego z ich drogi schodziło dosłownie wszystko. Nawet ławka odsunęła się kilka metrów kiedy przechodzili po ścieżce. Kiedy spotkali patrol policji. Smerfy rzuciły się na nich, mimo swojego wzrostu i mięśni ruszali się nad podziw zwinnie, jednak Sergio szybko się znalazł przy nich i wymierzał im błyskawicznie ciosy. Hubert celował z kałasznikowa. Damian posłał w gliniarzy wiązkę energii. Wojtek po prostu stał, ale i tak był groźny.
- Ha! Tak się wymierza sprawiedliwość. – Zawołał zadowolony Sergio.
- Tak, ale Makowieckiego zostawicie mi. On chyba ma rodzinę nie? No to nie będziecie się nudzić. – Zanim Hubert skończył, stali już przed rezydencją lekarza.
Wielki budynek, podobny do Białego Domu. Wojtek szybko poradził sobie z kłódką w bramie i przyjaciele weszli do środka. Zaatakowały ich cztery psy, chyba eksperymentowano na nich genetycznie, były chyba dwa razy większe od rotwailerów. Sebastian pokazał, że można polegać na jego znajomych i unieruchomił bestie jednym machnięciem ręki. Wojtek postanowił na wszelki wypadek podciąć im gardła skalpelem, jeden zwinny ruch i krew pociekła ze wszystkich psiaków. Dotarli do drzwi, zamknięte, a na dodatek zbyt solidne żeby wyważyć. Sergio pobiegł poszukać jakiegoś wejścia, po kilku sekundach otworzył przyjaciołom od środka.
- Przepraszam, że tak długo, ale w środku też maja psy…
- Dobra, dobra. Teraz cicho. Rozdzielmy się. – Hubert wydał rozkaz.
I sam skierował się na górę po ciemnej klatce schodowej. Jakaś wykładzina całkowicie tłumiła jego kroki. Na piętrze powitał go duży pokój, z sofą i telewizorem na środku. Na ścianach obrazy, pewnie gdzieś tutaj ma sejf. Po drugiej stronie pokoju zauważył drzwi, ruszył ostrożnie w ich stronę… Dobiegł go dźwięk trzeszczącego łóżka. „Masz ci los, wstał?” pomyślał i wyjął rewolwer. Przy drzwiach spojrzał jeszcze raz na pokój, czysto. Otworzył ostrożnie i wszedł do drugiego pokoju. Obok stała szafa, prawdopodobnie na ubrania. Przez okno wpadało blade światło księżyca. Hubert zobaczył łóżko, a na nim dwie postacie. Jedna miała długie włosy i wszystko wskazywało na to, że jest kobietą. U drugiej zobaczył błysk łysiny.
- To musi być on. Cholera, zapomniałem, że ma żonę. Zabić ją czy co… - Wyszeptał skradając się do łóżka. Klęknął obok kobiety, ostrożnie wyciągnął z kieszeni scyzoryk, ostry jak brzytwa. Już chciał ją zabić, kiedy obudziło się w nim sumienie. – Zostaw. Przyszedłeś zabić tylko lekarza. – Hubert często prowadził monologi… - Racja. – Odpowiedział sam sobie i uderzył tylko Makowiecką tak żeby się nie obudziła. Podszedł już wcale nie cicho do ofiary. – Wstawaj dziadu!
Nie pomogło, spał jak zabity. Hubert nie miał doświadczenia i trochę się zdziwił, więc uderzył go w twarz, podziałało.
- Eee… Khe… Khe… - Wymamrotał Robert Makowiecki. Morderca zlitował się nad nim i pozwolił mu dojść do siebie… - Aaa! Duch! Inherd, przecież stwierdziłem zgon! Przecież ty leżysz w grobie!
Na co Hubert, albo jego duch, uśmiechnął się najładniej jak umiał ukazując braki w uzębieniu.
- Są na tym świecie rzeczy o których nie śniło się lekarzom. – Zagadnął filozoficznie i wycelował mu w czoło z rewolweru.
- Precz maro! Boże ratuj!... – Hubert wystrzelił, nie spodziewał się tak mocnego odrzutu, w filmach to wyglądało inaczej... Szybko schował pistolet i wymasował dłoń. W uszach mu trochę piszczało, ale był zadowolony.
- Chłopaki, zwijamy się! – Zawołał na cały głos i wybiegł z domu.
Przyjaciele już na niego czekali, wyglądali na troszeczkę zawiedzonych, ale nie tylko troszeczkę.
- I jak było? Zabiłeś go czy strzeliłeś ostrzegawczo? – Powiedział z ironią Wojtek.
- Zabiłem. A wy zabraliście coś?
Wojtek wyjął z kieszeni zegarek, jakieś banknoty i sporo świecidełek, był z siebie dumny.
- Hubert… - Sergio zaczął odrobinę nieśmiało, ale rozkręcał się – pamiętasz o twoim zadaniu? A raczej o naszym? Myślę, że teraz czas na proboszcza.
Wszyscy spojrzeli na mordercę.
- Oczywiście, pamiętam. Jutro zastanowię się jak zmusić kaznodzieje do grzechu…
Poszli do „Stokrotki”. Hubert całą drogę rozmyślał, zdawało mu się, że widzi jakieś poruszające się cienie, a w głowie ciągle odbijał mu się echem krzyk Makowieckiego. Miał wyrzuty sumienia.
W barze trochę wypili. Sergio był lekko wstawiony, po starej gwardii nie było wydać oznak kilku godzin pijaństwa.
- … Panowie, za Huberta, świetnie sobie poradził z tą gnidą! … - kufle zderzyły się w górze, a ich zawartość powędrowała do gardeł. Jednak sprawcę całego zamieszania nie bardzo obchodziło to co się wokół niego działo. Siedział skulony na krześle i modlił się aby nikt nic od niego nie chciał. Miał wrażenie jakby wszyscy wyglądali jak Robert, poza Sergiem… On wyglądał jak Ronwe!
Hubert wstał i trochę zakręciło mu się w głowie.
- Przepraszam chłopaki, ale na mnie już pora. – Pomachał im ręką i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi, na zewnątrz już dogonił go Sergio.
- Mogę iść z tobą? Nie bardzo mam gdzie nocować. – Zapytał z nadzieją w głosie.
Inherd skinął tylko głową i przyspieszył kroku na tyle, na ile to było możliwe. Spojrzał na młodego przyjaciela, który wyglądał dokładnie jak Ronwe, a jego wyraz twarzy był wyjątkowo przerażający… Hubert nie wytrzymał i ruszył biegiem do domu. Po drodze miał wrażenie, że goni go cała armia demonów, zaczynał żałować swojej pochopnej decyzji. Wreszcie dobiegł na swoje podwórko, jednym kopem otworzył furtkę, kilkoma susami przesadził podwórko i wpadł do domu razem z drzwiami. Dopiero w środku trochę się uspokoił. Naprawił drzwi, zdjął buty i poszedł do kuchni. Chwilę kręcił się od szafki do stołu, od stołu do drzwi… W końcu skoczył do lodówki i wyjął dobrze schłodzone pół litra własnego wyrobu, pociągnął duży łyk.
Przed oczami ciągle miał Makowieckiego i jego wstrętną gębę wykrzywioną grymasem strachu. W uszach wibrował mu jego krzyk.
- Dość tego, przecież jestem mordercą. Nie lękam się niczego. – Pociągnął jeszcze łyk i odłożył butelkę.
- Hubert co się dzieje? – Morderca usłyszał za sobą znajomy głos. Kto był jego właścicielem? – Hubert, to ja Sergio. – Sergio? Dziwne, skądś znam tę imię. Ten dzieciak od początku wydawał mi się dziwnie znajomy. Moja żona… Czy ona nie uciekła kiedy była w ciąży? Czy Sergio nie jest moim synem?
Odwrócił się nagle. Chłopak średniego wzrostu, dobrze umięśniony. Niebieskie oczy spoglądały na niego bystro, Agata miała dokładnie takie same oczy. Rysy twarzy zdradzające wiejskie pochodzenie, Hubert był troszeczkę podobny…
- Kim była twoja matka? – Wypalił zupełnie niespodziewanie Hubert.
- Co? – Sergio był kompletnie zdziwiony tym pytaniem – Nie wiem. W bidulu powiedzieli mi, że miała na imię Agata, a nazwisko… Pochłońska.
- Chodźmy spać. Jestem zmęczony, a jutro czeka nas trudne zadanie. – Pochłońska… Właśnie takie nazwisko panieńskie miała Agata. Czyżby to był mój syn? Powiem mu gdy przyjdzie na to czas.
Wziął szybką kąpiel i wskoczył do łóżka. Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał jak skłonić do grzechu proboszcza. Wiele pomysłów przechodziło mu przez głowę. Od zupełnie niemożliwych, do całkiem prawdopodobnych i wykonalnych.
- Ronwe, pomóż mi jakoś. - Wyszeptał i zamknął oczy.
Tam, ku swojemu zdziwieniu, zobaczył Ronwe siedzącego za biurkiem był wystrojony w elegancji garnitur. Nigdy nie widział go całego więc zdziwił się, kiedy jaki jest wysoki. Wyglądał na bardzo zapracowanego, jednak przerwał i spojrzał prosto na Huberta.
- O co chodzi?
- Nie wiem jak zmusić do grzechu proboszcza. I nie wiem jak wielki musi być to grzech.
- Myślisz, że wybrałbym ciebie gdybym nie wiedział, że sobie poradzisz? Wysłałem do ciebie, Hubercie, twego syna, pomoże ci. – Wstał obszedł biurko i przysiadł na nim. – Zmuś kaznodzieje by wrzucił krzyż do ognia. – Uśmiechnął się demonicznie. – Powodzenia.. – Cały obraz znikł.
Hubert zerwał się z łóżka, zrzucając przy tym na ziemię Sergia. Poszedł do okna i odkrył, że już świta.
- No młody przyjacielu, wstawaj, ubieraj się.
- Nie musiałeś się tak zrywać. – Warknął Sergio rozmasowując sobie biodro obite o twardą podłogę, co z tego, że była tam wykładzina. Podłogę tę morderca kładł własnoręcznie, za czasów kiedy starał się o rękę Agaty…
Hubert zignorował jego narzekania, miał własne sprawy na głowie. Wyjął ze swojej skrytki niezbędną broń. Ubrał granatowy sweter i czarne jeansy. W przedpokoju ubrał na nogi trampki i wyszedł na podwórko. Dzień rozpoczął się wesoło, od długiego ślizgu na krowim placku…
- O rzesz… To się nazywa niezły początek dnia. – Zaczął kręcić się w kółko po podwórku ciągnąć po ziemi prawą nogę. Ciekawe kto tutaj krowę wpuścił, swojej nie posiadał. Tą wesołą czynność, pozbywania się odchodów z buta, przerwał mu Sergio.
- Co ty wyprawiasz? – Powiedział, wchodząc w łajno. – O cholera, coś ty tu narobił? – Spojrzał na Huberta z wyrzutem, potem jednak szybko zdał sobie sprawę, że to nie mógł być on - Masz krowy?
- Skąd… Też wlazłem w to gówno. Przerwałeś mi wspaniałą zabawę, pozwól, że dokończę – Dokładnie wyczyścił but, Sergio zrobił to samo. – Możemy iść. – Sprawdził czy nóż dobrze wychodzi z kieszeni i czy pistolet da się dość szybko wyjąć zza pasa. Kiedy stwierdził, że wszystko jest idealnie, ponownie schował broń .
Wyszli na drogę. Kościół mieści się niedaleko policji. Więc tam skierowali swoje kroki, nie rozmawiali. Hubert co chwila sprawdzał czy broń na pewno dobrze leży. Sergio wyglądał jakby się przygotowywał do walki bokserskiej. W powietrzu czuć było napięcie. Ojciec popatrzył na zegarek i prychnął z oburzeniem, czas zachowywał się zupełnie bezczelnie nie zatrzymując się nawet w takiej chwili.
Wreszcie dotarli przed stary budynek kościoła. Zbudowany był z czerwonej cegły, witraże w oknach wyglądały jakby ten kto je zrobił był niespełna rozumu. Duże drzwi były otwarte, weszli do środka. Od razu poczuli chłód jaki panował w tym miejscu. Wnętrze było dużo mniejsze niż mogło by się wydawać z zewnątrz. Sufit był wysoki i zupełnie niezbadany, biała farba odpadała wielkimi kawałkami, a gdzie niegdzie pojawił się grzyb. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające kolejne stacje drogi krzyżowej. Ruszyli ścieżką między dwoma kolumnami ław. Nagle usłyszeli kroki dobiegające zza ołtarza, nikogo tam nie widzieli. Spojrzeli po sobie i rzucili się między ławki. Hubert znalazł się w kolumnie po lewej od wyjścia. Wychylił się lekko chcąc zobaczyć kto jest jeszcze w kościele. Nie ujrzał nikogo, za to słyszał wyraźnie czyjeś kroki. Przeczołgał się pod ławkami, co wymagało sporej zwinności, ponieważ każda miała zamontowany specjalną półeczkę na nogi. W końcu dotarł do pierwszego rzędu, zauważył, że Sergio po prawej stronie leży już tam od dłuższego czasu.
Spojrzał na ołtarz. Tam nad pozłacanym stołem stał mężczyzna w długiej czarnej szacie, Hubert dałby głowę, że w sutannie. Przy sercu nosił duży pozłacany krzyż, a może złoty? Najwyraźniej jeszcze ich nie zauważył. Skinął na Sergia, żeby się nie ruszał. Sam wydostał się niezręcznie spod ławy, ksiądz spojrzał na niego i wrócił do swoich zajęć. Morderca przysiadł na ławie ze zdziwieniem, chwilę wpatrywał się w dobrodzieja.
- Zdejmij krzyż i wyrzeknij się swojej wiary kaznodziejo. – Powiedział najgroźniej jak potrafił, kiedy już wstał i podszedł bliżej.
Tamten tylko spojrzał na niego i skinął, żeby szedł za nim. Otworzył drzwi kilka metrów za ołtarzem i zaprosił gestem Huberta do środka. Morderca dał znać Sergiowi, żeby był w pogotowiu. Tymczasem ksiądz poprowadził go do małego pokoju w którym był tylko stół, dwa krzesła i kominek no i oczywiście krzyż na stole. Ściany pomalowano na biało całkiem niedawno, bo nie zdążyły nawet zżółknąć. Obrazki świętych na ścianach wydawały się niezbędne.
- Siadaj synu. I powiedz kim jesteś i po co przychodzisz. Chcesz spowiedzi? – Ksiądz usiadł i wpatrywał się w krzyż.
- Nie przyszedłem tu po spowiedź ani po jałmużnę. Natomiast mam propozycję. Wyrzeknij się swojej wiary, wrzuć swój krzyż w ogień, a spotka cię bezbolesna śmierć – Hubert starał się panować nad sobą, ale chyba nie wypadł zbyt wiarygodnie, więc na potwierdzenie swoich słów wyjął nóż.
Kaznodzieja wyglądał jakby właśnie zobaczył Jezusa wraz ze wszystkimi świętymi.
- PAX, PAX! – wyszeptał i zaczął powoli zdejmować krzyż.
- Płać, płać? Płacz, płacz? – Hubert nie znał łaciny, nawet w mizernym stopniu. – Jeszcze ośmielasz mi się grozić?
Krzyż wylądował już w ogniu, ten ze stołu również. Morderca zdziwił się, że tak łatwo poszło, więc postanowił nie karać go za pyskowanie. Poszedł do księdza i wykonał swoje okrutne zadanie, najdelikatniej jak potrafił. Tamten nawet nie krzyknął, osunął się tylko z krzesła, po drodze plamiąc krwią obrus.
Nagle do pokoju wpadł Sergio, trupa nawet nie uraczył spojrzeniem.
- Hubert, kłopoty. Właśnie powinna zaczynać się msza, ludzie już się zbierają! – Wyrzucił z siebie, wydać było, że adrenalina w nim buzuje. – Sprawdziłem nie ma innego wyjścia…
- Dużo ich jest? Mam tylko osiem naboi. Obawiam się, że będziemy musieli walczyć. Nasza gwardia nie zdąży nam pomóc.
- Ale przecież to jest kościół! A na dodatek naprzeciwko jest komenda policji.
Czas uciekał. Ludzie powoli zaczynali się zastanawiać dlaczego ksiądz spóźnia się z mszą…
- Udowodnisz jak jesteś szybki. Poczekam, aż ktoś tutaj przyjdzie. Ty wyjdziesz do „sali baletowej” i zamkniesz drzwi, tylko porządnie. Kiedy wyjdę zacznie się taniec, obawiam się, że może być ktoś z policji i inni czekający tylko by mnie dorwać. No, ale do dzieła.
Hubert już zupełnie pozbył się sumienia. Widział, że ta akcja może się nie udać jeśli tylko przybiegnie policja, ale chciał zaryzykować.
Sergio wybiegł na zewnątrz. Hubert usiadł i wpatrywał się jak krzyż leżący w ogniu…
- Proszę księdza – usłyszał głos jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie ten człowiek przeżył już dawno swoje złote lata, a nawet srebrne miał już za sobą...
- Wejdź synu. – Podszedł do drzwi i odpowiedział starając się naśladować księdza, nie wyszło mu za bardzo, ale za to miał w ręku dobry argument.
Tak to był mężczyzna, na oko 70 lat… Na głowie miał same siwe włosy, morderca rozpoznał go. Kilkadziesiąt lat temu ten człowiek uczył go matematyki, jednak nie zawachał się, szybkim ruchem otworzył mu gardło.
Spokojnie wyszedł na korytarz i skierował się do ołtarza, miał nadzieje, że przyszli wszyscy zaproszeni. Kiedy wyszedł z plebanii, po kościele przeszedł szmer, byli wszyscy, a nawet więcej.
- Panie i panowie z przykrością muszę stwierdzić, że ksiądz odszedł do piekieł. – powiedział stojąc przy ołtarzu. Przy okazji wyłożył pistolet i nóż na ołtarz. – Pan Borecki również odszedł, ale nie wiem gdzie… - Kiedy mówił te słowa w jego stronę ruszyło kilku mężczyzn, a nawet dwie starsze kobiety z różańcami, nie rozpoznał nikogo, nie widział twarzy. Adrenalina pulsowała mu w żyłach, podniósł spokojnie pistolet wycelował i strzelił do pierwszego z mężczyzn. Zostało mu siedem naboi. – Sergio zaproś te urocze panie do tańca. – Pouczył syna, a kolejny mężczyzna leżał na ziemi. Sześć. W kościele było jeszcze około dwudziestu osób, w tym trzynaście kobiet.
Sergio faktycznie był szybki, obtańcował już kobiety z różańcami i kierował się spokojnie do pań siedzących w ławkach. Mężczyzn zostawił Hubertowi.
- Można panią prosić? – Zapytał młodą kobietę siedzącą w ostatnim rzędzie. Nie usłyszał odpowiedzi bo padły dwa strzały i dwóch następnych mężczyzn splamiło swoją krwią posadzkę. Cztery. Młoda kobieta wstała Sergio złapał ją za ręce i zakręcił się jak szalony derwisz. Od tego momentu następne wierne padały na ziemię bardzo szybko.
Hubert pozbył się już wszystkich naboi. Po schodach do ołtarza zbliżał się jakiś dwu metrowy siłacz, morderca schował pistolet i sięgnął po nóż.
- Zatańczy pan? – Zapytał grzecznie Hubert i wskoczył na stół, strącając przy okazji kilka świec. Jego przeciwnik wyglądał jakby chciał złapać go za nogi, morderca jednak był szybszy i wymierzył mu potężnego kopniaka w skroń. Siłacz widać nie miał ochoty na tańce bo padł bez życia.
Hubert zeskoczył z gracją i wytarł nóż o ubranie przeciwnika. Sergio podszedł do niego i razem spojrzeli na salę.
- Ale się natańczyłem. – Uśmiechnął się młodzieniec z satysfakcją.
- Ja też. Chodźmy stąd zanim ktoś tu przyjdzie.
Szli ramię w ramię między ławami starając się nikogo nie podeptać. Wyglądali naprawdę przerażająco. Przy drzwiach ostatni raz się obejrzeli.
- Chyba będziemy musieli stąd wyjechać – zauważył Sergio.
- Racja. Ale chyba musimy zabrać ze sobą gwardię. Dokąd pojedziemy?
- Dokąd Ronwe poprowadzi – Uśmiechnął się młodzieniec.
Hubert wiedział, że musi mu kiedyś powiedzieć kim jest, ale jeszcze nie teraz. Wyszli na ulicę zamykając za sobą drzwi… I ruszyli raźnym krokiem czekając z uśmiechem na to co im przyniesie przyszłość.


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home